.:South African Savanna:.

21 stycznia, sobota

Trochę deszczu, a potem znów ciepły dzień. Nowy, inny, kolejna odsłona Zambii. Odwiedziłyśmy Makeni Parish. Makeni to dzielnica sąsiednia do Lindy. Jest tam takie centrum z parafią, szkołami, gdzie pracują polscy księża, między innymi będący tu od 12 lat ojciec Maciej, którego miałśmy okazję poznać i któremu wiozłysmy list od Moniki, która była tu w listopadzie. 

Przyjął nas serdecznie (miałyśmy okazję skosztować polskich rogalików<3), opowiedział o tym miejscu, oprowadził po wszystkim. I umówił się z nami i z wolontariuszką Kasią z City of Hope na jutro na pizzę:)

Mnie najbardziej spodobał się ich ogród. Poza warzywami, które ojciec Maciej uprawia, wokół rosną tam drzewa i krzewy owocowe. Zobaczyłyśmy drzewo awokado (!, wielkie;D, a w Polsce z ciocią chcialysmy kiedyś wyhodować z pestki;p), drzewa limonki, pomarańczy, mango (te wszystkie akurat nie owocowały) i granatu (owocowało!, wygląda to jak jabłka na krzewie; zdjęcia mam niestety tylko na aparacie, więc nie wrzucę ;( ). I dostałyśmy po jednym takim prosto z krzaka:D Jutro pewnie zjemy z owsianką:) ciekawe, czy smakuje tak samo.

***
19.00

Jesteśmy właśnie u Joyce. Zanim tu przyszłyśmy zaczepił nas Richard the artist. Mówił, że jest rzeźbiarzem i chciał nam wcisnąć rzeźby do sprzedania w Europie. Podobno sprzedaje je już w Niemczech i Chinach. Nie przekonał nas jednak, może o jego niesukciesie zaważył odór alkoholu od niego. Cóż. Jakoś zmyłyśmy się. Wstapilysmy do sklepu po zakupy. I znowu on. Ucieklysmy jak najszybciej do Joyce. Nie śledził nas dalej;D ale jeszcze pewnie na niego trafimy. 

Wypiłyśmy sobie właśnie z Joyce południowoafrykański cydr Savanna, oglądamy hinduski serial. Bupe (Gift), jej syn, a nasz uczeń z grade’u 1, rozrabiał z kolegami, a teraz nie chce się kąpać. Niech ten wieczór tak trwa

20.00

Miałyśmy właśnie wracać, ale Joyce zawołała nas, żebyśmy się pouczyły gotować nshimę.  Okej! Przyda się ;D trzeba do tego siły co niemiara… Joyce jest silna. Z nami gorzej, ale próbujemy. I nagle zaczyna lać. Po tym całym pięknym dniu. A u nas przecieka, nic nie zabezpieczone… No i chcialysmy już iść spać, jutro wstajemy o 6, bo o 7 msza. No nic… Czekamy aż trochę przestanie i wracamy. 

21.50

Nie przestało. Lało coraz bardziej, zaczęła się burza…

 Joyce miała gotowe jedzenie, koniecznie chciała, żebyśmy już coś zjadły. No to siadłysmy jeszcze na chwilkę na nshimę. Do tego było mięso… I tu się zaczął koszmar dnia dzisiejszego.

Komunikowałysmy się po polsku jedząc. Że nie damy rady, że chce się nam wymiotować, że trzeba zagryzc zęby, bo dzieci głodują, a my tu nie chcemy jeść takiego rarytasu, że nie możemy robić przykrości tak gościnnej Joyce… 

Były to kawałki kozy. Niektóre części wyglądały jak ogon, niektóre jak jelita. Oblepione tłuszczem i flakowate. Nigdy w życiu nie tknelam naszych polskich flaczkow. 

Nie dało się tego kroić, trzeba było gryźć. Nie było też szans całego na raz do ust, wyobraźcie sobie oslizgle cos pogryzc albo połknąć. O, jak np skrzeloziele (no aż tak oslizgle nie było, ale prawie)

Wzięłyśmy po jednym małym kawałku, ale Joyce nam dorzuciła.

Jeszcze pytała w trakcie, jak nam smakuje. I potem mówiła, że dopiero teraz spróbowałyśmy prawdziwej Afryki. 

Obie zostawiłyśmy trochę, mimo że byłyśmy bardzo dzielne i chcialysmy całe zjeść. Pomogło to, że miałyśmy wizję odkażenia się od środka zaraz po powrocie.

To był jednak początek zabawy tego wieczoru. Bo nadal lało. Takie strugi wody z nieba. I grzmoty i pioruny. Pożyczamy parasolke, kiedy trochę ustaje. Jednak Monika boi się burzy. Że piorun może nas trafić. Rozumiem ją. Ja się boję karaluchów, ona burzy. Z tych dwóch strachów jej jest chyba bardziej racjonalny; ale musimy wracać. Staram się myśleć jednak rozsądnie i mieć na pierwszym miejscu nasze bezpieczeństwo.

Idziemy; trzymam ją mocno, idą z nami jeszcze kuzyni Johna, którzy jedli też u Joyce. I za nami Joyce, która nas nie zostawia. Idziemy parędziesiat metrów, leje strasznie. Wieje. Zatrzymujemy się przy sklepie, tam czekamy i chowamy się z innymi. Czekamy. 

Błyskawice rozświetlają raz po raz przestrzeń.

Mija trochę czasu, grzmoty już słychać dużo dalej. Idziemy. Ostatnia droga. Już do naszego mieszkanka w Mujos.

Jak tu leje, to nie że spływa z asfaltu do studzienek, nie. Nie że zmokną buty i już. Mini rzeki tworzą się w różnych miejscach. Błoto wszędzie, ruda ziemia na nogach. O przetrwaniu butów należy zapomnieć. Na szczęście mamy światło i rozświetlamy sobie pod nogami. Pod Twoją Obronę, Matko Boża Nieustającej Pomocy, Zdrowaś Mario. Nie boję się. Docieramy do siebie. Znajduję klucz w torebce. Jesteśmy. 

Z całej ulewy mam jedno zdjęcie ze sklepu, gdzie przeczekiwałyśmy. 

W domu nie zalało nam nic (tylko część podłóg, ale to nic). Akurat miałyśmy folie tam, gdzie ciekło. Wszystko już dobrze. Wódeczka na żołądek i wrażenia. Umyć nogi całe w rdzawych plamach, zdjąć mokrą koszulkę, rozwinąć moskitierę. Można spać. Nie musimy jutro zrealizować wszystkich naszych planów, możemy coś przesunąć jak będziemy chciały. Wszystko już dobrze.

 O tutejszym niezwykłym targu, mężczyznach – krawcach, skrobaniu i pieczenia ryb chyba innym razem. Dużo wrażeń, jak na jedne 24 godziny.

22.50

Umylam się trochę. Nic że nie udało się włosów, a rano msza. Każda czystość to dobre uczucie. 

Wzięłam dziś ze sobą mocniejszą latarkę do łazienki i stwierdzam, że lepiej brać słabszą. Do kuchni też. Wolę być nieświadoma, po czym chadzają sobie karaluchy, robaczki różne i pająki, gdy nikt nie patrzy. 

 Świerszcze już grają. Będzie dobra, kojąca noc. 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s