..:Ostatnie chwile wśród naszych przyjaciół i way back home:…. 

Ostatni poniedziałek w Lindzie

Dziś dzień nasz. Mamy wolne, możemy robić, co chcemy, to co sobie wymyśliłyśmy właśnie na dziś. Ja rano postanawiam iść, jeszcze przed szkołą, do Joyce. Wyprawić z nią Bupera do szkoły, porobić zdjęcia. Potem ranny apel, ostatni z nami. 

Potem do Joyce, robić z nią frittasy. 

Po lunchu ma być nasza impreza pożegnalna. Godzinę przed dowiadujemy się, że to my mamy sobie na nią ozdobić szkołę. Nice:p:p Ale podejmujemy wyzwanie. Są już jakieś łańcuchy, chyba z pożegnania Moniki, która tu była w listopadzie. 

Pompuję balony, Monia wycina bibułę. Zawieszamy nitki, pomagają nam. 

Zaczyna się. 

Tańce, śpiewy, występy. 

Jest wspaniale. Najlepsza zabawa, akurat na koniec karnawału. 

Pożegnaniom nie było końca. Niektore dzieci płakały, niektóre były smutne. Ale niektóre udawały płacz, widziałam. Ja na szczescie miałam dobry humor. Cieszylam się za cały ten czas, ktory tu mogłam spędzić. 

Potem przyszedł Robert. Poczekał na nas, poszedł potem z nami kupić kurę, która obiecałyśmy Joyce. 

Nieślismy żywa kurę, dalysmy, Joyce. Wracamy i… pożegnanie z Robertem. Wtedy naprawdę zrobiło mi się smutno. Widząc jego twarz i zamglone oczy. On, jeden z kilkorga, był naprawdę smutny, że jadę. 

***

Z ostatniego porannego spaceru w Lindzie

    ostatni lutego, wtorek, 9:50, Linda

    Siedzimy zapakowane w samochodzie pod sklepem w żyrafę. Pan Banda właśnie odpalił silnik.  Rozejrzę się ostatni raz. Zjem frittasa od Joyce. Powdycham powietrza. Pocieszę się rudą drogą z dziurami. I kontrastującą z nią wszechobecną soczystą zielenią – głównie wystrzelonych wysoko tyczek kukurydzy, która lada dzień dojrzeje. Spojrzę ostatni raz na żyjących tu na co dzień, pozdrawiajacych nas zawsze ludzi. 

    10:05

    Nie wiemy, co się dzieje. Żeby zdążyć powinniśmy wyjechać o 9 (tak się umówiłyśmy), chciałyśmy jeszcze zrobić zakupy. No trudno, zakupów nie zrobimy. Pan Banda zatrzymuje się co chwilę i z kimś wita. 

    Teraz stoimy, jeszcze w Lindzie, John z panem Bandą wychodzą. Pytamy, dlaczrgo. Aaa, bo idą głosować. Jeden na drugiego.

    Hm. 

    Nie żeby nas to dziwiło po miesiącu jakoś specjalnie, ale martwimy się, że korki, cokolwiek, i samolot poleci sobie bez nas. Ja jeszcze się trzymam, ja jestem człowiek „na ostatnią chwilę”,wiec jestem przyzwyczajona. Ale Monika lubi być spokojna i być czy przygotować się wcześniej. Oby Bóg nad prowadził, jak cały czas prowadzi. 

    10:20

    Jedziemy. Nie kupimy dżemów na pamiątki, ale przynajmniej siebie przewieziemy w końcu po tych dwóch miesiącach. Może ta radość wystarczy naszym bliskim;)) 

    10:30

    Stanęliśmy na stacji zatankować. O! Lecimy coś kupić. Wydać nasze ostatnie, niepotrzebne już na nic innego kwache. Dobrych dżemów oczywiście brak, większość półek zajmują chipsy. Ale cośtam bierzemy. I już (mamy nadzieję) straight to the airport.


    Z POWROTEM DO EUROPY

    Za poradą stałego czytelnika (pozdrawiam! ;D) napiszę co nas czeka (planowo, bo co się stanie to tylko, co Bóg da;)).

    Mamy lecieć z Lusaki, z międzynarodowego lotniska im. Kennetha Kaundy, pierwszego prezydenta wolnej Zambii i najdłużej panującego. 

    Lecimy do Addis Abeby (Etiopia), ale samoloty do Etiopii lecą przez Zimbabwe (które notabene jest na południe od Zambii), więc tam mamy godzinny postój (postój samolotu, tak;)), ale się nie przesiadamy przynajmniej. 

    Potem czekamy i o 2 w nocy (czyli po 6h od przylotu, jak dobrze pojdzie) mamy samolot do naszego ukochanego Stambułu.

    Tam, na znanym już nam na wskroś lotnisku, spędzimy kolejne prawie 6 godzin (czemu same sobie nie wybrałyśmy biletów i jakiejś wygodniejszej trasy?? Hm…).

    Mamy odlecieć  o 13.20 lokalnego czasu, a wylądować w Warszawie o 13.55. Lokalnego:) Czyli po dwóch i pół godziny. 
    Jak widać, jest mnóstwo momentów, gdzie czynniki losowe mogą grać ogromną rolę w postępie naszej podróży. 

    Zatem – prosimy mocno o modlitwę, trzymanie kciuków i chuchanie tam w Polsce, żeby jak najszybciej zrobiło się ciepło i byśmy mogły się jakoś z powrotem u nas zaklimatyzować. 
    Jak widzicie, nie jestem smutna, że to już. Tak szczerze, to w ogóle nie dociera do mnie, że już za chwilę pożegnam się z Afryką. Jadę sobie, jak na miasto, lub na odebranie kogoś kolejnego z lotniska. Jakbym miała po paru godzinach wrócić, odpowiadać I’m fine, how are you? na te wszystkie pozdrowienia, przytulić dzieci i pobawić się z nimi, a wieczorem wziąć ten zimny, orzeźwiający prysznic, odwinąć moskitierę i zasnąć dającym siłę, przyjemnym przez lekki chłód nocy snem. 

    Może dopiero dotrze do mnie, że wróciłam, jak zawieje mi pluchą i swojskim wiatrem, jak usłyszę głosy tych, co ich znam, i zobaczę uśmiechy. 

    A może po prostu się cieszę wszystkim, co jest mi dawane, bez myślenia o jutrze ani o tym i było?  Hm… 🙂 Właśnie coś czuję w środku, że właśnie tak. Jestem wdzięczna za każdą chwilę, którą mogłam tu przeżyć. Wiem też, że to było nie na zawsze, więc i wracam w pokoju. Będę tęsknić, tak myślę. Za Joyce, za Robertem, za Johnem, Matthew, dzieciakami naszymi, spacerami, pogodą i niepogodą. Ale jak będzie, to dopiero się okaże. 

    Na razie jest 11:20. Stoimy znów na stacji, mamy jeszcze 20 km, na lotnisku powinnyśmy być za 5 minut.

