.:Woke up in Africa:.

13 stycznia, 9:20, Linda

Dobry sen. Taki kojący niepokoje. Śnisz. Otwierasz ukradkiem oczy, żeby sprawdzić, czy to już.
Widzisz światła przedzierające się przez szczeliny. Białą firanę nad tobą, półmrok. Czujesz ciepło. Słyszysz krzyki dzieci za oknem… Niczego się już nie boisz.
Jest dobrze.:)
Pierwsze przebudzenie w Afryce, w sercu compoundu na przedmieściach stolicy Zambii – w pokoju przy szkole prywatnej Johna Musondy.

Nie czujesz nerwów wczorajszego wieczoru, nie obchodzą cię karaluchy tuż obok na ścianie, ani pająki pod łóżkiem. Boli gardło od zakurzonego powietrza – ale czy lepiej mamy w Krakowie?;p
Brudne stopy po wczorajszym dniu (bez wody wieczorem), ale to nic. Czas wstać. Dzieci czekają:) Wake up! Gdzie jest coś do ubrania? Hm, jeszcze mokre. No nic. Idę tak, jak jestem.

Woke up.JPG

Woke up2.JPG

14:40
Umyta!!! Prysznic, choć zimny, to  cudowny. Odzyskałam trochę sił. Także przez poranek – w końcu spotkałyśmy dzieci ze szkoły! Miały dziś zajęcia, jest przecież piątek. Tylko było ich mało (a i tak były wszędzie;)), bo dopiero w poniedziałek wszystkie już wrócą z wakacji. Oficjalne zajęcia muszą zacząć się w całej Zambii 16 stycznia, ale np. John i szkoła, w której uczy jego przyjaciel, zaczęli tydzień wcześniej.

Monika wstała rano i poszła do dzieci. „Come to us!” „Teach us something!” „Why you don’t go to eat breakfast?” 🙂
Monika miała swoją pierwszą lekcję z dziećmi w szkole. Pierwszą w życiu. (moja pierwsza jeszcze przede mną, w poniedziałek). Pisała z nimi nazwy warzyw i owoców. Wypisały też takie, których my nie znałyśmy. Wróciła bardzo zadowolona. I dzieci były przeszczęśliwe, jak mi opisywała:)
Ja spałam dłużej. Potrzebowałam solidnego wypoczynku. Po ostatnich dwóch nocach prawie całych „awake”. I wczorajszym wieczorze z „koleżkami” na ścianach i za łóżkami.

Potem poszłyśmy do nich już razem.

POKAŻCIE NAM JAKIEŚ ZABAWY Z POLSKI

Szłam trochę nieśmiało, a to Monika znów przecierała szlaki i powinno być łatwiej. Ale niepotrzebnie się obawiałam. Powiedziała im o mnie wcześniej i czekały aż zobaczą w końcu ‚teacher Magdalenę’ 🙂
Miały inne lekcje, trochę wzbudziłyśmy zamieszanie podchodząc do okien (okna są bez szyb:)), ale dzieci przywitały się i wróciły do zajęć, gdy my wróciłyśmy do siebie, zeby ich nie rozpraszać na razie.
Potem była przerwa i planowe copiątkowe zajęcia z „outdoor activity”. I inni nauczyciele, a raczej jeden, Samson, powiedzieli, że mamy też coś im pokazać. Jakąś naszą grę. Zabawę. W co my z nimi zagramy??? Przygotowywałyśmy wcześniej pewne pomysły, ale teraz jakby wiele nie pasowało, lub nie pamiętałyśmy dokładnie jak miała wyglądać gra. A dostałyśmy kilkoro dzieci do zajęcia się nimi;D
Na szczęście po szybkich konsultacjach po polsku wpadłyśmy na pomysł wyścigów z piłką i bez w różnych konfiguracjach. I poszło!:) Potem spróbowałyśmy dwa ognie, ale nie do końca to szło. W końcu spytałyśmy dzieci o jakąś ich grę. I graliśmy do końca w odbijanie piłki i rzucanie. I było super:) Coś im podpowiedziałyśmy, one się świetnie bawiły, i my też:)
Jednak musimy sobie przygotować większą bazę pomysłów na następny raz;p
„Gry z Polski.” Jeśli komuś przychodzi coś do głowy, to podsyłajcie!;)) (Proste zabawy ruchowe wywołujące dużo radości :))

Na koniec dzieci żegnały się z nami. Trochę niepewnie, najpierw przybijanie piątek, potem coraz więcej, aż się do nas po kolei przytulały<3

Było super, ale wróciłyśmy padnięte. Po dwóch i pół godziny. Też słońce nieco dodatkowo dało nam popalić. A od poniedziałku pracujemy od 8.30 do 16. Tylko że zajęcia w klasach. Będzie dobrze.
SPRZĄTANIE I MSZA W NYANYA

