.:Światło w łazience:.

30 stycznia, 22:30

Właściwie to miałam dylemat, który tytuł wybrać do tego dnia. Bo w głowie miałam od razu ze 3. Mógł się nazywać „Marta”, mógł „Kto z kim przestaje”. Jednak padło na światło 💡. 

Przyjechała do nas wczoraj Marta. Marta będzie z nami uczyć przez cały pozostały nam tu w Afryce miesiąc. Szczerze mówiąc, trochę się obawiałam, jak to będzie, wiadomo, każda zmiana, to pewien strach. Baaaardzo łatwo się przyzwyczaja człowiek do jakiegoś stanu. Nawet jak na początku jest trudno, to potem staje się łatwiej i już nie chce się na nowo wychodzić z tego stanu do kolejnego, znów trudniejszego, bo nowego (a czasem po prostu tylko nowego).

Jednak każdy chyba wie, że wychodzenie że swojej strefy komfortu jest dobre. Bo się rozwijamy. Uczymy. Ale jak już się znajdzie w przededniu, lub jest na początku, jej przekraczania (a na przykład akurat jeszcze szczególnie brak wam sił), jest ciężko, co tu się oszukiwać.

Tu też nowe wyzwania, bo m.in.dostalysmy nowy plan zajęć. Plan ten, nie będę ukrywać, wywołał we mnie łzy. Ale dopiero się okaże, jak ostatecznie będzie, (ale na pewno dobrze:)) 

Poza tym oczywiście zorganizowanie sobie przestrzeni i dnia we trzy, już nie we dwie, które się już znamy i dogadujemy przez 3 tygodnie. Ale też jestem dobrej myśli 🙂 

ŚWIATŁO 

Wyobraźcie sobie, że robicie coś codziennie. Ot, wchodzicie do łazienki i odruchowo zapalacie światło. Światło się zapala. Normalne. Tak jest i już. Nie cieszycie się w sumie szczególnie. Światło zawsze się zapala, jak pstrykniesz (chyba że żarówka się spali, albo raz na ruski rok, wywali korki).

Wyobraźcie sobie teraz, że światła w łazience nie ma. Nie wyciągacie ręki do pstryczka, po prostu wchodzicie. A po 17 bierzecie ze sobą latarkę, bo już jest ciemno i nie widać za wiele. Po prostu. Często nie ma prądu, więc nawet wam to nie przeszkadza, bo jakby akurat nie było, i tak musicie ją ze sobą wziąć. Poza tym sąsiedzi też nie mają wszędzie żarówek. 

Nagle przyjeżdża Marta. Wchodzicie następnego dnia do łazienki, naciskacie pstryczek i… jest światło!!! Mocne, ciepłe światło. Już zapomnieliście, jak przyjemnie może być w łazience, jak się zapali to małe dobrodziejstwo (nawet jak jest w niej nie za ekskluzywnie, lekko to nazywając). Właśnie od dziś mamy światło w łazience 😀

Nie, nie zamontowała go Marta, ale dzięki niej je mamy. Bo poczuła potrzebę światła w łazience (którą my chyba wyparłyśmy) i poprosiła Johna o zamontowanie. Okazało się to pracą na pół godziny. Pstryczek już wcześniej był, kable też, tylko podłączyć w odpowiednim miejscu.

Gralysmy dziś też dzięki Marcie w karty (w tysiąca:), Monikę dopiero uczylysmy, a z nami wygrała;D). Nie wiem, jak Monika, ale ja trochę zapomniałam o rozrywce. I było dla mnie dziwne, że robimy coś nowego, kiedy zaczynalysmy grać. Czułam, że moja pierwszą potrzebą było umyć się i iść spać, by wypocząć przed jutrem. No i w karty – po co? (a sama wzięłam te karty z domu). Ale jak gralysmy, to mi się podobało:) A jak skonczyłyśmy, to poczułam się lepiej. Nawet na zdrowiu:) Taka oderwana od tutejszego kontekstu (choć jak gralysmy, to oczywiście przeszła mi myśl, czy te dzieci tu kiedykolwiek grały w karty…).

KTO Z KIM PRZESTAJE

Co od razu chcę napisać. Obawiam się bardzo powrotu. Nie dlatego, że będzie zimno i szok termiczny, nie dlatego, że będę wrzucona (przez siebie) z powrotem w codzienność i ” zwykłe” życie (a może nie, kto wie?), nie dlatego, że (tego jestem pewna) ujrzę z zaskoczeniem na twarzy, że wszystko toczyło się beze mnie dokładnie tak samo, jak toczyło, kiedy byłam.

Dlatego się trochę boję, bo to ja będę inna. Ze dziwna będzie dla mnie ciepła woda, światło, winda, czysty pokój, uprane w pralce ubrania, kurczak z plastikowego opakowania, czy jabłka n a wagę. 