    Może to wcale nie ostatni dzień w Afryce?

    ……………… 

    (niee, proszę… Panie, daj nam szczęśliwy powrót do domów…) 

    ***
    12:50

    W ostatniej chwili zdazylysmy na check-in i boarding. Zaraz ostatnia kontrola przed nami i do samolotu.

    Niestety przez ten pośpiech nie udało mi się wrzucić posta z lotniskowego wifi. A mój internet na telefonie cały poszedł, bo wieczorem zasnęłam nie wyłączając danych komórkowych. Ani nie pomyślałam, żeby dokupić zdrapkę za 1 kwacha na wszelki wypadek. 

    Smutno mi. Teraz. 

    Chyba mi tak smutno, bo obiecałam, że wstawię post o naszej drodze i nie udało mi się dotrzymać obietnicy, i ktoś się będzie czekał i się nie doczeka lub, co gorsza, będzie się martwić… 😦 Oraz bo go napisałam, włożyłam w to wysiłek, a tylko nie mogę puścić dalej z przyczyn zewnętrznych. 

    Ale Bóg dba o mnie. Muszę wierzyć, że ci, co się nie doczekali też to wiedzą i wierzą. 

    A ja co? Jak czegoś nie mogę zrobić, to przecież po co truć tym swoją głowę? Będę spokojna. Zaraz lecimy. Dreamlinerem Ethiopian Airways (z trzema rzędami miejsc po trzy siedzenia;D Jaki exclusive na koniec naszego dwumiesięcznego pobytu w przeinnej od wszystkiego, co znałyśmy wcześniej z Europy, Zambii…). 

    (post wrzucony dzięki cudowi jakiegoś mini powiewu wifi na lotnisku w Etiopii) 

    .:Główny warunek szczęścia:. 

    26 lutego, niedziela, 22:00

    Dziś ostatnia Msza w Lindzie. Piękna jak zawsze. Śpiewy tym razem a capella. I Ewangelia – nie troszczcie się zbytnio o to, co macie jeść, pić, w co się przyodziac. O dziwo, na podsumowanie wyjazdu…  Właśnie taką naukę, jedną z wielu, wynoszę z Zambii. Że się da właśnie nie troszczyć zbytnio, i że Bóg podziała, by mieć się w co przyodziać i co zjeść. I że nie trzeba zbyt wiele tych rzeczy, żeby spokojnie sobie funkcjonować na tym świecie.

    ***

    Wczoraj, w międzyczasie odbierania dziewczyn – dwóch nowych wolontariuszek z lotniska – pojechałyśmy do Kasisi!

    Dla tych, co nie wiedzą – Kasisi to miejsce, na obrzeżach Lusaki, gdzie Szymon Hołownia założył sierociniec dla dzieci. Pracują tam m.in. polskie siostry zakonne, które opiekują się około 200 dziećmi, dla których są wszystkim – po prostu jak mamy.

    Jest tam pięknie. Dzieci mają naprawdę dobre warunki, piekne łóżeczka, zabawki, opiekę, zorganizowany czas. Tak łatwo zapomnieć, że nie mają osób, których najbardziej tak naprawdę potrzebuje każde dziecko – rodziców.

    Trafilysmy akurat na porę drzemki okołopołudniowej, więc większość dzieci (te najmłodsze, najmniejsze) smacznie spała…

    Nigdy nie zapomnę, że tam byłam. Zwłaszcza, że miałam styczność z Fundacją Kasisi i Szymonem Hołownią już wcześniej w Polsce – nieświadoma nawet, że Kasisi znajduje się w Zambii. (po prostu wiedziałam, że „gdzieś w Afryce”)…

    Może tam wrócę kiedyś na dłużej?

    Mimo bardzo krótkiej wizyty, usłyszałam tam coś, co do mnie mocno trafiło i będzie we mnie tkwić długo, lub zawsze.

    „Żeby być szczęśliwym, trzeba być elastycznym”

    Jak bardzo jest to prawdziwe! Czuję to na sobie nawet dzisiaj. .

    Smutek, czy frustrację wywołuje odmienność rzeczywistości od oczekiwań.

    QUASI-SAFARI i płacz w deszczu

    Nie mialam ochoty nigdzie dziś jechać. Ładna pogoda, spokój niedzieli, marzyłam tylko o spacerze tam, gdzie ja chcę. Ale już ze 2 tygodnie temu John nam na dzisiaj zaplanował wyjazd do pobliskiego sierocińca dla słoni. No dobra. Wyobrazilam sobie malutkie słonie, które można dotknąć i przekonałam siebie, że będzie super, pojadę.

    Jedziemy, jest sierociniec! Ale okazuje się: 1. że za późno przyjechaliśmy (czekaliśmy na kolegę Johna aż przyjedzie samochodem ponad godzinę od czasu, kiedy byliśmy umówieni) 2. że trzeba było wcześniej zarezerwować wstęp…

    Jednak kawałek dalej podobno jest jakis las (busz) i można się udać na zorganizowane mini safari. No dobra.

    Jesteśmy. Jakas typowo turystyczna miejscówka, basen, no okej. Wstęp dużo więcej niż się spodziewalysmy, ale trudno. My z Moniką tak sceptycznie, bo już byłyśmy na prawdziwym prawdziwym safari.

    Ale – przywołuję myśl siostry z Kasisi. Być elastycznym. Postanawiam cieszyć się przejażdżką po lesie jako taką. Kiedy następny raz będę miała okazję przejechać się po afrykańskim lesie i porozkoszowac taką mocną zielenią?  Zwierząt na razie brak. Jakaś jedna nimpala, jakas nowa, szara, antylopa, orzeł.

    W końcu… Zebry! W środku lasu. Aaaach;D Dużo piękniejsze od tych z naszego safari. Wyglądają w tym lesie jak z bajki. Robię magiczne zdjęcie.

    Ach! Zebry uratowały ten trip.  🙂

    Zaraz za nimi, jak się dobrze przyjrzy, zza drzew widać ciało żyrafy. Jak ona tam się zmieściła, pod tymi gałęźmi drzew? Ubarwienie prawie całkiem ją skrywa pośród tej gestwiny.

    Jedziemy, nagle znaczyna kropić.

    Lać.

    Mamy dach, ale to otwarty samochód, taki typowo safari.

    Zaczyna się jazda;D Mkniemy po błocie, w środku buszu, leje, wygląda to nieziemsko;D Zimno się zrobiło, a my coraz bardziej mokrzy, ale we mnie wstąpiła tym większa radocha;D Pędzimy tak, że nawet jak byśmy chcieli wypatrzyć jeszcze jakieś zwierzę, to nie byłoby to możliwe. Mijamy nimpalę na drodze prawie, ale jedziemy;p

    Mi się chce tylko śmiać, i płakać z tego co się dzieje. Jeszcze twarz mokra od deszczu.

