LIVINGSTONE part2 .:Szczęście:. 

12 lutego, nd

Victoria Falls. 

Na tym w zasadzie mogłabym skończyć ten wpis o szczęściu. Naprawdę. Ale nieee, nie będę tak okrutna. Wiem, że co najmniej parę osób to czyta, a może nigdy tu nie będzie. Więc spróbuję was przenieść w nasz dzisiejszy, kolejny afrykański, dzień. 

🙂 

MSZA

Na 7 rano. Przecudny poranek z rosą i droga do kościoła po piachu. Szło się wolno, ale zdążyłyśmy.

Msza była bardzo podobna jak u nas w Lindzie, (też dwugodzinna), ale na przykład śpiew podoba mi się bardziej w naszym. Tam było bardziej „sztywno” z piesniami. Były wolniejsze, jakoś mniej z duszy śpiewane. Ale to można sobie tak porównywać wszędzie, a nie ma potrzeby:) 

Największym szoł było kazanie. Zaczęło się w miarę spokojnie, potem ksiądz też wyszedł zza ambony, jak u nas. Była akurat bardzo długa ewangelia (o Nowym Przymierzu, odniesieniu się Chrystusa do 10 przykazań), ksiądz odniósł się chyba do każdego z poruszonych tam zagadnień. Ale było coś, z czym się dotąd nie spotkałam – w pewnych momentach zachowywał się jak aktor. Lub stand-up. Dużo gestykulowal, chodził. No po prostu jakby robił szoł. Byłam trochę w szoku. 

Co więcej. Już któryś raz się z tym tu spotkałam, że ksiądz zadaje czasem pytania wiernym, takie, na które wszyscy jednogłośnie i równo odpowiadają np. ‚Yes!’. Ciekawe. Trochę jak w szkole na ‚Good morning’. 

Na koniec zdziwiłyśmy się, bo podczas ogłoszeń była formułka, że kto jest tu pierwszy raz ma wstać, to wstalysmy, przywitała nas oklaskami, po czym kazali po mszy iść wpisać się w księgę gości w zakrystii. 

A! Jeszcze podczas Komunii ksiądz najpierw nas pobłogosławił, a potem zapytał czy przyjmujemy ją. Po Mszy nas złapał i wyjaśnił, że to dlatego, że miałyśmy założone na piersi ręce, co tutaj czasem oznacza, że ktoś nie przyjmuje, tylko podszedł po błogosławieństwo. 


ZNAJDŹ SOBIE TAKSÓWKARZA

Nie wiedziałyśmy, kiedy się skończy, a poprzedniego dnia mijałyśmy sporo taksówek, więc postanowiłyśmy jakąś po prostu złapać. Udało się szybko, za dobrą cenę. Jedyne co chce powiedzieć, to że trzeba tu uważać, żeby nagabujący na przejazd naprawdę byli taksówkarzami (mieli swój błękitny lub beżowy z paskiem samochód z tabliczka ‚taxi’), bo zarobić chcą też różni inni ludzie. 

„TYLKO NA MOST” (gorąco, brak sił, wizy, Zimbabwe, pieczątki, zastanawianie się, bungee, małpy, naganiacze, wytrwali Monika, w końcu naprawde nad wodosoad) 

Dzień stawał się ciężki. To znaczy powietrze. Duszno, gorąco. Ale w planach Victoria Falls. Trochę zastanawiania się jak chcemy je zobaczyć (bo wiedziałyśmy, że najlepszy widok jest ze strony Zimbabwe, ale do tego trzeba było przekroczyć granicę, kupić wizę, wejściówkę z tamtej strony, oraz potem wizę powrotną do Zambii, bo nasza „double entry” po Botswanie wygasałaby tym sposobem – czyli sporo kosztów i zalatwień) – ale spoko. Jesteśmy raz w życiu przy jednym z cudów natury, idziemy. Pytamy o wejście tylko na zobaczenie wodospadu, sugerują nam wejście na most „ZimZam”, z taką karteczką z datą. Marta musi zostawić za to paszport. Okej. Idziemy. Jest i most. Po drodze pierwsze mokre „zraszacze” z góry, już dociera woda od wodospadu. 