Wydaje mi się, że łatwo nam poszła asymilacja. Nie przeszkadza nam tak strasznie kurz, brud i wilgoć. Mamy co jeść, może mało urozmaicenie to wychodzi, ale nie glodujemy. 

Ale też przejelysmy (przynajmniej ja) tutejszy styl życia. Czyli: mało na głowie (ale konkretów), chodząc powoli, działając niespiesznie (ale skutecznie), nie martwiąc się za bardzo o to, co się będzie jeść, ani w co się przyodzieje. Czy to ma jakąkolwiek szansę się przyjąć w naszym świecie? Mam spore wątpliwości. 

Kto z kim przestaje, takim się staje, jak głosi nasze przysłowie. Dokładnie tak. Gdzieś też kiedyś czytałam, że człowiek z zachowania jest wypadkową zachowań 5 osób, z którymi spędza najwięcej czasu. 

Zatem – tak na dobrą konkluzję na koniec, która w ogóle miała być inna, ale nie szkodzi – przebywajmy z tymi, którzy mają w sobie coś, co sami chcemy mieć:) Lepszymi od siebie w naszych oczach. By móc się od nich tego czegoś nauczyć. A raczej przejąć. Poprzez przestawanie z nimi (jakie piękne słowo:)). 

***

A może jeszcze konkluzję numer dwa, która miała być pierwszą. Zmiany są siebie warte:) choć tak trudno się z nimi mierzyć. Naprawdę czuję to do głębi. I trzy – każdy nowy człowiek jest warty spotkania (a chyba naprawdę wielu okazuje się wartych przyjęcia i poznania). Choćby sie wydawało, że będzie przez niego trudniej, bo inaczej. Bo może akurat wnieść do twojego życia trochę światła:)

Dobrego dnia, nocy, czy po prostu trwania:) :*

.:Will you marry me:. 

28 stycznia, sobota, 19.20

Miałyśmy krótki plan na ten dzień. Zastanawiałyśmy się, co przez resztę będziemy robić. Ale okazało się, że niepotrzebne takie „zmartwienia”. Jest 19.20 i nie miałyśmy do tej pory zasłużonej weekendowej chwili laby na łóżkach. Ale nie robilysmy też wiele.:) Ot, tak minął cały dzień. Jednak nie bez wrażeń oczywiście:)

Dziś rano nam się przeciągnęło, jakoś nie spieszylysmy się z niczym, skoro nie musialysmy.

Najpierw byłyśmy umówione z Joyce na przyniesienie jej wody, że studni. Na głowach :). (wspominałam chyba, że kobiety, zresztą nie tylko, noszą tu większość ciężkich rzeczy po prostu na glowach). No, to pompowalysmy, a wiadra okazały się dużo większe niż myślałam;D Chyba około 10 litrów, takie jak po dużej farbie. Także dziś niosłam (i donioslam!) wiadro własnoręcznie napompowanej ze studni wody na głowie;D). Nie było lekko:p

Potem byłyśmy umówione na kurczaka. To znaczy kurczaka od początku. Zabicie, skubanie, dopieeero gotowanie;D Mamy jedno zdjęcie z zabijania, tego się nie odwazylysmy zrobić (a i to zdjęcie robiła Monika, bo ja wymiękłam ;p). Kurczaka zabiła nam nasza uczennica, 10-letnia Sharon. Ale już wszystkie potem go skubalysmy. A kroila na końcu Joyce (tego jeszcze musimy się nauczyć). Gotowanie już było normalne;D Ale zeszło długo z wszystkim. Jednak było pyszne;D Kiedy jedliscie ostatnio tak świeżego kurczaka? ;D

wp-image-1952130272jpg.jpg

Fot. Monika, nasz obiad

Potem Monika miała zaplanowaną wizytę u krawca, żeby zrobił jej sukienkę z chitenji. Poszlysmy z Joyce, zmierzyli Monikę, powiedzieli, żeby przyjść za godzinę. Trochę się zdziwiłysmy, że tak szybko robi się sukienkę, ale przyjęłyśmy. Ten zakład jest kawałek od nas, ale bez sensu było tyle czekać. Więc wrocilysmy na chwilę do nas, ochronić sie nieco od słońca, które dziś bardzo prażyło.

W międzyczasie spotkalysmy pana Bandę i… odnalazł się nasz zagubiony 2 tygodnie temu ryż;D Okazało się, że zapodzial się po zakupach i cały czas leżał w jego samochodzie:)

Wrocilysmy do krawca, biorac pod uwagę zambijskie poczucie czasu, że mogło to się przeciągnąć. Oczywiście niegotowe. Jak widzialysmy, to nawet połowa roboty to jeszcze nie była. Kazał nam się przejść po targu i wrócić za 10 minut. Wrocilysmy za 15 i oczywiście sukienka nadal w proszku. To dali nam ławeczki do siedzenia.