    Docieramy z powrotem. Z parasolkami nas prowadzą pod dach. Skróciło nam się safari co najmniej o połowę, myślimy, że może nam opuszczą cenę. Ale wmawiają nam, że byliśmy pełną godzinę… No trudno. Z niesmakiem odjezdzamy stamtąd, w ciepłym samochodzie z włączonym ogrzewaniem, przez strugi deszczu.

    Buduje się we mnie rozgoryczenje i jakieś bardzo negatywne uczucie w stosunku do kasującej nas pani. Zwłaszcza, że potem sprawdziłam na zdjęciu zrobionym przed i podczas safari godziny, i naprawdę byliśmy połowę. Co jednak mogę teraz zrobić? Coś najlepszego dla siebie, czyli skupić się na czymś innym, wybaczyć, zapomnieć. Niełatwe, ale proszę Boga o tą łaskę, w końcu się udaje.:)

    Być elastycznym.

     

    __

    Tu artykuł o elastyczności znaleziony parę dni później: http://pieknoumyslu.com/elastycznosc-8-cech/

    .:Ostatnie dni budzenia:. 

    24 lutego, piątek, 15:00

    Siedzimy w busiku (od jakichś 20 minut) (i jeszcze sobie posiedzimy..), bo akurat nie ma chętnych na przejazd (a rusza tylko, kiedy jest full). Tymczasem dziś minęła nasza ostatnia lekcja w Mujo’s. A trwają w ogóle ostatnie 4 pełne dni w Zambii. 

    Może pokrótce co z tego tygodnia. W środę zrobiło mi się częściowo wolne i przechadzalam się robiąc zdjęcia podczas lekcji w różnych klasach. (brakło prądu, a miałam mieć akurat 2 informatyki). W międzyczasie się okazało, że nie było to zwyczajowe, ostatnimi czasy bardzo rzadkie zresztą, zabrakniecie prądu, a po prostu wyłączyli, bo niezapłacone było. Więc zapłacił John, wpisaliśmy kod w urządzenie w naszym pokoju, prąd wrócił;) A ja na końcówce lekcji mogłam włączyć komputery. 

    Znają zwykłe listy (prowadzą korespondencję przez nas z dziećmi z Polski), to wcześniej spróbowałam im opowiedzieć coś o internecie i tym, że można sobie wysyłać listy elektroniczne przez komputer. I że można wyszukać w internecie, co tylko się chce. Jednak bez dostępu do internetu (nawet na telefonie akurat mi nie łączył) było to dość ciężkie. 

    Jednak wrócił prąd i moje próby poszły w zapomnienie, a dzieci włączyły sobie gry; ja nie miałam siły nad nimi zapanowywac na te parę minut. Tylko jednemu, który chciał, pokazałam jak się wyszukuje informacje w internecie (bo o dziwo internet jakoś postanowił nieco łączyć). 

    Potem były outdoor activities. 

    Czulam się tego dnia trochę jak pielęgniarka i ratownicza w jednym. Co wyszłam, to ktoś płakał. A to się skaleczył (a raczej ktoś mu coś zrobił) – to opatrywałam ranę. A to komuś guzik urwali od mundurka i płakał, że mama go zbije – to przyszyłam. A to ktoś płakał, bo się uderzył, to podmuchalam. 

    W końcu pod koniec zaczęłam z nimi grać w siatkówkę, lubią strasznie jak ich uczę odbicia dołem (i ja też lubię ;D). 

    Wieczorem poszlysmy do naszego śpiewającego sąsiada Davida. Powiedzieć, że wyjeżdżamy. I pierwszy raz doświadczyłam z tego powodu prawdziwego smutku. Bo zaczęłyśmy slyszec, że będą za nami tęsknić. Umówiliśmy się jeszcze na nagranie sobie wzajemnie piosenek w naszych językach, na pamietanie. 

    18:40

    Aaa, gdzie w ogóle byłyśmy tym busikiem – a w City of Hope. Odwiedzić wolontariuszkę Kasię z Polski, z którą spotkalysmy się na początku naszego pobytu tu i zobaczyć, jak tam jest. Spotkalysmy też akurat koordynatorki wolontariatu od Salezjanow, które przyjechały akurat na wakacje. Dużo dowiedziałysmy się o innym wolontariacie, bardziej katolickim, stawiającym też bardzo na oparcie w wierze i formację. 

    City of Hope jest naprawde pięknym miejscem. Mają bardzo dużą, porządna, nową szkole, piękny ośrodek, gdzie mieszka cześć uczennic i różne rodziny, oraz oczywiście wolontariusze. 

    Niektóre dzieci z Lindy tam chodzą (na przykład Rebeka, córka pana Bandy, którą poznałyśmy w tym tygodniu). Jak pomyślę o ich miejscu zamieszkania w porównaniu do warunków w szkole, to musi być to dla nich przeogromny zaszczyt, szczęście i taki impuls do dążenia do czegoś więcej, lepszego życia chodzić tam… Jak namiastka innego świata. 

    Ja bardzo się cieszę jednak, że miałyśmy ten ogromny zaszczyt uczyć w Mujo’s, w takich właśnie warunkach, poznając ten świat od wewnątrz. To wielki dar, że moglysmy tu być. 

    ***

    Dziś ostatni raz uczyłyśmy w Mujo’s. Dzieci oficjalnie uslyszaly na apelu, że w poniedziałek będą nas żegnać, i rozdzielone zostały do przygotowania wierszyki, taniec, piosenki. Dziś Ruth płakała mi w rękaw. A podczas deszczu siedziały w klasie przy ścianie, a Monika patrzyła na ich brak entuzjazmu. Wiele podchodzilo, mówiąc, że będą tęsknić. Niektóre pospiesznie dawały nam swoje listy miłosne, jakby miały nas już nigdy nie zobaczyć. 

    Ale jak nagle usłyszeli, że jutro przyjadą nowe wolontariuszki, to nagle humor im wrócił. Choć zażartowałyśmy wtedy, że ooooo, że nas zapomną tak szybko. Buntowali się, ale wiemy, jak będzie. 

    Ale spodziewałyśmy się tego. Zapomną. Może i lepiej. Prosiły jednak, żeby wysłać im nasze zdjęcie. Albo napisać list. Albo zostawić list. Cokolwiek po nas. 

    ***

    Prawie koniec naszego budzenia w Lindzie. I budzenia się. Niedługo też ostatni raz Monika obudzi mnie z rana. Albo obudzę się akurat ja sama, a ona tylko mnie jak co dzień z uśmiechem przywita na nowy dzień:) 

    . :Sztuka dawania:. 

    21 lutego, wtorek, 21:30

    Zaległe wpisy prawie skończone, to już mogę przejść do aktualności;) 

    Zjadłam dziś ostatnie kawałki czekolady, ze świadomością, że już nie będę miała więcej co najmniej do najbliższych zakupów, czyli do soboty/niedzieli. 

    Wciąż czuję potrzebę słodkiego. 