W końcu most. I Victoria Falls… Piękne. Wielkie. Ale bez szału. Robimy jakieś zdjęcia, idziemy dalej przez most, zapytać o wejście po stronie Zimbabwe na sam wodospad. W połowie mostu mijamy tabliczkę welcome to Zimbabwe, idziemy spory kawałek jeszcze. Dalej immigration Office, nie dadzą nam wiz. Marcie, bo nie ma paszportu. Nam chyba by dali, ale nie miałyśmy w sumie wbitego opuszczenia Zambii. Ale też nie chcialysmy się rozdzielać. Wracamy na most. 

Po drodze nie wspomniałam o wielu nagabywaczach, niełatwo czasami sprawić, żeby cię zostawili w spokoju. Jeden z takich zasugerował, żebyśmy z powrotem poszły prawą stroną mostu, gdzie jest punkt skoku na bungee. Jesli nie chcemy, to przynajmniej zobaczymy jak inni skaczą. Okej. 

Po środku mostu jest droga, tory i droga. Przechodzimy po prostu, i wolno zbliżamy się do środka – umownej granicy między państwami oraz punktu skoku na bungee.

Marta od początku mówi, że chciałaby skoczyć, ale drogo.

Spedzilysmy w okolicach środka mostu baaaardzo dużo czasu. Przestałyśmy liczyć. Patrząc na wodospady, piękny kanion rzeki, no i skaczących ludzi. Nagle Marta mówi, że skacze. 

Akcja skok Marty;D Jedna ma robić jej filmik, druga zdjęcia. Marta dopina formalności, czeka na swoją kolej, skacze. I pełna radość! 😀

Była też opcja przejechania na linie nad rzeką, nad tym wahalam się ją. Ale jak już Marta skoczyła, co coraz bardziej czułam, że jak nie spróbuję, to będę żałować. I też poszłam;D Nie bylo zbyt wiele adrenaliny, ale widoki wspaniałe, jeszcze słońce mi zaswiecilo i jechałam tuż koło tęczy:D

Chcę podziękować w tym miejscu Monice, że tyle z nami wytrzymała tam, choć sama pewnie wolała iść już na same wodospady. ❤


PRAWDZIWY CUD (w końcu Zambian part of the falls……..) 

Miałyśmy tak naprawdę ogromne szczęście. Że jesteśmy tu w porze deszczowej i Zambezi ma ogromne szerokie koryto, że pogoda nam się trafiła wymarzona, że tyle nam zeszło z formalnościami i na moście. Dzięki temu ogladalysmy Victoria Falls, jeden z siedmiu cudów świata natury, w całej okazałości. Przy popołudniowym słońcu, z pojawiającymi się i znikajacymi tęczami, z potęgą wód. 

Było już chyba ok. 16 jak dotarłysmy do wejścia na właściwe wodospady. Kupiłyśmy bilety, idziemy. 

Nagle szok. Pierwszy prześwit Victoria Falls, z tak bliska! Zapytałam się siebie, czemu tyle tkwilysmy na tym moście, tak w oddali! 

Nie da się tego opisać. Potęga. Masy wód. Nie widać, gdzie spadają. Po prostu w przestrzeń na dole. Co chwila wodospadowe „ulewy” (woda wzbija się do góry, po czym opada w postaci takiego deszczu), co chwila tęcze. Są miejsca, że metr obok ciebie już nie pada, zrobisz krok, znowu jesteś pod ostrzałem wód;D

Patrzymy z podziwem, robimy też zdjęcia jak szalone:p Licząc po cichu na choć częściową wodoodporność naszych telefonów i aparatów. 

Peleryny od deszczu spisują się. Ale i tak mamy wilgotne włosy. To nic.:) jest bardzo cieplo. Niektórzy chodzą tylko w mokrych ubraniach lub tylko w strojach kąpielowych;D

Idziemy i idziemy, końca nie widać. Ogrom. 