Dosiadl się do nas jakiś pan, koło czterdziestki lub pięćdziesiątki, który też czekał na coś od krawców. Mówił, że pracuje dla government i zaczął coś opowiadac. Nawet z sensem. Momentami. W końcu doszedł do tego, że nie ma żony i że ma dość Zambii i Afryki. Oraz że chętnie poślubiłby którąś z nas:p I wyjechał. Grzecznie odmawialysmy, jednak w pewnym momencie złapał Monikę za rękę i zapytał bezpośrednio, czy go poslubi;D Nie miał niestety ani pierścionka, ani nie kleknal, więc odszedł w tym samym stanie, co przyszedł. Czyli nie w pełni trzeźwym.

Po sukienkę w sumie czekalysmy półtorej godziny od wyznaczonego na początku czasu. Jakże to się dluzylo. Na szczęście był cień:) No i przynajmniej zaznalysmy pierwszych w życiu oswiadczyn:p

Fot. Monika 🙂

Wróciłyśmy w końcu do siebie. Monika zaczęła gotować kolacje (tak, już była ta godzina). Skończyła warzywa, w międzyczasie obserwowałyśmy wnoszenia kolejnego łóżka do naszego kąta (jutro przyjeżdża Marta, będziemy tu przez luty we trzy!), przycinanie jego nóżek, bo się nie mieściło, wtedy nagle prąd – trzas! Koniec.

Szybko wrzucilysmy ryż do warzyw, żeby się zagrzal. A co najlepsze – po zdjęciu ryżu, dalysmy na patelnię po jajku, z nadzieją, że się jeszcze zrobi sadzone. I… Udało sie;D Kuchenka jeszcze trzymała ciepło i jego ostatkiem dokończyło się robić nasze jedzenie.

Więc po tych wszystkich spóźnionych razach, dziś w końcu udało się z prądem just in time:D

W ciemnościach przy latarence zjadlysmy, by nabrać po tym wszystkim sił. A łóżko w końcu udało się Johnowi i jego dzisiejszym pomocnikom – kuzynowi, bratu i bratankowi (lub siostrzencowi) wnieść:)

22.40

Jednak nie był to je szcz cały dzień. Wieczorem kolejna porcja przeżyć. Joyce od poludnia czekała na swoją córkę, Sharon, która miała dziś przyjechać. W końcu Sharon dotarła, i odwiedziła nas, miałyśmy okazję się trochę poznać 🙂 . I zaobserwować trochę innej Zambii. Przyszła do nas, powiało świeżością, dawno nie czułam przyjemnego zapachu zadbanej osoby. Okazała się też osobą, którą do tej pory najciężej mi było zrozumieć. Jej afrykański angielski był jak na razie najtrudniejszy do rozszyfrowywania, bo mówi bardzo szybko:)

Sharon wyprowadziła się z domu 2 lata temu, bo znalazła pracę i tak wyszło, że zaczęła pracować w innym mieście. Pokonczyła wcześnie szkołę (w wieku 15 lat!), chwilę pracowała, poszła do college’u, skończyła, znalazła tą pracę i teraz mieszka sama.

Przemiła dziewczyna, praktycznie w naszym wieku, wykształcona. Wynajmuje mieszkanie, do domu wraca raz, dwa w miesiącu. I tęskni za domem, wspólnymi posiłkami z rodziną, za rodzeństwem. Ale ma teraz inne, swoje życie. Dała nam obraz innego oblicza Zambii.

.:Nie dziś, to jutro:.

25 stycznia, środa 

Znów dzień pełen wrażeń. 

Zajęcia z dziećmi do 12 ostatkiem sił, czekanie godzinę w słońcu (a potem na danej nam ławce pod drzewem:)) na Johna, wizyta w szkole pana Bandy – Longridge School, Mundawanga Park (zwierzęta, w tym pierwsze lwy i krokodyle, oraz piękne wielkie kipiące zielenią rośliny).

… 

Dwa słowa o wizycie w Longridge. Jest to także szkoła prywatna, tyle że dużo większa (jeśli chodzi o infrastrukturę) niż ta nasza. Otoczona dużą ilością zieleni.

