.:Golden Hour:. 

4 lutego, sobota, 21.30

Najcudowniejsze uczucie – jak czujesz, że masz jakieś super zdjęcia; bo dobrze się fotografowało, bo było co – i nie możesz się doczekać, aż zobaczysz je na spokojnie na aparacie. Wtedy dopiero zazwyczaj okazuje się, co naprawdę masz. Ja potrzymam w sobie to uczucie do momentu, aż napiszę dzisiejszy tekst. Start! 

***

Wychodzisz sama. Z aparatem ma szyi. Już się nie boisz jak na początku. Po prostu idziesz na spacer. Spacer odkrywczo-fotograficzny. Idziesz, bo jest pięknie, idziesz, bo jest właśnie złota godzina – skoro jest i skoro możesz, to czemu zostawać w mieszkaniu?

Widzisz kadry. Patrzysz klatkami. Czasem pstrykniesz. Po paru krokach, za rogiem, już jakieś dzieci wołają na ciebie „muzungu!”. Już przyzwyczajona, idziesz w swoją stronę. Odpowiesz z uśmiechem jak zapytają „how are you” (brzmiące „ałaju” <3). Nagle ktoś zagada coś więcej. Młody chłopak pyta, czemu robię zdjęcia. To ja mu na to, że lubię. I pytam, co on lubi robić. A bawić się zabawkami. Dobra, to ty lubisz zabawki, ja zdjęcia. Dogadaliśmy się. Skręcam, a on za mną. 

Pytam, czemu za mną idzie. Bo jest głodny, a ja mu coś kupię. Cwany. Mówi mi zaraz, że jest tak głodny, że czuje, że umrze. Wygląda bardzo zdrowo. Było to możliwe, ale ja na to, trochę chcąc się podroczyć (od razu poznałam, że to „smart boy”), że mu nie wierzę. On, żebym uwierzyła. Idziemy dalej. 

Pytam, czy chodzi do szkoły. Nie chodzi. To skąd umiesz angielski? Po prostu umiem. No ale nie da się umieć obcego języka znikąd, przecież twoim pierwszym jest chinyanja, tak? No tak. No to skąd umiesz? Po prostu mam taką wiedzę. I just have a knowledge. Jasne jasne. Nauczyli cię rodzice? Nie, brat. Okej. Idziemy. Golden hour trwa. 

A ile masz lat? Thirteen. To byłbyś jakoś w 5 klasie? Mówi, że tak.

Dochodzimy do końca drogi, slychac jakieś głośne śpiewy/krzyki z dużego budynku. Pytam, czy wie, co to. Tak, to modlą się. Aha, zaświtało mi. Podobne jak koło naszego mieszkania w szkole w niedzielę. Okej. Zwracamy. 

Pytam, jak ma na imię. Robert. Ja Magdalena. Mówi, że ładne imię. Cwaniak. Nagle proponuje mi inna drogę powrotną. Pytam gdzie tą dojdziemy. Do głównej drogi. Zgadzam się, idziemy.

Dochodzimy do znanego mi rozdroża pod sklepami. Nie oszukał mnie:) Po drodze kilka klatek. Idziemy dalej. Mówię, że ja chcę tam, za studnię. Idziemy. On jakby oddala się, myślę – czemu. Po paru krokach wiem. Weszłam w największe, czepiajace się butów błoto. A on nie. Jakoś wyłażę, z oblepionymi butami. Trudno. Słyszę śpiewy. 

Co to? To mój kościół, mówi. Jaki to jest? (nie zapamiętałam). Podoba mi się ta myzyka. Kilka kobiet i dziewczyn stoi w małym kółku i śpiewa tańcząc delikatnie. Słucham. Robert mówi, żebym weszła do środka. Ja, że niee, że dlaczego mam wchodzić. Żeby pospiewac też. Ale nie znam słów. To będziesz tylko klaskać. 

Stoimy chwilę przed tym podestem bez ścian (ściany właśnie robią, z blach i worków), chyba dopiero co zadaszonym, i słucham. Robert nie daje za wygraną. „Czemu nie chcesz wejść, wstydzisz się?” Ja, że trochę tak. I że nie wiem, czy mogę. Jeden z budujących mówi, że you are welcome. Pytam Roberta, czy to chrześcijański kościół. Chrześcijański. To mi wystarczy. Wchodzę. 

Dołączam do kobiet. Stoję z moim aparatem na szyi, lekko ruszajac się, muzyka z głosów płynie. Robert mówi, żebym śpiewała. Próbuję, choć nie znam słów. Ale powtarzają się frazy. Robert w końcu też dołącza i śpiewa. Jest bardzo pozytywnie. Obracam się. 