W końcu docieramy do przełęczy, widzimy za przepaścią stronę Zimbabwe. Tam wygląda jakby ludzie nie mieli szans nic zobaczyć przez ogrom tej wody. (po stronie Zimbabwe jest główne koryto Zambezi, więc dlatego tam jest więcej wody, a też tam trzeba iść w porze suchej, żeby w ogóle wodospad zobaczyc). 

Chodzimy trochę jeszcze, zahaczamy o las deszczowy, oglądamy wąwóz, czytamy na tablicy geologicznej jak dawno to wszystko powstało… 

Widzimy ludzi jakby nad wodospadem. Pewnie, że chcemy zobaczyć jak to wygląda z góry! Idziemy tam. 

Wcześniej pokonujemy taki wąski most, wokół którego jest calutka, okrągła tęcza! Pada tam bardzo, ale stoję na nim i się zachwycam. Myślę też, czy zaryzykowac i wyjąć aparat, uchwycajac jakos spod peleryny te padające krople, które mnie tak urzekły. Na pewno zmianie. Ale da radę, myślę sobie. Dużo już przeszedł. Wyjmuję, robię… Stoję jeszcze chwilę na tym moście, patrząc w dół. Mialam mokrą twarz, ale też spłynęły mi po niej łzy ze szczęścia… 

ZASŁUŻONY  WIECZÓR 

Już prawie zachód, wracamy. Jakiś spokojny taksówkarz, dowodzi. Nas niedaleko nas, pod centrum handlowe. Znalazlysmy przyjemną kawiarenko-knajpkę, siadlysmy pod gołym niebem (czyli po zwykłemu na zewnątrz, lub na tzw. ogródku);)).  Pizza, cola, cappuccino. Bez jakiegokolwiek pośpiechu. Komary jakoś zwalczamy. Jak cudnie… 

Wracając trafilysmy na prawdziwą włoska lodziarnię i restaurację (sam właściciel, Włoch, nas zaprosił i opowiedział, jak co przyrządzają i skąd składniki i jakiej dobrej jakości). Wzięłyśmy z Martą po gałce jeszcze na wisienkę na torcie tego dnia – i były rzeczywiście przepyszne. 

Dochodzimy do nas. Po wejściu do domku widzę Monikę na kanapie w zebry. Pytam, czemu siedzi. Bo tu tak wygodnie ;D Dosiadlam się, po zasypaniu mojego aparatu na wszelki wypadek po tych całych mokrych przygodach specjalnie kupionym w tym celu ryżem. Usiadłam – i przepadłam… Wygodna kanapa. Nogi zmęczone całkowicie mówią mi, żebym została na dłużej. Przeglądamy z Monią jakieś zdjęcia, pamiątki. Dołącza Marta. 

Potem dziewczyny idą, bo już późno, a rano wstać (znów). 

Zostaję jeszcze chwilę i spełniam marzenie o położeniu nóg wyżej na tej kanapie i poleżeniu chwilę. Ach…. 

Wchodzi Sara. Wolontariuszka z Niemiec, która jest tu w Livingstone, w Zambezi Primary School, na rok (właśnie minęło jej pół). 

Pyta jak dzień. Potem mi mówi, że ona parę razy była na wodospadach i pokazuje mi zdjecie z grudnia, kiedy po stronie Zambii wody nie było. Wcale. Szok. 

Przychodzi w końcu po mnie dbająca o mnie cały wyjazd Monika, że czas spać:)  Idę, bo wiem, że ma rację. Jeszcze prysznic, wyprać chustkę, no chwilę zejdzie. 

Daję radę opisać co nieco na szybko. Póki mam wenę;D

Jutro – czeka na nas rafting po Zambezi. Tak, tej rwącej, wielkiej, pięknej. Aparaty tym razem zostawiamy:) A we wtorek już powrót do Lindy. Do naszych dzieci. Tęskniących za nami tych urwisów nieopisanych;D

*Aha! No i w tym wpisie pojawiła się odpowiedź numer dwa na pytanie, gdzie jest most. Ano właśnie przy Victoria Falls, wybudowany w 1905 (!) roku. 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s