Pan Banda (który jest tam nauczycielem i head deputee) zaprosił nas i zostałyśmy przyjęte przez dyrektora szkoły. Czulysmy się niemalże jak jakieś gwiazdy czy persony. Oprowadził nas osobiście po każdej klasie, w każdej nas przedstawił, mówił dzkeciom, że przyjechalysmy z bardzo daleka, z Polski, i pytał dzieci, czy chcą, żebyśmy raz przyszły je pouczyć czegoś. I kiedy chcą żebyśmy przyszły. Odpowiadały najczęściej, że „dziś”. A jak nie, to „jutro” :p. A dyrektor ogólnie rzecz biorąc cieszył się bardzo, że przyjechałyśmy i zachwycał się, mówiąc że bardzo im trzeba powiewu czegoś nowego, czyniąc nas niemalże jakimiś cudami, które mogą dużo wnieść i pomóc. Ciężko nam było się w tym odnaleźć. 

Najbardziej ubolewał nad niedoborem sprzętu komputerowego (w jedynej sali IT maja 6 komputerów) i nauczycieli informatyki.

Być może czeka nas jeszcze jedna wizyta w Longridge. Jak damy radę wymyślić, jak z sensem poprowadzić zajęcia z nowymi, nieznanymi nam dziećmi. W nieznanej nam szkole. 

***

Wróciliśmy padnięte około 18. Umylysmy najpierw nogi i buty (bo na początku zwiedzania Mundawanga padało, a chodziło się przez błota i trawy:p), to było nasze pierwsze Marzenie. Ja się kiepsko czułam, więc Monia dała nam obu „lekarstwo” i położyłam się. 

Monika idzie nastawić wodę na herbatę, bo coś czuła, że zaraz może nie być prądu. Nalewa wodę, stawia dzbanek, a tu..  trach. Koniec. Nie napijemy się nic ciepłego. Ani nie zjemy. Prąd włączyli. 

Co więc teraz? Ja wstałam, było już lepiej. Potem stwierdziłyśmy, że coś przydałoby się zjeść. Wyjęłyśmy chrupki chlebek wasa (czasem już nie można patrzeć na ten tostowy, zwłaszcza jak się już go raz w ciągu dnia jadło oraz jak jest Ci trochę niedobrze) i smarując z wolna masłem zjadlysmy trochę. 

Nie ma prądu, więc i wody. Dziś się nie myjemy. Tylko zęby wodą z butelki. Idziemy wcześniej się położyć. 

Lezymy pod naszymi baldachimami-moskitierami. Monia nagle mówi, że słyszy muzykę. Sprawdzamy, jest! 

O 21.35 wrócił prąd. 

Ale już obie leżałyśmy w łóżkach. Trudno, idziemy spać. Herbata będzie rano:) 

.:Poczytaj nam:. 

23 stycznia, poniedziałek, 10.20

Powiedziałam dzisiaj tym dzieciom, że jak będą niegrzeczne, to przestanę do nich przychodzić. Zaczęły stawać mi na głowie. Czy ja wytrzymam choćby ten dzień? 

21.30

Wytrzymałam. Ale z siłami dziś tragedia. Podnoszenie nóg i rąk i siedzenie prosto sprawiały problemy. Ale obie jeszcze żyjemy i idziemy spać, żeby dłużej odpocząć. Pierwszy cięższy poniedziałek od daaaaawna. Nie wiem, czy kiedykolwiek właśnie w poniedziałek było mi tak ciężko. Ale dużo ludzi chyba tego doświadcza. Joyce mówi to samo, że to ciężki dzień. 

Leżalysmy pomiędzy lekcjami na łóżkach padnięte. 

Monika. Lekcja z grade’em 1 i baby, Monika miała im czytać bajki. Wzięła ode mnie tą lekcję, bo ja już po pierwszej powiedzialam, że nie dam rady z nimi. A Monika chciała. Jednak jak wpadłyśmy na czytanie bajek, to pożałowałam chwilę, bo ja tak lubię czytać na głos bajki;D Monika powiedziała, że mogę czasem przyjść im poczytać. A dziś czytała im ona. „Na początku czytałam, ale nikt mnie nie słuchał. Potem czytałam pokazując obrazki, to słuchała mnie może jedna trzecia. Potem już nie miałam siły, to tylko pokazywałam obrazki. Potem poszłam.”

Może to nie takie czytanie jak sobie wyobrażałam? Pozostanę może przy czytaniu mojej 4&5.

***

Innym razem Monika wzięła książki do grade’u 2&3. Jak zaczęła rozdawać, to dzieci rzuciły się na nią, wyrywając bajki z rąk. I musiała donieść więcej, tak żeby było po jednej na ławkę. Chciała, żeby czytały, ale jak chodziła i patrzyła, to opowiadały,  co jest na obrazkach.  W końcu czytała im ona.

***

Nie mogę nie wspomnieć o czytaniu w szerszym kontekście. Umiejętności czytania. Czytania w głowie, czytania ze zrozumieniem, czy czytaniu na głos. 