    Wczoraj wieczorem miałam już zacząć pisać, najadłam się chlebem z awokado, ale potem jeszcze musiałam się dopchać chitumbuwą (wczoraj pani Margaret, u której odkąd była Marta kupujemy mango, ogórki i właśnie te smażone buły, mimo że prosiłysmy dwie, dała nam trzy, bo pamiętała, że jesteśmy 3 z Martą…). Niedobrze. 

    W Polsce ostatnią colę kupiłam sobie może z 10 lat temu. Tu wypiłam już z kilkanaście (bo odkaża – podobno -, bo słodka i daje sił, bo… dobra). Czyli znów cukier. 

    Ostatnio któregoś wieczora przed spaniem zjadłam mojego jedynego batona. Bo potrzebowałam (albo mi się wydawało). 

    Chciałabym w tym miejscu postawić hipotezę, że z nadmiernymi cukrami żyje się gorzej. Bo lepiej jest tylko na chwilę. Potem zaczyna coś się w głowie mieszać, nie ma się sił tyle co normalnie, chce się jeszcze więcej słodkiego, ale w końcu i to nie zaspokaja. I już nie chcesz więcej. Ale coś byś chciał. A cukier nadal w tobie. 

    No, takie odczucia. Muszę chyba zrobić mini detoks. Od czekolady, pepsi i batonów. Dobrze mi to zrobi;) (a przy okazji mojemu portfelowi, słodycze tu są drogie).

    ***

    Było dziś ciężko. Ja już narzekałam przy byle okazji na brak sił i chęci do uczenia. Monika też lekko wysiada, ale znosi każdą przeciwność z właściwą sobie wytrwałością; to mi często brakowało sił, ona zawsze nie mogła się doczekać na lekcje z naszymi kochanymi dzieciakami. Dziś tylko rzucała żarty o tej bezsilności naszej. Na lekcje szła i mówiła, że da dzieciom coś do roboty, będzie siedzieć i patrzeć. 

    Ja rano na lekcji miałam mały dół, już nie mogłam, że cały czas się kłócą, coś ginie, krzyczą. Siadlam sobie w klasie na podłodze (tak, mimo brudu czerwonego piachu) (tak, niestety nauczyciel nie ma biurka ani fotela) i tak siedziałam w moim smutku, którego nie miałam siły pokonać. Nie przejmowałam się, że dzieci widzą. Ale o dziwo się uciszyły. Zaczęły słuchać i pytać spokojnie jak czegoś chciały. Spróbowałam skończyć lekcję. 

    Akurat dziś miałam też dla nich flamastry (jeszcze od Moniki, która tu była w listopadzie i robiła zbiórki w szkołach w Polsce) . Dawanie prezentów i postawa dzieci jest tu dla nas jednym z najtrudniejszych obszarów przemyśleń. 

    Chodzi o to, że czujemy, że to nie jest dobre, że one cały czas czegoś oczekują. Że dostaną. Bo tak. Bo biały przyjechał, to ma i niech da. A daj mi swój telefon, fajny. A ładna spódnica, dasz mi, prawda? Fajny wisiorek, (na pewno) masz takich dużo, daj mi ten. I tak dalej. 

    Kredki i flamastry przywiozłysmy specjalnie dla nich, ale właśnie zaczelysmy się zastanawiać, czy w ogóle w tej sytuacji to dobre, że coś im dajemy. Bo utwierdzamy je chyba w przekonaniu, że będą wciąż dostawać. „Bo są biedne?” Owszem, mają bardzo mało. Chodzą niektóre w podartych mundurkach (jak pytałam, to mówiły, że nie maja nici).  Brakuje im olowkow i długopisów do pisania na lekcji. Okładki na zeszyty maja zrobione z gazet. Jednak chodzą do prywatnej szkoły, za którą ich rodzice muszą płacić. Wiele dzieciaków na przerwach wcina chrupki i czitumbuły. Ostatnio widzialysmy w sklepie zestaw małych kredek za 3,5 kwacha. Wystarczy oszczędzić przez tydzień na kupowaniu chrupków raz dziennie.  

    Z drugiej strony to tylko dzieci. Nie jest tak, że każde dziecko na świecie chce coś dostawać? Może to nasze patrzenie stało się okrutne? Trudno nam coś wymyślić mądrego. Nie wiemy już, czy wypaczyło nam się patrzenie, czy mamy trochę racji. 

    Monia w ogóle miała dziś dzień olśnień i świetnych pomysłów. Dzieci czasem wołają, żeby im dać ołówek, bo nie mają („zgubiły”, „ktoś zabrał”, „pies zjadł”). A każde od nas miesiąc temu dostało. No dobra, nie wątpię, że niektórym naprawdę w końcu się kończy ołówek, czy wkład w długopisie. Mamy z Polski dla nich jeszcze ołówki, ale nie dajemy im, tylko pożyczamy. Bo inaczej niestworzone rzeczy się z nimi dzieją. A Monia dziś wymyslila, że nie będziemy im dawać, tylko sprzedawać. Zwykłe za pół kwacha, z gumką za 1 kwacha. Małe pieniądze. Do wyboru raz na jakiś czas, chrupki, czy ołówek (a może wcale nie będzie konieczne dla nich wybieranie?). 

    Musimy zagadać do Johna, co o tym myśli i jak najszybciej to wprowadzić. Lada dzień jedziemy….

    ***

    Pisałam dziś u Joyce. W końcu przyszła po mnie Monika że spaceru (ze swoją dzisiejszeją”eskortą”). Pokazała mi zdjęcia, jak było. A było cudnie:) Potem Joyce przyniosła pieczone słodkie ziemniaki do poczęstowania nas. I znów świeże orzechy z ziemi (już wiemy, że nie tak prosto, bo trzeba je ugotować, ale to nadal prawie jak prosto;D:) Obiecała nam wczoraj pokazać, jak rosną. Musimy koniecznie zobaczyć! ;D

    W styczniu z prądem było kiepsko. W lutym – jak mamy już nasz wykres do zaznaczania – blackout bardzo oszczędza nas. Prąd jest prawie cały czas. Jakieś krociotkie braki. Dowiedziałysmy się, że to przez to, że są duże deszcze, dlatego jest go więcej (?). Ale dziś trochę sobie powariował. To wracał (ku uciesze zaskoczonych radośnie „ooooooo” chłopców w salonie u Joyce), to gasł (wraz ze smutnym „ooooo”;() :). 

    Teraz, znowu jest. 

    Tymczasem – spać… 

    .:Bo jak nie opiszę, to przepadnie:. 

    16 lutego, czwartek, rano chłodno, potem upał

    Nie mialam przed zajęciami kompletnie sił. Nie chciało mi się nawet iść na nie. Ale – trzeba. Dzieci czekają. Przygotowałam sobie właściwie tylko angielski (który miałam po lunchu), on mnie trzymał przy nadziei na lepszy moment. 

