.:W drogę! Czyli czas po zambijsku:. 

10 lutego, piątek, 10:45

Jedziemy. Na naszą wyprawę do Livingstone:D Na safari, podczas którego zajrzymy do Botswany, na Victoria Falls, które obejrzymy od strony Zimbabwe. Bardziej na południe. Do 30 stopni Celsjusza. I większej wilgoci. 

Jedziemy autobusem, dużym, wygodnym, jak europejskie (tylko nawiew nie działa, ale okna się otwieraja;)), z 11:30. Tak. Ruszyliśmy o 10:30. Czyli godzinę przed czasem:) 

Czas w Zambii to pojęcie względne. Umówisz się na jakąś godzinę, przyjdź trochę później. A najlepiej, jak się wczoraj dowiedziałysmy od pana Bandy, po prostu wpadaj z wizytą. Tu się nie umawia. 

Jednak na autobus, jak widać, lepiej wcześniej;D

Właśnie, jak to tu jest z komunikacją publiczną? 

Mini busiki (krótsze dystanse) ruszają po prostu, kiedy są pełne. Co do jednej osoby. Nie ma jakiegoś rozkładu. I płaci się po wejściu, panu, który zbiera kasę. Podczas drogi;) 

Na autobusy kupuje się bilety wcześniej. Nam kupował John. 

Lusaka – Livingstone

Tak to wygląda. Sprawdzali nam przed chwilą, dwa razy. Raz zaznaczali te dwie krechy, że skasowany, drugi raz spisywali numery miejsc na takiej kartce A4 z planem autobusu, w miejscu gdzie siedzimy. ;D

W ogóle autobus zapalił jeszcze wcześniej, jakby dając nadzieję, że już ruszamy. Zdziwione byłyśmy bardzo. 

Nakupiłyśmy też w Lindzie tych świeżych pysznych bułeczkek na drogę, te parę godzin trzeba coś jeść. Ale niepotrzebnie, jak się okazało, martwiłyśmy się, że dadzą nam odjechać nie zaspokoiwszy głodu. Do autobusu wchodzili sprzedawcy z jedzonkiem. Banany (po 1,5, czyli droższe o pół niż u nas), winogrona. Kabanosy po 5 kwa. Plus wkoło autobusu chodzący ze zgrzewkami coli czy fanty na głowach. 

Potem wszedł Pan z mopem, czyszcząc podłogę. 

Było też jakieś zamieszanie z miejscami. Coś chyba nie policzyli dzieci, i jedno czy dwoje siedzą jakby pomiędzy siedzeniami. I na kolanach. Ktoś na podłodze. Ale jest okej. Ciekawe, czy wszyscy jadą do tego celu, co my. 

Wcześniej, około 10, dzwonili do Johna pytać, kiedy będziemy, że czekają na nas.:) 

Na szczęście byliśmy już niedaleko, właśnie po załatwieniu przedłużenia wiz (dziś akurat wypadała nam z Moniką wizyta w immigration office). 

Na dworcu John, znów na szczęście, nas odprowadził (a raczej doprowadził) do samego autobusu; nie wiem, czy same znalazłybyśmy, który to. Po drodze chcieli nas zgarnąć parę razy do innych, miałam wrażenie;D

W każdym razie, jedziemy. Jest 11:00. Znaczy się aktualnie stoimy w kolejce po benzynę na stacji. Może z Lusaki wyjedziemy o tej 11:30;) 

Na autobusy trzeba po prostu pojawiać się wczesniej. Sporo wcześniej. 🙂 

Ciekawe jak będzie z internetem, jak wyjedziemy z Miasta. 

I ciekawe, jakie przygody jeszcze nam się przytrafią w drodze:)

Ale – w razie czego, będziemy chłonąć głowami i na zdjęciach. I później opowiem:) 

Na razie włączyli autobusowe 3 telewizorki i puszczają afrykańska muzyczkę i teledyski;D A my jedziemy między górami, niskimi i całymi zielonymi. Soczyscie zielonymi. Zieleni tu nie brak. Wyobraźcie ją sobie, pośród zapewne bieli śniegu wokół was.:) (zdjęcia nie chcą się jeszcze załadować) 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s