Generalnie rzecz ujmując, dzieci nie potrafią tu dobrze czytać (ani pisać). Piszę „dobrze”, bo nie jest tak, że wszystkie jak leci nie umieją wcale. Niektóre próbują, radzą sobie jakoś, słowo po słowie. Ale niektóre nawet się boją próbować. Proszą bardzo często, żeby im przeliterować słowo, bo nie wiedzą, jak je zapisać. A podczas wspólnego czytania, żeby im powiedzieć jak się czyta, bo nie wiedzą. I wtedy powtarzają po mnie. 

Nie wiem, jak to wyjaśnić. Znają litery (okej, zdarzają się problemy, ale to już rzadziej), ale nie próbują nawet przeczytać. Okej, to angielski, tu często czyta się coś inaczej niż by się wydawało, ale mniej więcej można się domyślić. Zwłaszcza jak się używa w mowie tego języka od dziecka. 

Ich głównym językiem jest chinyanja. W nim się porozumiewają między sobą. Ciekawe, czy mają problemy z pisaniem i czytaniem także w nim. Muszę sprawdzić:) 

***

Piszę „dzieci”, ale może dookreślę wiek. Do grade’u 5, czyli 10/11 lat, mają duże problemy z pisaniem (co trzecie słowo proszą o literowanie). Grade 7 (13 lat) już zdanie w miarę poprawne potrafi napisać (w dwuzdaniowym prostym tekście powiedzmy jedna prośba o przeliterowanie). 

A obok w klasach mają zwykłe przedmioty, matematykę, geografię itd.  Ostatnio słyszę np. jak się uczą o krążeniu krwi. 

***

Osobno opiszę sytuację z gradem 9. Już o tym wspominałam, ale muszę raz jeszcze. 

Raz nam zabrakło prądu na IT i trzeba było czymś innym się zająć. Miałam książki jakieś i poprosili mnie, żebym czytała im. Potem jedna z dziewczyn powiedziała „wow, you can read, teach us to read”. Bo czytałam na głos płynnie. A ona słowo po słowie. Dwie pozostałe podobno nie umiały wcale. Nie chciały, jak je poprosiłam o przeczytanie jednego zdania i chciałam pomóc. 

15/16 lat. Nasza trzecia gimnazjum? 

A może to przy mnie się wstydziły? Może z czytaniem po cichu da siebie sobie jakoś radzą? 

Może opisuję na podstawie pojedynczych, bo napotkanych przeze mnie w ciągu dwóch tygodni, przypadków. Ale tyle widzę, to tyle mogę dostrzec. Może całościowy kontekst kraju jest zupełnie inny? 

***

Tyle. Strasznie smutno mi się zrobiło. 

***

Był moment, że powiedziałam Monice, że jeśli mam tu zrobić tylko jedna rzecz, postawić sobie tylko jeden cel, to nie wyjadę stąd póki każde dziecko, w każdym wieku od 2 klasy, nie będzie umiało zapisać poprawnie swojego imienia i nazwiska. 

Potem poprawiłam się, że okej, imienia. 

🙂 

A tak naprawdę, to nie jest aż tak źle,  mam nadzieję, że dam radę choć paru przekazać coś więcej. Żeby potem same mogły sobie czytać, robić notatki i uczyć się kolejnych rzeczy. Rozwijać się, podążając za marzeniami:) 

***

27 stycznia, 21.00

Zmieniam trochę myślenie. Widzialysmy się u Joyce z siostrzencem (lub bratankiem) Johna, i pogadalysmy więcej o języku, bo on jest z innej części Zambii i nie mówi chinyanja, tylko biemba (w Zambii są 72 lokalne języki). I dowiedziałysmy się, że właśnie dla każdego ten lokalny jest ojczysty (mimo że oficjalnym w Zambii jest angielski), a angielskiego uczą się najczęściej dopiero w szkole. Zatem też nie każdy go zna. Trochę zaczynam rozumieć ich problemy z czytaniem i pisaniem po angielsku.

Mujo’s Sky Limit 

Mujo’s Sky Limit School. Tak nazywa się prywatna szkoła Johna Musondy, w której pracujemy. 

Znacie to powiedzenie „sky is the limit”? Oznacza, że można wszystko. Żeby szukać, dążyć, działać, zmieniać na lepsze. Bo tylko niebo jest nam granicą. Ta szkoła powstała tu, w środku biednej dzielnicy Lusaki, Lindy, jakby właśnie na dowód, że możliwe jest przekroczenie różnych limitów. W walce o to, by dzieci mogły się uczyć, zdobyć wykształcenie, bo „Education is the key to successes od your dreams”, jak głosi jej motto. 

