.:Krokodyla daj mi:. 

5 lutego, niedziela, 21.45

Dzień po brzegi; od pobudki krzykami modlących się przed 6, przez cudną zambijską Mszę, czekanie, krótką wizytę w domu bliźniaka Johna i poczucie się jak w Polsce, przez”Sunday Market” z pamiątkami, po farmę krokodyli z dojazdem do niej i drogą powrotną po ogromnych dziurach (=trzepaaAaAnie). Padam. Ale zadowolona ogromnie! Jutro wspomnę, co więcej. Bo trzeba się wyspać. O 8.30 zaczynamy pracę;D A ciężka to praca, praca nauczyciela… 

6 lutego, 13.35

Jak to było wczoraj. Jak to się stało, że miałyśmy tak intensywną niedzielę. Ano z marzenia Moniki. 🙂 Ona od początku chciała gdzieś pojechać, a szczególnie na Sunday Market po pamiątki (wymarzyla sobie smukłą drewnianą żyrafę) i na farmę krokodyli (która też jest w Lusace, daleko, ale nie aż tak). 

HOT PART

Czym jest w ogóle Sunday Market? Jak nazwa wskazuje, jest to coniedzielny targ. Jest on w jednym miejscu w Lusace. Przyjeżdżają na niego różni rzemieślnicy/artyści/wytwórcy/sprzedawcy, wykladają swoje lokalne wyroby (drewniane figurki, naczynia, obrazki, kolorowe tkaniny, ozdoby, itp, itd), pojawiają się klienci i… zaczyna się targowanie:) Tak. Większość produktów ma swoje ceny, ale zazwyczaj usłyszysz w pewnym momencie, że dana rzecz jest warta tyle, ile jesteś w stanie za nią zapłacić. Wolą sprzedać taniej niż chcieli, niż wcale. Proste. Nie zawsze jednak przystają na proponowane niższe ceny. Czasem trzeba być bardzo twardym, żeby nie dać się na coś namówić. Wołają cię, mówią, żebyś tylko spokojnie obejrzał sobie, po czym przystępują do „przekonywania” cię. Tylko niektórzy byli naprawdę w porządku. Wielu było naprawdę nahalnych. Jednemu się udało sprzedać mi drewnianą miskę, z której potem nie byłam zbyt zadowolona, bo stoisko dalej znalazłam ładniejsze. Ale to kwestia asertywności, więc można sobie jakoś poradzić. Wzbudzają oczywiście w tobie czasami wyrzuty sumienia, że to dla syna będzie na książki do szkoły, itp, itd. I wiesz, że czasem to prawda. Ale nie przyjechałeś wykupić całego asortymentu Sunday Marketu, ani uratować wszystkich, bo po prostu cię na to nie stać. Skupiasz się na tym, po co się tu pojawiłeś, szukasz, targujesz, kupujesz. I wtedy odchodzisz w pełni zadowolenia:) 

A jak było? Przede wszystkim baaaardzo gorąco. Po naszym przyjeździe zaczęło padać i potrzebne nam były kurtka i parasol (wyroby wystawiają pod takimi namiotami lub przykrywają, ale chodzi się pod niebem). Szybko jednak przestało i zaczęło naprawdę prazyc. Było samo południe. Jeszcze to wybieranie, targowanie, no… było gorąco. 

Ale udało się. Każda coś kupiła i ruszyliśmy dalej. Aha! Co było w ogóle największą atrakcją wyjazdu:D Samochód:D Nie jechalysmy osobówką Johna ani pana Bandy, tylko terenowym brata (bliźniaka) Johna, Daniela. Miałyśmy całą „pakę” dla siebie:) Siedzialysmy na siedzeniach bokiem do kierunku jazdy, wentylacja oknami. Z przodu John i jego brat, który prowadził. Wstapilismy w ogóle na początku do domu Daniela, poznalysmy jego żonę, zobaczylysmy jak mieszkają. Tu szok, normalny dom, jak polski. Spory, murowany, z ogródkiem, z wysokim ogrodzeniem (wcale się nie dziwię, ten dom też jest w Lindzie, tej biednej dzielnicy Lusaki). W salonie kanapa z fotelami, stolik, wielkie lustro (nasze ma 10x15cm), kwiaty, sztuczna choinka z lampkami (!). Zahaczylismy też o sklep żony Daniela, dostalysmy po coli i wsuęłyśmy z kupionymi przez Martę na straganiku bułami-babeczkami. 

