.:Ach te kochane nasze:.

7 lutego, wtorek, 11:00

Czyli że wiedza o tym, co to przymiotnik, rzeczownik i czasownik w piątej klasie to za wcześnie. Yhm. 

Byłam w szoku. Ale nic. Następny angielski przeznaczę na wyjaśnienie im, co to takiego te części mowy. Może się uda. 

Ogólnie mam problemy z tym, żeby dzieciaki załapały jakieś podstawowe zagadnienia, jak np. dzisiaj, o co chodzi z „too”.  Too dark to see,  too busy to go out. Rozumiecie? Yes! A dzieci potem mi piszą zdanie z too : „I like too eat bananas.” Większość z nich. No dobra. Muszę się uczyć na własnych błędnych założeniach odnośnie ich wiedzy. Wytłumaczę im za tydzień, czym się różni too od to. Do tego przyda mi się też nauczenie ich, co to przymiotnik, a co to czasownik. Jest plan.

13:10

Załamka numer dwa. Lekcja z tą samą klasą (4&5), teraz CTS (czyli Creative activities). Wymyśliłam grę. Każde miało dostać przygotowaną przeze mnie karteczkę z rysunkiem, nie pokazywać nikomu, podpisać, co tam jest i dopisać jaki może mieć kolor i do czego służy.  Potem opisać koledze/koleżance z pary, żeby zgadł/zgadła, co to. 

Płotek numer jeden. „Proszę pani, jak się pisze cat?”  (tree, hat, car…) „What is it?” (były tam okulary, palma, list, muszelka…). Okej. Siadajcie. Narysuję wszystko na tablicy i podpiszę (jak łatwo to tu teraz napisać… Na żywo poszło zupełnie trudniej). 

Wszyscy mają już podpisane? Yes! Super. 

Płotek numer dwa. Jak się pisze „black”? Jak się pisze „white”? (klasa 4 i 5)

… 

Dobra. Anielska cierpliwość Magdaleny jeszcze działa. Piszę im różne kolory. 

Gotowe? Gotowe. Możecie grać. 

(* z dobrych rzeczy: jedna dziewczyna na całą klasę zrozumiała polecenie i całkiem sama zupełnie dobrze opisała swoją karteczkę. Byłam z niej dumna:)) 

Płotek numer trzy. W parach nie da rady, to biorę po jednym dziecku na środek, niech opisuje reszcie. Taki Brian na początek. Jeszcze nie zaczął, a już krzyczą z klasy, co ma. Oczywiście dobrze. Wcześniej popodglądali, co mają sąsiedzi. Super.

Zbieram karteczki i będę dawać losowo. Dopisuję brakujące informacje, może teraz się uda. W międzyczasie krzyczą, wstają, ciężko zapanować. Mówię im w końcu, już trzeci raz, że jak zobaczę, że ktoś wstaje albo będą krzyczeć, to nie gramy i idę sobie. 

Kolejny zaczął opisywać, kota. Jednak nie potrafił nic o nim powiedzieć. Bez mojej podpowiedzi wymyślił, że jest podobny do psa. Okej. Ktoś tam się zgłaszał, ale znowu wszyscy wstawali i krzyczeli. 

Zebrałam manatki i poszłam.

Wkurzyłam się naprawdę. Inna sprawa, że akurat już minęło moje 45 minut (podczas którego jedyne, co się udało zrobić dzieciom, to przepisać kilka nazw tego, co było na obrazkach, do zeszytów). 
Stwierdziłam jednak, że tego tak nie zostawię. Wzięłam kredki i namalowałam kilkanaście kolorów w 18 egzemplarzach i zaczęłam podpisywać. Z pomocą Moniki udało się skończyć. 

Zaniosłam im, powklejalam każdemu do zeszytu i kazalam napisać nazwę każdego koloru obok co najmniej pięć razy. I nauczyć się na pamięć. To zrozumieli. 

***

Nie jest łatwo. Jak już pisałam kiedyś, w klasach obok uczą się czasem naprawdę skomplikowanych rzeczy, jak krąży krew, jak się rozwiązuje funkcje matematyczne. Nie rozumiem. 

Dwie dziewczyny podeszły jednak do mnie na początku CTS, prosząc, czy wytłumaczę im mnożenie pisemne. Pewnie! Po lekcji. To chyba daje mi najwięcej satysfakcji. Jak jakieś dziecko chce i samo dąży, żeby czegoś się nauczyć. Bo jednemu stosunkowo dużo (dużo!) łatwiej w czymś pomóc. Będę się starała pomagać, jak będę tylko dawała radę. 

Ciężka jest praca nauczyciela. 

***

Na szczęście jest mnóstwo miłych momentów. Jest wiele uroczych i przemiłych dzieci, które szanują to, że tu jesteśmy i się cieszą (znaczy cieszą się wszystkie, ale w różny sposób to okazują, może tak to określę:)). 