Na co dzień mijamy mnóstwo dzieci, które nie chodzą do szkoły. Wcale. Nikt ich nie uczy pisać, czytać (szczerze mówiąc, to jak miałyśmy okazję doświadczyć same, nawet wiele dzieci, które chodzą do szkoły, często nie potrafi…), geografii ich własnego kraju, czy historii. Nie mówiąc już o użyciu komputera. I nikt nie nauczy, bo ich rodzice zapewne też tego nie potrafią. A nie mają pieniędzy na wysłanie ich do szkoły. A w szkołach publicznych – ponad 100 dzieci w klasie to norma. No i trzeba mieć jak dojechać, na mundurek i książki.

Ale wracając do Mujo’s. 

Skąd nazwa? Zapytałyśmy raz Johna, to powiedział, że „Mu” jest od Mu sonda, a „jo” od Jo yce, jego żony (nie do konca mu uwierzyłyśmy, bo John też się zaczyna od „jo”, ale trzeba przyznać, że ta wersja brzmi bardzo romantycznie:)) A koncowka s, żeby po prostu był dopełniacz. Stąd Mujo’s school.

JAK WYGLĄDA SZKOŁA 🏫 

Zrobiłam poglądowy rzut na teren Mujos:) 

Klasy nie mają drzwi (z wyjątkiem IT i baby), tylko otwory w murach. Okna są też po prostu otworami w murach, czasem z kratami, bez szyb. Jedyna szyba w Mujos jest w gabinecie Johna (a, i jest jeszcze w naszym pokoju, ale częściowo wybita, więc się nie liczy;p). Ale jest ciepło, więc to nie problem. Poza tym naturalna wentylacja:) 

Na środku jest spory plac z dwoma drzewami, co jest super. Jest częściowo ziemia, częściowo płytki, a drzewa dają cień. Podczas outdoor activities dzieci tam spędzają czas, tańczą, grają w piłkę, skaczą na skakankach i gumach. Podczas deszczu plac zamienia się w sporej części w wielką czerwoną kałużę. Co nikomu nie przeszkadza. 🙂 Dość szybko woda spływa. Na stałe są tylko ze 3 spore kałuże (teraz jest pora deszczowa, więc pada, w różnych ilościach, codziennie).

Jak również widać na powyższym rysunku, John ma swój gabinet. Są tam też materiały na zajecia, po które chodzimy przed lekcjami – bajki, kartki, kredki. 

Znajduje się tam też ręczny wielki dzwonek, którym ktoś z nauczycieli (a czasem dzieci) obwieszcza początki i końce lekcji:) 

WC – do tydzień temu dzieci chodziły po prostu załatwiać swoje potrzeby do dziur w ziemi. John kupił jednak sedesy i zaczął montować tam drzwi.

W szkole jest zbiornik na wodę, z którego leci ona do nas, jak też są kraniki – na stronę szkoły oraz na zewnątrz, skąd John udostępnia ją (sprzedaje) innym ludziom.

My także „należymy” do Mujos. 🙂 Mamy swój kąt, gdzie jest wszystko, czego trzeba do życia (no, czasem nie ma prądu, ale to da się przeżyć, no i nie ma ciepłej wody, bo nie działa nasza giza – ale to też nie jest problem:)), a także czego nie trzeba (nasi stali lokatorowie, państwo karaluchy i pająki, oraz dziury w dachu – które to będą niedługo załatane;)), ale jest uroczooo<3 Mamy duży drewniany stół, mamy okno za zlewem w kuchni (kolejne ze spelnionych marzeń Moniki<3), a samą kuchnię połączoną z jadalnią długim barkiem. Mamy lodówkę, czajnik, kuchenkę z piekarnikiem, wodę w kranie – full wypas, zapraszamy:))) 

Obok nas mieszkają na czas naszego pobytu nasi „bodyguardowie”:) Czyli po prostu Matthew i Thomas, brat i kuzyn Johna. Żebysmy w nocy w razie czego były bezpieczniejsze.

W tym się zamyka tutejszy Sky Limit:) 

Nasza ziemia, mury i niebo na najbliższe pozostałe 34 dni. 

Kwache na nasze 

Kwache (kłacze) to waluta w Zambii. Kwacha dzieli się na 100 ngwee, widzialysmy monety po 50,20 i 10 ngwee. Kwache, oprócz 1, są w papierkach, już od 2 kwachy. Po denominacji sprzed 4 lub 5 lat o 3 zera łatwo się przelicza na złotówki. 

1 kwacha to ok. 40 groszy.

10 kwachy to 1 dolar.

Jak jest tu z cenami? Może najpierw tu w Lindzie – warzywa i owoce są najczęściej po 1 kwacha. Ale robią np. połączenia – 3 średnie pomidory za 2 kwache. 1 banan – 1 kwa, 1 cebula – 1 kwacha, 1 wiązka roślinki, którą jemy – 1 kwa. 

1 jajko także 1 kwacha.