    Rano dwie informatyki, z klasą trzecią (to ci, co trzy razy dziennie pytają „Computers today us?”), potem z 9 (prezentacje o ich szkole, więc w miarę spokojnie). Oczywiście trochę problemów z łącznością, ale w końcu po podpinaniu wtyczki kabelkami do przedłużacza (przez szkolnego info-speca, a i najbardziej zaangażowanego nauczyciela Samsona) – działało. 


    20 lutego, poniedziałek… 

    Straszny poniedziałek. Nie pamietam, żeby tak mi się nie chciało iść na zajęcia z dziećmi (no, chyba że może parę poniedziałków temu). Nie pamiętam też, kiedy miałam tak dużą potrzebę jedzenia cukrów. Po prostu wciąż mam ochotę na coś słodkiego. Wcześniej tak nie miałam. Może to ma jakiś związek. 

    19:50

    Zalegam z wpisami (a tyle mam do opisania.. ); siedzi sobie u nas Robert i odrabia pracę domową, byłyśmy z Moniką odwiedzić rodzinę pana Bandy (poznałyśmy jego rodzinę, żonę (lub nieżonę, nie jesteśmy pewne), ich córkę Rebekę i syna Martina), teraz grają świerszcze (i jak zwykle muzyka w tle z wszech stron). 


    21 lutego, wtorek, 17:30

    Strasznie nie lubię pisać wstecz, ale jak się zaniedba, to cóż. Nadrabiam. Nie pójdę z Moniką na codzienny spacer, może i ominie mnie coś niezwykłego, ale czuję, że najbardziej potrzebuję opisać nieopisane. Bo przepadnie.

    Jak już widać po tych urywkowych wpisach z przeciągu ostatnich dni, sporo zmian u nas. Zostalysmy we dwie z Moniką, znów pojawia się Robert, a ja cierpię na nadmiar cukru w organizmie. Ale po kolei. 

    (przyszłam do Joyce, siadlam sobie na kanapie, dzieci już przestały mnie wołać z drzwi, obok siedzi Memory, bratanica Joyce, i przepisuje jakieś lekcje do zeszytu, umylam sobie chwilę wcześniej włosy i mi świeżo, nie huczy mi muzyka – mogę spokojnie pisać:)) 

    ***

    Czwartek. DOWNs AND UPs i ROBERT IS BACK

    W czwartek był drugi dzień po powrocie z Livingstone. Miałam straszną trudność, żeby iść z radością na zajęcia. Jednak po całym dniu wróciłam jakoś na tory dobrego funkcjonowania. Zmienił mi się nastrój znów na dobry, nie spodziewałam się, że tego dnia to będzie możliwe. Ale tak:) 

    Nie mogłam jednak mieć całkiem takiego humoru jak wcześniej, bo od poprzedniego wieczora wiedziałam, że ma być nas od przyszłego tygodnia nie trzy, a dwie. 

    W trakcie informatyki z gradem 9 zahaczam o pokój po brakującą myszkę – i widzę, że Marta leży na łóżku, a nie jest na swojej lekcji. Oczy ma zapłakane. Pytam, co się stało.

    Przytulam ją, siedzę chwilę. Marta w Livingstone odwiedziła pobliską szkołę, gdzie również pracowali wolontariusze. Dostała propozycję, czy nie chciałaby na te pozostałe jej tu dni pracować tam. Zaczęła się zastanawiać. Przecież nie jest najważniejsze, gdzie pomaga, ale że pomaga. Tam było coś nowego. Spytała odpowiedzialnego za nasz projekt w Lindzie, czy widzi coś przeciwko. Dostała odpowiedź, że nie. Więc spytała Johna o zgodę, też bez sprzeciwu. Sprawy się jednak pokomplikowaly i jedzie już jutro, a nie za dwa, trzy dni.

    Marta idzie jednak na kolejną lekcję, wciąż przecież jest tu. Po lekcjach idziemy sobie na nasz popołudniowy – już ostatni we trzy – spacer. Wahalam się, czy iść, ale zawsze lepiej iść niż zostać. I nie żałuję:) 

    Ruszyłyśmy w stronę góry za kościołem (miała to być Mount Makal, okazało się, że źle zapamiętałam i że to Mount Makuli, a potem, że to nie ta góra w ogóle, tylko jakaś nastepna; ale nie szkodzi:)). Dołącza do nas stopniowo tradycyjnie już „ogonek” (uczniowie i inne dzieci). Po pewnym czasie, przy kościele, słyszę znajomy głos – a ukazuje się Robert:) Nie widziałam go odkąd się poznaliśmy. 

    Pytam, czemu nie wpadł nigdy. Mówi, że był parę razy przy bramie, ale bał się wejść. 

    To wypytuję, co u niego. Okazuje się, że od tygodnia chodzi do szkoły! Nawet nie wiecie, jak się ucieszyłam. Szkoła nazywa się „Joseph Santa” (o ile dobrze zrozumialam) i jest właśnie w kierunku tej góry. 

    Cieszę się, że mogę z nim pogadać.:) Pytam o słowo „muzungu”, którym co dzień właściwie jesteśmy wołane, idąc drogami Lindy. Zastanawiamy się z dziewczynami od paru dni, czy ono jest w jakiś sposób dla nas obraźliwe. To pytam mojego kolegę:) Mówi, że wcale. Że oznacza tylko kogoś innego od nich samych. Chodzi tylko o kolor skóry. 
    Robert zaczyna jednak zagłębiać się w temat czarni-biali. Ale nie do końca rozumiem, co mi tłumaczy. Coś o jakimś białym człowieku, który miał tu dawno temu sklep z czymś cennym i czarni nie mieli tam wstępu. Może jeszcze dopytam. Z rzeczy, które zrozumiałam, to np. że niektórzy nie chcą, żeby im robić zdjęcia, bo traktują białych jak zagrożenie. Albo niektórzy nawet jak czarownice. 

    Robert gra w piłkę i w rugby. Mówi, że w sobotę ma mecz i zaprasza. Pewnie, że chcę iść;D Przyjdzie po mnie o 8.

    Piatek. ZNOWU WE DWIE, TAŃCE HULANKI I ACH TA JOYCE! 

    To lepszy dzień. Tylko jedna lekcja, a potem zabawy na placu. Na tej jedynej lekcji w dodatku dzieci były jakoś nadzwyczaj spokojne i usłuchane. Ach:) 

    Wymyśliłam sobie wieczór wcześniej zrobić im krzyżówkę z kolorów. Stwierdziłam jednak, że nie chcę godziny poświęcać na czekanie aż dzieci przerysują kratki, więc narysuję im ja. Ale 20 kopii to przerosło i mnie. I zaplanowałam na rano wizytę w ksero. 

    Znane nam ksero było zamknięte, jednak jak każdego dnia tu koniec języka za przewodnika, więc pytając jedna osobę, kolejna nam pokazuje miejsce (oczywiście najlepsze z wszystkich możliwych), kolejna załatwia, i w końcu doczekuję się na moje ksero:) Pan od ksera dopiero otwiera, zamknięte było na 3 spusty (dosłownie, 3 kłódki:), on sam o kulach, więc trochę zeszło. Ale w międzyczasie okazuje się, że jest on byłym nauczycielem francuskiego i konwersację prowadzimy po francusku. Znając jakiś rzadszy w otoczeniu, ale wspólny język można chyba najłatwiej zjednać sobie człowieka. Mam krzyżówki. 