A tu dookoła gromadki dzieci się zebrały;D Chyba byłam tam niemałą atrakcją. Część z nich w drewnianych. ławkach, część poza budynkiem (który jeszcze nie miał pelnych ścian – o ile płachty i blachy można nazwać ścianami; i o ile cos bez ścian można nazwać budynkiem). Ale to nic przecież:) 

Kończą. Proszą, żebym ja im coś zaśpiewała. Niee, co mam zaśpiewać? Większość znam po polsku, mówię im. Ale jest jedną piosenka po angielsku, która mi pasowała. No dobrze. Mam chrypę i mówię przez nos, ale to nic. In Christ alone my hope is found… 

Niech pamiętałam całego tekstu, trochę zmyślilam, udało się. Podobało im sie:) zaraz musiałam śpiewać jeszcze raz, bo jeden z robotnikow podszedł dopiero jak skonczylam, bo nie słyszał wcześniej. No dobra:) 

A oni spotykają się śpiewać parę razy w tygodniu po prostu chwalić Boga. Czy to nie cudowne?

Robert mówi, że możemy sobie usiąść. Siadamy, kobiety śpiewają dalej. Ja rozglądam się. Wokół z piętnaścioro tych dzieci. Niektóre wstydzą się wejść. Obserwuję ich głowy powtykane w dziury od płachty zasłaniającej główną ścianę. Jedna z dziur ma kształt serca i mieszczą się w niej dwie głowy. Tak urocze, że ciężko to opisać. Podnoszą aparat, a maluchy zwiewają. Ach. No nic. Próbuję znowu. To samo. Znienacka. Są szybkie, kurczaki;D Robię jedno, gdy podchodzi robotnik w tamtą stronę, a dzieci są na chwilunię wpatrzone w niego. Nieidealne, ale mam je:) Dzieci z ławek też się chowają na aparat. Daje im znać miną, że nic złego nie robię i że mi trochę smutno, że się chowają. Niektóre okazały się odważne. 🙂 Robert pyta, czy wiem, co to dżigiz (albo jakoś podobnie). Ja że nie. Pytam co to. On, że do jedzenia. Że tu zaraz można kupić. Jak mam 50 ngwee. Mówię, żeby mi pokazał. Idziemy. 

To straganik tuż przy Joyce. Znają mnie tam, pozdrawiają. Przychodzi też Joyce. Dżigiz okazują się chrupkami/chipsami w małej paczuszce 🙂 Postanowiłam kupić Robertowi. Dużo mi pomógł dziś. Pytam, które chce. On, że jakiekolwiek. Kobieta daje jedne. Daję jej pół kwacha, a Robertowi chrupki. I mówię, że to w podziękowaniu i żeby się podzielił z kolegami. Idzie zadowolony. 

Zostaję przy straganiku. Joyce pyta, jak się czuję. Lepiej, coraz lepiej:) (jestem przeziębiona od tygodnia, ale dziś naprawdę mi się poprawiło, wzięłam wczoraj fervex). Dzieci nadal podchodzą (a raczej się czają;D). Joyce mówi mi, że jedna dziewczynka chce podejść, ale się boi. Inna ją ciągnie. W końcu staje przede mną. Pozdrawiam ją w chinyanja i pytam (też w chinyanja ;D już tyle umiem;D) jak ma na imię. Bardzo jest speszona nadal. Ja mówię jej Dine Magdalena. Mówi cichutko Joyce swoje imię, cały czas patrząc w dół. Głaskam ja po czole. Po chwili zwiewa do koleżanek. Joyce mi mówi, że od się. 🙂 

Następna, mała dziewczyneczka w czerwonej sunienusi mówi podobno, że chce, żebym jej zrobiła zdjęcie. Mówię Joyce, że pewnie, zrobię, tylko musi podejść bliżej. Woła ją. Idzie do mnie boso przez błoto. Pstryk;D

Potem te koleżanki Joyce, co sprzedają na straganiku chcą zobaczyć. Podoba im się. I też chcą zdjęcia;D Mini sesja. Cieszą się. Wraca Robert. Mówi, że też chcę zdjęcie. 

Pytam go dlaczego. Po prostu chce. A ja mu, że jest sprytny, jam wymyśli dobry powód, to ku zrobię. Pytam w końcu, czy chce, żeby siebie zobaczyć na zdjęciu, czy żebym ja miała jego zdjęcie. Mówi, że żebym ja go miała. Niech mu będzie:) Tam naprawdę bardzo chciałam go mieć na tym zdjeciu:) W tle studnia i wielka kałuża, w której pięknie odbija się to, co za nią i niebo. 

Wracam. Zbieram pranie od Joyce (dziś w koncu powiesiłam u niej, bo u nas nie mamy sznurka i jak wieszalysmy w pokoju ma krzesłach i ramach łóżek, to nawet po wybraniu i wyschnięciu smierdzialy, to coś strasznego, uwierzcie; zwłaszcza po męczącym praniu recznym, a tu tylko tak się pierze). Pachnie! I prawie suche. Ale cuuuuudownie:D

Idę. Robert i Jeszce kilkoro z gromadki za mną. Mimo że się pożegnałam i mówię, żeby nie szli. Staję. Nie idę dalej, jak wy za mną. I podpieram boki. Oni to samo. Staję z założonymi nogami. Oni to samo. No cóż, tej walki nie wygram:) Idę, niech sobie idą za mną. Po drodze piękne kwiatuszki do naszego wazonika z butelki na stół. Zrywam kilka, oni pytają po co mi, i też zrywają. Przechodzi jakiś pan i mówi, że dwójka z tej gromadki to jego dzieci. I że on to Alex. Miło poznać. Idzie dalej. A ja już pod samą szkoła-domem. 