Paczka popcornu (o dobrej porze świeżo robionego) – one kwacha. 

Można nawet doładować telefon zdrapką za 1 kwache (czyli 40 groszy, przypominam;p). A potem np. kupić internet na godzinę 10MB za 0.51 kwa (51 ngwee).

Chleb (taki tostowy) kupujemy za 7,5 kwacha (3zł), piwo jest za 12 (ok.5zł). Rybę (świeżą, tilapię, do oskrobania) kupowałysmy za 25 kwa za kg (10zł). Kurczak (żywy) – jeszcze się dowiemy;p

Paczuszka orzechów ziemnych nieprażonych (na oko 100g) – 4-5 kwachy. Ananas – 10 kwa.  

Chitenje, ten kolorowy, dwumetrowy materiał m.in. na śpodnice, za 30 lub 40 kwachy.

Ropa diesel ok. 13 kwachy. 

Inne nieco ceny są w supermarketach. Niektóre rzeczy kosztują podobnie jak u nas, niektóre są 2 lub 3 razy droższe (np. jakieś kosmetyki albo wafle ryżowe). 500g jogurtu naturalnego kupujemy za 15 kwachy (6zł). Worki na śmieci też były dość drogie jak na zwykły kawałek plastiku. 

Ale ale, nie sposób wszystkiego opisać:) Taki mały zarys jest. Tak się mają kłacze do naszych:) 

Prądowe historie

Najgorsze jest, kiedy bardzo czegoś chcesz albo obiecasz coś, a potem z przyczyn niezależnych od ciebie nie możesz tego zrealizować.

***

To będzie historia o prądzie, sieci i urządzeniach elektronicznych. Nie tylko tu w Zambii. Ale na bazie naszego aktualnego zambijskiego kontekstu. 

Wyobraźcie sobie, że jest popołudnie (albo rano), jesteście zmęczeni (albo po prostu chcecie zwyczajnie zacząć dzień ciepłym posiłkiem lub napojem) , idziecie sobie w końcu ugotować coś do jedzenia (potrzebujecie kuchenki elektrycznej) albo chociaż wodę na herbatę (potrzebujecie czajnika, elektrycznego). (Okej, powinnam dodać na początku, że nie macie kuchenki gazowej ani gazu). 

Idziecie, z nadzieją na szybką poprawę nastroju i uzupełnienie sił, przyciskacie włącznik, a tu – nie działa. Nie ma prądu. I prędko nie będzie.

Wyobraźcie sobie, że dzieci (grade 2&3 czyli ok 8 lat), które uczycie, cały tydzień was pytają, kiedy następna lekcja informatyki. Mają zaplanowane raz w tygodniu, a jeszcze na raz w klasie (przy wszystkich 7 komputerach działających) mieści się połowa z nich. Więc druga połowa ma za tydzień.

Doczekują się tej lekcji po długim tygodniu, działa 7 komputerów, biorę 14 dzieci (te które zostały i tak są ogromnie zawiedzione), a po paru minutach lekcji rozłącza się połowa komputerów (listwa przestaje łączyć). Później kolejny, bo kabel nie do końca działa. I kolejny. W końcu zostaje 1, w którym trzyma bateria. W międzyczasie odsyłasz po kolei dzieci do klasy. Część z nich nawet nie zdążyła zmienić koloru ołówka w paincie.

Dodajcie sobie do tego, że na każdej lekcji ICT co najmniej raz wyłącza się któryś komputer z powodu poruszenia kablem, bo coś się rozłącza. Plus, że listwa może przestać łączyć. Plus że co którąś lekcję całkiem wyłączą prąd.

Macie jeszcze siłę? 

Głównym moim zmartwieniem na informatyce nie jest to, czy dam radę czegoś nauczyć te dzieci, czy będą mnie słuchać (jakoś daje radę, choć bywa ciężko), tylko czy będę mogła normalnie przeprowadzić zajęcia, bo kable i komputery tym razem będą działać bez zarzutu. Znaczy się przed zajęciami staram się tym nie martwić, ale jak się coś psuje i muszę latać to naprawiać, a czasem po prostu pogodzić się, że nie działa i szukać jakichś rozwiązań, co powiedzieć dzieciom, to zabiera mi to ogromnie dużo sił i zapału.

To w szkole. 

Teraz wyobraźcie sobie, że chcecie się z kimś (jeszcze pilnie) skontaktować mailowo. Albo przez messengera (potrzebujecie telefonu/komputera i sieci). Albo potrzebujecie pomocy. A internet po prostu nie działa sobie. Niby jest, ale nie łączy. Albo zwyczajnie nie ma, mimo że limit nieprzekroczony. I nie wiadomo, kiedy zacznie działać. 