Dom rodziny brata Johna, Daniel, jego żona i nasz „dżip”

Teraz kierunek farma krokodyli. Droga minęła nieziemsko, że wzgledu na widoki za oknami, piękne, afrykańskie chmury (u nas nie ma takich), słońce i zmieniające się kolory nieba (ze względu na nadciagajacy deszcz). 

COLD PART

Droga do farmy okazała się niewyasfaltowana. Rzucalo nami na różne strony, a my probowalysmy przez okna robić zdjęcia:) W drodze były ogromne kałuże i błoto, cieszylysmy się, że jedziemy takim autem. Chociaż mijał nas też busik i osobówki. Nie mam pojęcia, jak one tam przyjechały. (niektóre mijane były nieco „zaryte”, któryś próbowali pchać). 

Po dluugim czasie dotarliśmy. Kapalo, zrobiło się więc tez dużo chłodniej. My ubrane na letnio całkiem. Tylko Marta miała cienką kurtkę od deszczu, ale też była w krótkich spodenkach. Ja wzięłam parasol (nauczona poprzednim wypadem do Mundawanga Parku, że jakkolwiek by nie świeciło, może padać zawsze). 

Było super:) Był ciekawie opowiadający przewodnik, miejsce bardzo zadbane. Na początek było kilka różnych węży (w tym czarna i zielona mamba, pytony, a też Boomslang – ten, którego skóra była potrzebna do uwarzenia eliksiru wielosokowego w świecie Hogwartu:D). Potem różne krokodyle, na początku młode, małe, aż po ogromne i tłuste (i nie mające ochoty się zbytnio poruszać). Niektóre pływały po zbiornikach pokrytych rzęsą, tak że było widać tylko ich oczy… 

Wciąż kapało, więc poszlysmy się schować pod zadaszenie z trzciny. Zamowilysmy wcześniej po burgerze z mięsa krokodyla:)  (oprócz Marty, która już jadła wcześniej, w Wietnamie, i się okazało, że ja uczulił, po czym musiała się leczyć tabletkami z jadu węża ..)

Między krokodylami

Przeszedł deszcz, poszlysmy jeszcze na selfie z krokodylami:p i zmarzniete wrocilysmy do naszego jeepa, marząc o ciepłym prysznicu (którego, jak po chwili zamarzania się odkrylysmy, nie miałyśmy szansy odbyć po powrocie;D). Droga przez dziury i kałuże, wracamy. Godzina i jesteśmy. 

Ostatnie „atrakcje” już w samej Lindzie, bo przy naszej szkole były takie dziury, że jeep o mało nie wylądował w krzakach… (razem z nami). 

Rozedrgane prosilysmy, czy możemy już wysiąść. Koniec końców – udało się:) Dotarłysmy całe, pełne wrażeń, zmarzniete (ale z wizją założenia ciepłych ubrań po zimnym prysznicu i wypicia ciepłej herbaty – był prąd! :)) ), zadowolone. Nie wiem, jak dziewczyny, ale ja poczułam się wczoraj jak na wyprawie z filmu. Jak naprawdę w Afryce. Niesamowite:) (mimo wciąż smarkania i niepełni poczucia zdrowia). 

Choć w zasadzie, w tej prawdziwej Afryce jestem przecież na co dzień. 

Advertisements

2 thoughts on “.:Krokodyla daj mi:. 

  1. Hej dziewczyny 🙂
    Szacun wielki dla Was i w ogóle – „wooow”! (To tak ogólnie, bo czytam wszystkie wpisy, tyle że na telefonie i nie zawsze wchodzę na bloga/komentuję 🙂 siłą rzeczy – każdy dzień jest dla Was >pełen wrażeń<, ale super, że miałyście też okazję na taką niedzielną wycieczkę i że znów zobaczyłyście coś nowego 🙂 trzymajcie się ciepło 🙂 pozdrawiam! Ola

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s