    Szkoła. Moja lekcja idzie w porządku. Zadziwiająco szybko dzieci radzą sobie i wyczerpują dużo przed czasem moje plany na te półtorej godziny. Ale jakoś daje rade. 

    Ta jedyna poranna lekcja była jednocześnie ostatnią lekcją Marty w Mujo’s….  Pożegnała się z dziećmi, zrobiłam jej zdjęcia z uczniami… Była już spakowana, po wielu zawirowaniach udało jej się dograć podwozkę na autobus. Odprowadzamy ją, trochę smutno, z Moniką. Podjeżdża „taxi”, ostatnie zdjęcie, Marta opuszcza Lindę…  Nie wiemy, czy kiedyś się spotkamy. 

    Ale nasz czas tu nadal się toczy. Teraz outdoor activities. 

    Byly tańce z dziećmi, kazały mi owinąć biodra chitengą i tańczyć jak one;D Jakiś był wyjątkowo roztanczony dzień. Nawet nauczycielki też dołączyły;D 

    W końcu wolne. Spacer. Monika bierze mnie na jedyny wyasfaltowany kawaleczek drogi w Lindzie (gdzie doszly kiedyś z Martą), przed domem wydaje się jakiegoś miejscowego bogacza. Mamy towarzyszów w postaci dwóch naszych uczniów, klasa 3, straaaasznie rozrabiali po drodze. Ale nie sposób się takich rzepów pozbyć. No nic:) 

    Wieczór już, idziemy usiąść u Joyce. Dawno nie byłyśmy tak posiedzieć. Jest też Sharon, jej córka, przyjechała na weekend:)) 

    Zasiedzialysmy się, a ona, czestuje nas kolacją. Nieee, mówimy, że idziemy, mamy w planie kromki z pomidorem. Nie, nie, zjedzcie chociaż trochę. To zostajemy:) I kosztujemy pyszne soya chunks, plasterki soi. Pycha:) Potem po trochu nshimy. No i wracamy najedzone. Ach ta Joyce<3 Mówi nam potem jeszcze, że chcialaby się uczyć. Najbardziej angielskiego i matematyki. I że może uda jej się, żeby w weekenddy teacher Mwale uczył ją w Mujo’s<333
    Sobota. RUGBY, MARKET I ORZESZKI PROSTO Z ZIEMI 

    Mamy w planach wizytę na dużym targu w mieście. Będzie jechała z nami Sharon. Ale najpierw rano – mecz rugby! ;D poczwórna radość, bo Robert, bo pierwszy raz zobaczę taki, bo to na boisku, bo zrobię zdjęcia (Robert mówił, że tam sami przyjaźnie nastawieni i że nikt nie będzie miał nic przeciwko pstrykom). Już sporo przed 8 jesteśmy z Moniką gotowe – a Roberta nie ma. 

    Czekamy do 8, no nic. Tak to umawiać się z chłopakami:p Idziemy same. Może poszedł wcześniej? Znamy jedno boisko „we wsi”, może to to;) Jesteśmy, rugby-meczu brak. Parę osób gra w nogę. Chwilę siedzimy, ale zaczyna padać. Wracamy. 

    Po 9 przychodzi…Robert. Mecz zaczyna się o 9.30. Aha;D Pytamy, czy coś jadł, mówi, że nie, jemy razem kromki z dżemem, przesuwamy wyprawę na targ z Sharon o godzinę, idziemy. 

    Zdjęcia po powrocie. 🙂 Ogólnie było bardzo w porządku;D Ale na fotografa sportowego chyba brakuje mi szybkości. Ale zabawy miałam:) Robert mi mówił, gdzie mam sobie stanąć do dobrych ujęć. Prawie nie znałam zasad rugby:p Ale cośtam załapałam. 

    Targ. 

    Najpierw droga busikiem. Pełny, możemy ruszać. Po targu prowadzi nas Sharon. Szukamy chiteng, (wybór ogromny!), potem owoców i warzyw. Jednak zanim dochodzimy do właściwego targu z warzywami i owocami, już prawie wszystko mamy kupione;D Bo po drodze wszędzie rozłożeni sprzedawcy. Z żółciutkimi bananami, pachnacymi ananasami. Czy OGROMNYMI awokado. Którymi do tej pory nie mogę się nadziwić, że rosną takie duże i piękne (z 2-3 razy większe od tych, które docierają do naszych marketów). Po 5-7 kwachy. (2-3 zł). 

    Na targu próbujemy robić zdjęcia, ale nie jest łatwo. I trochę się boimy kradzieży, jest sporo ludzi. Sharon mówi, że raz jej ukradli tu telefon i pieniądze z torebki. 

    Ja chcę uchwycić caterpillars. Takie larwy, które tu jedzą, i które z Martą raz spróbowałysmy wcześniej na naszym targu w Lindzie, gotowe, usmażone (ciekawe uczucie swoją drogą jeść robaka;), ale po prostu chrupał, jak wszystko, co tu smażą głębokim oleju;D). 

    Zdjęcie targu raz przyplacilam jakąś obelgą (w chinyanja, więc na szczęście nie zrozumiałam:p, ale i tak mi było nieprzyjemnie). Ale zmyłyśmy się szybko dalej;D

    Targ częściowo jest położony jakby „na” torach. Działających. Po obu stronach. Po tych torach się idzie. Jak ma jechać pociąg, to już dużo wcześniej podobno tory wibrują i się schodzi;p

    Mamy wszystko. Po jednej nowej chitendze (na poduszki;D), warzywa i owoce z listy. Nogi już bardzo zmęczone, wracamy. Dopiero druga. Lub po tutejszemu fourteen hours. 

    Robimy jedzenie, potem „idziemy na zachód” 🙂 Spotykamy Roberta, robi zwierzątka i wyposażenie minidomku z gliny. Jak będziemy wracać, to będą gotowe, pokaże nam. 