Albo że bierzecie w podróż laptopa, nie dla zabijania czasu albo do przeglądania internetu, ale dlatego że macie ważny plan pisania w tej podróży i zgrywania zdjęć, na co potrzebujecie dużo pamięci. Następnie, że ów laptop się psuje. Ekran przestaje działać. I nie naprawicie go w żaden sposób, musi iść do serwisu, a jeśli chcecie gwarancję, to raczej musi to poczekać do waszego powrotu. 

Wieczór. Ściemnia się. Chcecie się czymś jeszcze zająć (potrzebujecie światła). Jednak nie ma tym razem prądu. Zatem i jest ciemno. Włączacie latarkę lub świeczkę, robicie tylko najkonieczniejsze rzeczy, i to te, które się da. Aha, i skoro nie ma prądu, to herbaty też sobie nie zaparzycie. Aha, no i woda w kranie też nie poleci, tyle tylko co w rurach zostało. 

Rozladowuje się telefon, a następnego dnia by się przydał działający z rana? Przykro mi… (ratuje jeszcze powerbank;) 

Łazienka bez światła. Więc po zachodzie zawsze z latarką.

***

Nigdy tak naprawdę nie wiesz, kiedy nie będzie prądu. Czasem przysyłają mieszkańcom danej dzielnicy wcześniej smsa z godzinami, kiedy nie będzie. Ale nie zawsze i nie zawsze to się zgadza. Po prostu nagle trach i światło gaśnie.

Tak naprawdę nie wiesz, kiedy nie będzie internetu. Jest to jest, nie ma, to nie ma. 

W niektórych miejscach, jak w Makeni Parish, mają generatory prądu, których używają, kiedy jest konieczny (np. na niedzielne Msze). 

***

Właśnie tak to u nas wygląda. 🙂 Przyzwyczaiłyśmy się już w miarę, ludzie tu tak żyją, więc się da. No i mają swoje sposoby na to. Jak nie ma prądu, to gotują na węglu. Niektórzy w ogóle nie mają, więc zawsze tak gotują. Jak my nie mamy, to idziemy do Joyce, która tak może gotować. 

A z naszych nierozwiazywalnych problemow z elektroniką, to najgorsza jest i chyba będzie ta informatyka, gdzie dotyka to właściwie nie nas bezpośrednio, ale dzieci. 

Całe te zamieszania z prądem udowodniły nam, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od elektryczności i od urządzeń nowoczesnego świata. 

Mnie osobiście w tej podróży potrafiły naprawdę frustrować jedynie niedziałające urządzenia, których potrzebowałam. Aż się musiałam pogodzić, że nie działają, że nic nie zrobię i już. Albo być elastyczna i nauczyć się pisać na telefonie (który jeszcze, dzięki Bogu, działa). Na internet wchodzimy zazwyczaj raz dziennie, jak działa. Po co częściej się martwić, że coś, niezależnie zupełnie od nas, nie działa?

A z tobą nie jest tak, że jak coś nie działa, to usilnie próbujesz to naprawić, resetowac, odswieżać, wyłączać, włączać i już doprowadza to czasem do szału (poza wypadkami, gdy w końcu zadziała)? 

Co ja chcę tu napisać. Ano że człowiek może osiągnąć pełny pokój, jak uniezależni swoje szczęście od czynnikow, na które nie ma wpływu. I zacznie przyjmować to, co jest mu dane. Oczywiście, niech walczy, jak się da o coś zawalczyć, ale jeśli walka jest spisana na straty, to po co zagnieżdżać to głęboko w głowie jako porażkę? 

Ludzie przez wieki żyli bez prądu, bez telefonów, bez internetu. To ogromne dobrodziejstwa, jednak najbardziej naturalne szczęście jest chyba wpisane w nas, naszą naturę. To, czego nikt nam nie może odebrać i to, na co sami mamy wpływ. A także w uczynieniu swoim jedynym pragnieniem – Boga. On jest jedyny wieczny, niezmienny; On zawsze jest. 

***

Ze śmieszniejszych rzeczy, to uwielbiam jak Monika wyczuwa, że wrócił prąd. Siedzimy sobie przy latarce i nagle mówi „o, chyba jest już prąd, słyszę muzykę” (tu popołudniami z zewnątrz dopływa do nas muzyka, puszczają różne rzeczy przez głośniki, więc jak nie ma prądu, to jest cisza)  🙂 Sprawdzamy – jest;D ale czasami nie ma, bo to gdzieś dalej gra, nie w naszym obwodzie:p

Dobra. Tyle o tym cudnym wynalazku, którego w Polsce mamy pod dostatkiem.

Idziemy kupić produkty na ugotowanie kolacji. Póki jest prąd 🙂 Żeby wrócić i zjeść dziś u siebie.