Na początku tego wspaniałego CTS na przykład, poprosiłam, żeby mi coś zaśpiewały (żeby się uspokoiły). I zaśpiewały taką super piosenkę, We miss you teacher:) 

Potem, w tej ich klasie była mała dziewczynka, która płakała. Ktoś powiedział, żebym wzięła ją na ręce. Wzięłam. Uspokoiła się. Nauczycielka powiedziala mi, że jest nowa, że to jej drugi dzień i jeszcze tęskni. Jest w klasie bejbi, czyli ma ze 4 lata. Była zadbana, ładnie pachniala. Ponosilam ja trochę, wzięłam aparat, potem poszłam z nią za rękę i usiadlysmy sobie obok dzieci z jej grupy. Podbiegly oczywiście moje uczennice, żeby robić im zdjęcia. A ja zrobiłam tej małej, i podczas pstryku pierwszy raz się uśmiechnęła. 🙂 Pokazalam jej, zrobiłam jeszcze moim dziewczynom, zostawiłam już zadowoloną i chyba całkiem spokojną. Ach:) A na imię jej Gertrude. 

Idę wyjaśnić dziewczynom to mnożenie. 

14:10

Dziewczyny od mnożenia gdzieś zniknęły, za to pojawiła się znów płacząca Gertruda. Wzięłam ją więc na ręce i siadłam sobie. Po chwili – zasnęła. Siedziałam więc tak trochę, godzac się na lekkie slinienie mojego ubrania. Potem zaniosłam ją do baby class, usadzilam na mini stołeczku, ułożyłam, i zostawiłam śpiącą dalej. I poszłam zjeść w końcu lunch.

 Dziś głód jakoś bardziej, i to nam wszystkim trzem, doskwiera. Wszystkie zjadlysmy obiad, w tym całe dwie nshimy, a zawsze zostawialysmy po trochu. Dwie nshimy to dużo. I ja na przykład nadal się nie najadlam. Zjemy potem ostatnie nasze kotlety i upieczemy sobie ziemniaki. Duuuuuzo ziemniaków:) (nie jadlysmy z Moniką od miesiąca wcale; no, z wyjątkiem w postaci frytek raz czy dwa). 

Musimy mieć siłę. Dużo siły:)

19:45

Zaraz nasza ziemniakowa kolacja. Wcześniej poszlysmy na dluuugi spacer. Nie same. Bo po lekcjach zostają zawsze z nami „nasze” dzieci. A to pobawić się, a to porobić zdjęcia, a to po prostu postać:) Dziś postanowiły nas „eskortowac” podczas spaceru. Szły trzymając nas za ręce, z obu stron każdej. I takim orszakiem sunęlismy sobie z wolna przez Lindę:) 

„Zrób sobie zdjęcie z naaaami” 🙂 (Cały czas to ja ich uchwycam na aparacie;D)

Wcześniej, jeszcze przy szkole, pojawił się pan Banda i dziwił się, że dzieci jeszcze nie w domu. A one mu, że to dlatego, że nas uwielbiają. Najbardziej na świecie. 🙂 Potem kolejny raz prosiły, byśmy nie wracały do Polski.

PÓŁ WIOSKI

Nasi uczniowie nas pożegnali, my poszlysmy obejrzeć przedszkole budowane tu z wolontariuszami przez ojca Jacka. Zerknelysmy na porządne klasy, łazienki, zaczelysmy się hustac na hustawkach. Za murem wielkie boisko. Nagle na ten mur wskskuja młodzi chłopcy. I tak siedzą i się patrzą. My tez, i robimy im zdjęcia, coś zagadujemy. Idziemy dalej. Wracamy inną drogą. Kupujemy pyszne pączkowe buły po 1 kłacza, dołączają do nas jakieś dzieci. W tej części Lindy jeszcze nas nie widzieli. 

Obracamy się, a tam, jak to Marta określiła, pół wioski idzie;D Dzieci oczywiście. I śpiewają jakąś swoją grę. Niektóre łapią nas za ręce, ciągną za włosy (włosy są tu dla wszystkich atrakcją, bo oni mają w większości sztuczne), lub po prostu są naszymi cieniami.  No dobra. Takie życie muzungu w Afryce. 

Myślałysmy, że jak może zajdziemy dalej, to zawrócą. Skądże. Miałyśmy eskortę, tym razem z nieznajomych dzieci, pod sam dom. 

Koniec. Pyszna kolacja, rozmowy przy stole, pomysł (Marty) wysmarowania się następnym razem węglem i pójścia na jakąś imprezę, zobaczyć jak oni się tu bawią (żeby nie wzbudzać zainteresowania;D), chyba czas spać. 

Dużo sił dziś z siebie wykrzesałam. 🙂 Jeszcze 21 dni. Trzy tygodnie tylko. A w piątek jedziemy do Livingstone! 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s