Wchodzę do siebie. Robert mówi, że mieszka obok. Więc jesteśmy sąsiadami, mówię. Miło:) Macham na pożegnanie. Na dziedzińcu był też John i panowie, z którymi reperowal dziś ławki szkolne (spawanie, przykręcanie, robota na calego). Chyba trochę go zbili z pantałyku. Poszedł. 

A ja cały czas o nim myślę. Ja staliśmy z Joyce, spytala go, gdzie jego rodzice. Powiedział chyba nazwę jakiejś innej wioski. I że mieszka tu z siostrą. Mi Joyce powiedziała jeszcze od siebie, że on jest very smart. Też to zauważyłam. A ja sobie myślę, co by z nim było, jakby mógł pójść do szkoły. Ile kosztuje semestr u Johna? 

… 

***

Sobota jest tu dla mnie dniem zasłużonej odrobiny luksusu i relaksu. I taka była, to wspaniałe uczucie:D Z rana prysznic i ogarnięcie paznokci, włosów, powolne przyszykowanie się. Dziś byłyśmy akurat na zakupach w Cosmopolitan Mall (pierwszy raz same, busikiem, było ciasno, ale super;D). Przeszłyśmy się po sklepach z ciuchami, zrobiłyśmy zakupy spożywcze, (w międzyczasie na zewnątrz padało), zjadlysmy na koniec dobry (choć fastfoodowy) obiad i coś słodkiego – Marta tiramisu, ja kawałek sernika, Monika cappuccino z cukrem. 

„Za to ciastko mogłybyśmy kupić 40 pomidorów. I to tych dużych”, mówię nagle. Wybuchamy śmiechem, ale trochę mnie to wgryza w ziemię. W Lindzie kupujemy po 3 pomidory na raz, ostatnio 8, bo robilysmy leczo, i już czułam trochę jakby to był szał. Joyce „zupę” do polania koło nshimy robi z jednego pomidora dla całej rodziny. 

Ciacho zamiast 40 pomidorów. Dużych.

Mówimy sobie, że może zaprosimy następnym razem Joyce na ciacho. Oby wypaliło 🙂 

Powrót znów busikiem, który ruszy, jak będzie całkiem pełny. Wciskamy się jakoś, ale nie rusza jeszcze. Dochodzą ze 2 osoby, ledwo się domyka, ale ruszamy. Gorąco, ale otwarte okna idealnie wentylują. W sumie chyba 18 pasażerów. Po drodze przysluchujemy się rozmwom o polityce, Trumpie, zagadują oczywiście też nas. Jeden zna polskich piłkarzy:D Fan futbolu. Jest naprawdę sympatycznie. Droga mija nie wiadomo kiedy. Wysiadamy na „dworcu” (zbiorowisko busików) w Lindzie. 

Po powrocie moja osobista przygoda Golden Hour. 

Wieczorem (mamy pełno jedzenia w końcu;D) zrobiłyśmy kotlety mielone! :))) na jutrzejszy obiad. I zjadlysmy na kolacje do bagietki i pomidora po jednym. Marta skwitowala, że dziś zjadła więcej mięsa niż przez cały tydzień. My to samo.

Po kolacji Marta wyciąga maseczkę, już luksus kompletny;D Myślę sobie, czy to nie za wiele dobrego jak na jeden dzionek. Niee, jest cudownie. 

Kończę już, bo nie mogę się doczekać zdjęć! A i też jutro na 7 rano do kościoła. 

Cały tydzień niepisania za mną. Ciężki, tydzień prób. Próby siły, próby wytrwałości, próby chorobowej – kaszlowej, kichania, smarkania, próby braku prądu przez 8 godzin, gdy akurat potrzeba było ciepłej herbaty na przeziębienie, próby niemycia się, bo brak wody, próby wyzwania prowadzenia nowych zajęć z dziećmi (mamy teraz jeszcze angielski z nimi, po zmianie planu – który swoją drogą już jest w porządku:). 

Nie ma czystości myślenia, nie da się pisać. Nawet nie chce się pisać. Prawie nie chce się robic zdjęć. Chce się tylko być już w pełni zdrowym. 

Połowa wyjazdu za nami.

Wróciłam. 🙂 Cieszę się ogromnie. Mimo że co chwila smarkam jeszcze sobie nos. Jutro wstanę, mam nadzieję, jeszcze zdrowsza. Fervex wypity. Trzymajcie kciuki! 

Dobranoc! :***

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s