Pierwszy raz w życiu sprzątałam kościół. W sumie to wstyd się przyznać może. Ale tak. Poszłyśmy z Joyce, żoną dyrektora naszej szkoły, na „sweeping the church”. Tutejsze kobiety zbierają się tam co piątek i zamiatają i myją podłogi i ławki. Po drodze dołączyło do nas kilka, a kilka na miejscu. Wszystkie pięknie się ubrały, w chitengi (takie długie kolorowe spódnice z materiału, a w zasadzie długi materiał, który zawija się jak spódnicę:)).
Przy wejściu zdjęły buty. Ja też pierwszy raz byłam w kościele boso.
Pomogłyśmy im z Moniką w zamiataniu podłóg z rudego pyłu i kurzu:)
(Odkryłyśmy też bębenki, zobaczymy co się będzie działo w niedzielę;D)
Więcej o samym kościele jeszcze na pewno tu wspomnę!:)

Potem Joyce powiedziała, że o 17 jest msza, a było przed 16. W międzyczasie pokazała nam szkołę, którą budował ojciec Jacek Gniadek, którego wszyscy tu właściwie kojarzą i pytają, co u niego. My też tu przyjechałyśmy częściowo spod jego skrzydeł, bo z Asbiro, i ja na przykład czułam się dumna, że go znam:)

Do mszy było jeszcze trochę czasu, ale kobiety miały spotkanie pod takim zadaszeniem za kościołem. Dużo tu jest różnych zrzeszeń przykościelnych. Te kobiety, z St.Anna, dyskutowały akurat o „contribution to father Lawrence”, który tu jest księdzem.
Siedziałyśmy w ich kole i przyglądałyśmy się. Przysłuchiwałam się, ale jeszcze nie było szans zrozumieć nyanya;) O contribution powiedziała mi jedna z nich.
Obok mnie siedziała mała dziewczynka, która wcześniej, razem z nieco starszym chłopcem, się do nas ‚przyczepiła’, i plotła mi warkoczyka na włosach, a potem oglądała ręce i paznokcie.

W końcu zadzwonili dzwonkami na mszę. Trwała tyle, co u nas, taka z dnia powszedniego.
Jest kilka różnic, jak momenty klękania i stania, śpiewy (przepiękne!!!), ministranci, jednak opiszę innym razem:)
PORA DESZCZOWA

To nie jest tak, że jak pora deszczowa, to w takich strefach klimatycznych non stop leje i non stop jest upał:) Dementuję mit. W ciągu dnia owszem, było ciepło, ale z Moniką chodzimy cały czas w długich spodniach i jest nam dość komfortowo (inna rzecz, że nic innego nie mamy;p). Za to potem przyszły chmury i zrobiło się naprawdę chłodno. Cieszyłyśmy się z naszych długich spodni, a zatęskniłyśmy na chwilę za bluzami.
W drodze powrotnej z kościoła zaczął padać deszczyk. Potem się nieco bardziej rozpadało, ale już byłyśmy u siebie.

Przemiły wieczór spędziłyśmy u Johna w mieszkaniu, m.in. z Joyce. Gotowała kolację na węglach, bo nie było akurat prądu. (Wyłączany jest tu regularnie. Podobno dla oszczędności na nim. Można się chyba przyzwyczaić). Poznałyśmy część rodziny, znajomych. Nauczyłyśmy się paru słów w ich języku:)

BAGAŻE!

Zadzwoniłyśmy na lotnisko. Nasze bagaże dotarły! Jutro jedziemy odebrać.
Tylko dlaczego jakoś mi tak dobrze bez nich? Tylko z tymi paroma rzeczami, które mam? Bez zapasowych ubrań, bez dodatkowych kosmetyków (nawet nie wiem, co ja tam napakowałam, czego by mi teraz brakowało… no, może poza kremem z filtrem). Pragnę jedynie mojej ładowarki do aparatu i jednych butów. A mam 26 kg bagażu;p

Chyba już mi się musiał zmienić współczynnik potrzeb. Dobre uczucie:)

Nie wiem, czy to jednak Afryka nie będzie budzić nas.

***
(Ale to wielkie szczęście, że bagaże jednak przyjadą. Są tam listy od dzieci z Polski, ołówki, breloczki… wszystko dla dzieciaków od Moniki, która była tu w listopadzie i wszystko przygotowała, zebrała ze szkół, dała nam. Listy od niej do niektórych przyjaciół stad. Joanna (dżoana), którą poznałyśmy dzisiaj podczas gier w piłkę powiedziała, że Monika to jest ‚her friend’, pytała o nią. Jak się ucieszy z listu!<3!!!)

_________________

Czy to ja nie umiem krótko, czy tyle się tu dzieje jednego dnia?

Tak właściwie, to nie opisałam jeszcze tylu rzeczy z dzisiaj..
Ale trzeba spać. Deszcz stuka w blaszany dach.

Zachod.JPG

 

Advertisements

3 thoughts on “.:Woke up in Africa:.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s