    Wracamy jak już ciemno. On nadal czekał, pyta, co tak długo nam zeszło;D Ale przynosi i pokazuje pięknego słonia i konia (z za krótkimi nogami) z gliny. 🙂

    Idziemy zahaczyc o Joyce. Siedzą na „tarasie”, gotują coś. Siadamy z nimi pod niebem na chwilę. Przynosi nam nagle Joyce orzechy ziemne (które tu nazywają groundnuts). Świeże. Prosto z ziemi;D Są  wilgotne, pachną jakby świeżym bobem…  I są przepyszne;D

    Znów załapujemy się na mini kolację z miłymi rozmowami. Dowiadujemy się od Sharon o mięsie z małpy…  Mówi, że rzadko je jedzą, bo to „dziczyzna” i też polować bez pozwolenia nie wolno, ale że to najlepsze jakie miała okazję jeść.
    Niedziela. KURA W WORKU, CISZA i BUFFALO MEAT

    Jak to w niedzielę, pierwszy punkt dnia – Msza Święta. 7 rano. Piękna, radosna, jak co tydzień:) 

    Z ciekawostek, dziś dary były chyba najciekawsze odkąd jesteśmy. Butelki wody, środki czystości, ryzy papieru, miotły… i kura w worku;D No dobra, nie w worku, a w reklamówce:p Ze zrobioną dziurą na głowę. I tak zaniesioną księdzu po ołtarz;D

    Wracając z kościoła jakąś pani pyta mnie, czy jej dam moja chitengę. Najpierw w chinyanja, więc nie rozumiem, ale Misheck, który po kościele się do nas przyczepił, tłumaczy nam, co ona chce. Odpuszcza dopiero jak jej mówię, że mam tylko ją na sobie i nie mogę jej dać:p

    Lusaka National Muzeum. 

    Tak, jest takie:) 

    Postanowiłyśmy zobaczyć póki tu jesteśmy, co się da. Wymyslalysmy plany na weekend i trip advisor nam podpowiedzial, że jest w Lusace jakieś muzeum. Opinie całkiem w porządku, to jedziemy:) Czekała nas więc najpierw podróż busikiem.

    Zanim dotarłysmy na dworzec już na drodze ktoś nas złapał mówiąc, że tedy będzie za chwilę jechał ten nasz bus, żeby poczekać. Rzeczywiście, udało nam się:) Wsiadamy, a tam jedna z nauczycielek od nas ze szkoły, Majuri, z synkiem na kolanach;) Ale jechała finalnie w inne miejsce. 

    Podróż była w porządku, poza tym, że busik akurat był bardzo niski i musiałam mieć nieco schylona głowę, żeby przy podskokach nie uderzyć się;} 

    Wysiadamy. Mamy trasę na maps.me, Monika też mniej więcej pamięta z wczoraj, bo to niedaleko targu. Oczywiście po drodze how are you (czasami się zdarzyło, że bezinteresowne), czy nie chcemy gdzieś jechać, do Livingstone itd. Ktoś nam podpowiada trasę do muzeum. Ale same w końcu trafiamy. 

    Wchodzimy na teren kompleksu budynków rządowych (tam właśnie jest muzeum). No, czujemy się jak nie w Lusace;D Albo właśnie dopiero wtedy jak w stolicy kraju. Eleganckie, duże budynki, czysto. Co prawda musiał się pojawić na parkingu jakiś busik z napisem, że to Ministry of something. Ale nic. Jest w ogóle piękny dzień. Chmury są tak niesamowite, no bajkowe niebo. Wszystko ma przez to więcej uroku. 

    Docieramy do muzeum. Wchodzimy i napotykamy… ciszę.

    Ale nie taką zwykłą. Taką jak makiem zasiał. Żadnych krzyków dzieci, żadnej niechcianej muzyki, hałasów. Już zapomnialysmy, co to spokój. Spora przestrzeń i pustki. Nikogo w nim nie ma. Tylko pan sprzedający bilety, który tylko nam mówi, że są 2 piętra i żeby zacząć sobie od pierwszego od lewej strony, a bilety sprzeda nam później, bo akurat ma brudne ręce, bo coś robił i nie ma jak:) Dobra;) Ze szczerą rozkoszą zagłębiamy się w to, co mają nam do pokazania (jeszcze nie wiemy, co, ale cokolwiek by to nie było). W tej ciszy to można przebywać…  

    Historia człowieka, czaszki ludzkie sprzed 2 milionów lat (od Australopiteka), charakterystyka afrykańskich wiosek, sposobu życia, historia Zambii, języków, kolonializmu, itd… 

    Dużo się dowiedziałysmy. Może muzeum nie było jakieś najbardziej zaawansowane technicznie, ani wybitne wizualnie, ale spędziłyśmy miło że dwie godziny. (nic to, że w połowie przyszla jakąś wycieczka szkolna i zaczęli coś śpiewać… ciszę mimo tego czulysmy o dziwi nadal:)) 

    Na koniec zostawilysmy sobie obrazy i pamiątki. 

    Obrazy nieszczególne, owszem, ładne, kolorowe, lokalne, ale wiele jakby dzieci je malowały. Tylko kilka przykuło moją uwagę.  Ale może nie potrafiłam docenić. Monice się podobało. 

    Zakupy w tym sklepie były najprzyjemniejsze z wszystkich tutaj. Nikt nie nagabywał, nikt nie przekonywał, nie kazał mówić ceny, nie trzeba też było się o nie pytać, bo były przyklejone (i w dodatku były normalne, racjonalne, nie jak czasem na straganach czy ulicy rzucali…). Znalazłam po poltoramiesiecznych poszukiwaniach po raz pierwszy pocztówki (;)), wybralysmy jeszcze po czyms z Moniką i zadowolone opuscilysmy tą oazę. 

    Wracamy. Przystanek powrotny jest w innym miejscu nic przyjezdny. Więc musimy poszukać. Znajduje się jednak zaraz ktoś, kto chce nam pomóc. Dziwily się, bo idzie z nami, jakby chciał do samego końca nas posprowadzić. No dobra. Jest miły, nienahalny. Widzimy, że prowadzi nas dobrze. Opowiada, mówi żebyśmy się nie dziwily, że nas ludzie pozdrawiają cały czas, że niektórzy pierwszy raz w życiu widzą białego człowieka… 

    Na koniec jednak mówi, że chce tip. No, tak myślałysmy. Ale dużo nam pomógł. Wrzucamy mu coś, idziemy. 

    Jedziemy po drodze jeszcze do Cosmopolitan Mall. Coś kupić i zjeść. I wypić zasłużoną spokojną kawę. 🙂 

    Wracamy tuż podczas zachodu. Przez te chmury dzisiejsze jest nieziemski, a możemy go widzieć tylko z busa, bo trochę się zasiesdzialysmy. 

    No nic:)

    Wieczorem odwiedza nas Robert:) Pytamy o jego słonia, mówi, że mała córka jego siostry zniszczyła mu wszystko. Co poza tym u niego? A bił się z kolegą, a rano był w kościele, potem znowu. Próbuję mu coś fajnego pokazać, pieczątki. Podpisuję mu prostsze rzeczy. Ale okazuje się, że nawet nie zna wszystkich liter, co tu mówić o czytaniu…  Piszę i mówię mu alfabet, i że jak się nauczy, to dam mu ołówek, o który pytał, czy moze dostać. Mówi, że poprosi siostrę, żeby go nauczyła. Umowa stoi:) 

    Już późno. Zamykamy się, przychodzi zaraz Sharon:) Jutro rano jedzie do siebie, ostatni raz się możemy zobaczyć i pożegnać… 

    Przynosi nam dziś do spróbowania Buffalo meat ;D Nie wiemy, skąd;D Ale fakt faktem, spróbowałysmy mięsa bawoła. Na początku smakowało dobrze, jak wołowina, potem jakoś bardziej dziko. Smak taki średni. Ale jak mięso, no:p

    Sharon opowiada nam jeszcze o domu, który sobie buduje. Jak to? Dziwię się. Skąd masz projekt, teren? Projekt? Sama sobie wymyśliłam. Miejsce? Po prostu kupiłam ziemię i już. Koło takiego strumyka. Sharon ma już prawie fundamenty, a także problemy z robotnikami. A bo jej nie przychodzą pracować, a bo jej „znikają” worki z cementem. I musi wszystkiego pilnować. Mówi, że niedrogo wychodzi taka budowa. Pustaki są tanie, kilka worków cementu i już. Okej. 

    Żadnefo pozwolenia na budowę mieć nie trzeba, projektu też nie. 

    Sharon chce wynająć ten domek, a kiedy jak już będzie miała rodzinę, zamieszkać tam sama. 

    Tyle na niedzielę.:)

    Ostatni nasz pełny tydzień w Lindzie już  trwa… 

    Ziemia

    Robię czasami zdjęcia tego, co mam pod nogami. Dlaczego? Zastanowiłam się. Ale w zasadzie nie musiałam, bo to ostatnio poczułam.

    Pojdzcie sobie gdzieś, gdzie nie ma betonu. Stańcie na czarnej ziemi. Może być na trawie, gdziekolwiek tak naprawdę, ale ja najbardziej czuję to na ziemi. Tu akurat jest czerwona.

    Spójrzcie pod nogi. Wpatrzcie się w połączenie waszych stóp i gruntu. Poczujcie, gdzie stoicie. I wtedy – przelećcie w głowie po tej ziemi gdzieś bardzo daleko. Po zaokrąglonej płaszczyźnie naszej planety.

    Ja przelatuję sobie ostatnio a z Lindy do Polski. I czuję, bardziej niż kiedykolwiek, że to ta sama Ziemia. Ta sama ziemia. Mimo że tak daleko i tak bez świadomości tego żyje się na co dzień.

    I tu jest prawdziwe życie, i tam. I przecież w każdym miejscu na tej naszej planecie. A to, co akurat widzisz, określone jest przez to, gdzie akurat stoją twoje stopy. One dają ci grunt. Podnosisz oczy, widzisz twój aktualny świat. I kontekst. A świat toczy się równocześnie w miliardach innych miejsc. Siedmiu miliardach.

    Przenoś się, choćby w myślach, patrząc na ziemię, do innych miejsc, w których już byłeś. Albo nowych, jeśli potrafisz. Zobaczysz więcej.

    _mg_4505
    Na jakim gruncie wylądują jutro stopy Twojego świata?

    .: Back in Linda and Career Day:. 

    14 lutego, 16:10

    Wracamy. Jedziemy już 6 godzin autobusem, jeszcze, jak mówią z właściwą sobie precyzją, między godziną a dwiema.

     Podsumowując nasze „wakacje” – było gorąco, ale też orzeźwiająco, były komary, ale nie więcej niż w Lindzie. Ubrania szybko schły po wypraniu, był cały czas prąd (nie wiemy jak w Lindzie, więc nasz wykres będzie miał dziurę;(), było trochę po zwykłemu, trochę po luksusowemu; było naprawdę odświeżająco. (A, no i Kevin okazał się Kelvinem:p Wysłał nam swoje imię i nazwisko, żeby go znaleźć na facebooku, to nam podeśle swoją muzykę.)

    Jutro od 8 znów uczymy. 

    Trzeba ogarnąć masy zdjęć, zgrać, co trzeba, i zatopić się z powrotem w ostatnie dwa tygodnie działania w Mujo’s Sky Limit. 

    ***

    Do Lindy podrzucił nas ksiądz (z Kanady, jest w Afryce od lat 80., a do siebie wraca za 2 miesiace…), któremu wiozlysmy coś od siostry Klary z Livingstone. Zaproponował podwózkę, to super, jedziemy. Jednak jak droga się już dluzyla, to wydawał się być bardzo zaskoczony i trochę przestraszony, że to tak daleko i mówił, że nigdy tu nie był. My jednak na szczęście już kojarzymy całą trasę, to trafiliśmy bez problemu. 

    Po drodze pustki. Jednak wjeżdżamy do Lindy i nagle – tłumy ludzi. Nocne życie po prostu:p Tylko świateł brak. Jednak jesteśmy u siebie. Znane stragany, domki, rude dziurawe drogi. Jak super, że w końcu swojsko. Ostatnia prosta piechotą. 

    Zapadła mi w pamięć jednak reakcja księdza – wow, you live really in the bush. 

    15 lutego, środa, 10:50

    Tutaj w Zambii też mają coś takiego jak Career Day. Czyli coś jak dzień kariery zawodowej. 

    Rano Monika stęskniona za dziećmi wygląda na nasz plac i dziwi się, czemu nie mają mundurków? To jest bardzo przestrzegane tu, raz nawet dziewczyna która przyszła w innym ubraniu została wyrzucona z klasy. Tylko piątek jest dniem dowolnego ubioru, chyba coś na kształt casual Friday. 

    Więc Monia poszła się zapytać Johna, o co chodzi. Okazało się właśnie, że jest Dzień Kariery i dzieci miały przyjść ubrane w strój, który odzwierciedla zawód, jaki chciałyby w przyszłości uprawiać. 🙂 

    Tak niektórzy chodzą dziś na biało (lekarze), ktoś w garniaku (manager), Melody z 7 klasy przyszła w ładnej sukience i błyszczącej narzucie, chce być divą. Niektórzy mówią, że chcą być nauczycielami. 

    ***

    Jako że środa, to dzień zabaw na świeżym powietrzu. Więc i musi być słońce;D 

    Ja położyłam się w przerwie przed i…  zasnęłam. Więc mnie ominęły tańce i hulanki. Nie wiem jak ja mogłam spać z tymi krzykami za oknem (bez szyby). 

    Obudziła mnie dopiero ulewa. Taka porządna. Hałas ogromny. Wyglądam, dzieci chowają się do klas, niektóre biegają po deszczu. Myślę – zakładam pelerynę, pod nią aparat i idę do nich. Monika gdzieś tam przemykała. 

    Oczywiście radocha, że deszcz. (i z mojej białej peleryny). Ale co tam. Robię jakieś zdjecia. Niektóre klasy – podłoga zalana (czyli cała w rudej wodzie). Ktoś wymiata ta wodę miotłą. Patrzę – idzie teacher Male. I krzyczy „Go to class!” Dziwię się, dlaczego. Widzę też, że dzieci się chowają. Pytam je, czemu. Bo właśnie teacher Male nie pozwala się bawić na deszczu. I bije. Po chwili sama widzę, jak bije po rękach kijem, jak któreś wystawia na deszcz. „Don’t play with the rain! „. Nie możecie. Nie wiem, dlaczego. 

    … 

    Dziś bez puenty.