.:Bo jak nie opiszę, to przepadnie:. 

16 lutego, czwartek, rano chłodno, potem upał

Nie mialam przed zajęciami kompletnie sił. Nie chciało mi się nawet iść na nie. Ale – trzeba. Dzieci czekają. Przygotowałam sobie właściwie tylko angielski (który miałam po lunchu), on mnie trzymał przy nadziei na lepszy moment. 

Rano dwie informatyki, z klasą trzecią (to ci, co trzy razy dziennie pytają „Computers today us?”), potem z 9 (prezentacje o ich szkole, więc w miarę spokojnie). Oczywiście trochę problemów z łącznością, ale w końcu po podpinaniu wtyczki kabelkami do przedłużacza (przez szkolnego info-speca, a i najbardziej zaangażowanego nauczyciela Samsona) – działało. 


20 lutego, poniedziałek… 

Straszny poniedziałek. Nie pamietam, żeby tak mi się nie chciało iść na zajęcia z dziećmi (no, chyba że może parę poniedziałków temu). Nie pamiętam też, kiedy miałam tak dużą potrzebę jedzenia cukrów. Po prostu wciąż mam ochotę na coś słodkiego. Wcześniej tak nie miałam. Może to ma jakiś związek. 

19:50

Zalegam z wpisami (a tyle mam do opisania.. ); siedzi sobie u nas Robert i odrabia pracę domową, byłyśmy z Moniką odwiedzić rodzinę pana Bandy (poznałyśmy jego rodzinę, żonę (lub nieżonę, nie jesteśmy pewne), ich córkę Rebekę i syna Martina), teraz grają świerszcze (i jak zwykle muzyka w tle z wszech stron). 


21 lutego, wtorek, 17:30

Strasznie nie lubię pisać wstecz, ale jak się zaniedba, to cóż. Nadrabiam. Nie pójdę z Moniką na codzienny spacer, może i ominie mnie coś niezwykłego, ale czuję, że najbardziej potrzebuję opisać nieopisane. Bo przepadnie.

Jak już widać po tych urywkowych wpisach z przeciągu ostatnich dni, sporo zmian u nas. Zostalysmy we dwie z Moniką, znów pojawia się Robert, a ja cierpię na nadmiar cukru w organizmie. Ale po kolei. 

(przyszłam do Joyce, siadlam sobie na kanapie, dzieci już przestały mnie wołać z drzwi, obok siedzi Memory, bratanica Joyce, i przepisuje jakieś lekcje do zeszytu, umylam sobie chwilę wcześniej włosy i mi świeżo, nie huczy mi muzyka – mogę spokojnie pisać:)) 

***

Czwartek. DOWNs AND UPs i ROBERT IS BACK

W czwartek był drugi dzień po powrocie z Livingstone. Miałam straszną trudność, żeby iść z radością na zajęcia. Jednak po całym dniu wróciłam jakoś na tory dobrego funkcjonowania. Zmienił mi się nastrój znów na dobry, nie spodziewałam się, że tego dnia to będzie możliwe. Ale tak:) 

Nie mogłam jednak mieć całkiem takiego humoru jak wcześniej, bo od poprzedniego wieczora wiedziałam, że ma być nas od przyszłego tygodnia nie trzy, a dwie. 

W trakcie informatyki z gradem 9 zahaczam o pokój po brakującą myszkę – i widzę, że Marta leży na łóżku, a nie jest na swojej lekcji. Oczy ma zapłakane. Pytam, co się stało.

Przytulam ją, siedzę chwilę. Marta w Livingstone odwiedziła pobliską szkołę, gdzie również pracowali wolontariusze. Dostała propozycję, czy nie chciałaby na te pozostałe jej tu dni pracować tam. Zaczęła się zastanawiać. Przecież nie jest najważniejsze, gdzie pomaga, ale że pomaga. Tam było coś nowego. Spytała odpowiedzialnego za nasz projekt w Lindzie, czy widzi coś przeciwko. Dostała odpowiedź, że nie. Więc spytała Johna o zgodę, też bez sprzeciwu. Sprawy się jednak pokomplikowaly i jedzie już jutro, a nie za dwa, trzy dni.

Marta idzie jednak na kolejną lekcję, wciąż przecież jest tu. Po lekcjach idziemy sobie na nasz popołudniowy – już ostatni we trzy – spacer. Wahalam się, czy iść, ale zawsze lepiej iść niż zostać. I nie żałuję:) 

Ruszyłyśmy w stronę góry za kościołem (miała to być Mount Makal, okazało się, że źle zapamiętałam i że to Mount Makuli, a potem, że to nie ta góra w ogóle, tylko jakaś nastepna; ale nie szkodzi:)). Dołącza do nas stopniowo tradycyjnie już „ogonek” (uczniowie i inne dzieci). Po pewnym czasie, przy kościele, słyszę znajomy głos – a ukazuje się Robert:) Nie widziałam go odkąd się poznaliśmy. 

Pytam, czemu nie wpadł nigdy. Mówi, że był parę razy przy bramie, ale bał się wejść. 

To wypytuję, co u niego. Okazuje się, że od tygodnia chodzi do szkoły! Nawet nie wiecie, jak się ucieszyłam. Szkoła nazywa się „Joseph Santa” (o ile dobrze zrozumialam) i jest właśnie w kierunku tej góry. 

Cieszę się, że mogę z nim pogadać.:) Pytam o słowo „muzungu”, którym co dzień właściwie jesteśmy wołane, idąc drogami Lindy. Zastanawiamy się z dziewczynami od paru dni, czy ono jest w jakiś sposób dla nas obraźliwe. To pytam mojego kolegę:) Mówi, że wcale. Że oznacza tylko kogoś innego od nich samych. Chodzi tylko o kolor skóry. 
Robert zaczyna jednak zagłębiać się w temat czarni-biali. Ale nie do końca rozumiem, co mi tłumaczy. Coś o jakimś białym człowieku, który miał tu dawno temu sklep z czymś cennym i czarni nie mieli tam wstępu. Może jeszcze dopytam. Z rzeczy, które zrozumiałam, to np. że niektórzy nie chcą, żeby im robić zdjęcia, bo traktują białych jak zagrożenie. Albo niektórzy nawet jak czarownice. 

Robert gra w piłkę i w rugby. Mówi, że w sobotę ma mecz i zaprasza. Pewnie, że chcę iść;D Przyjdzie po mnie o 8.

Piatek. ZNOWU WE DWIE, TAŃCE HULANKI I ACH TA JOYCE! 

To lepszy dzień. Tylko jedna lekcja, a potem zabawy na placu. Na tej jedynej lekcji w dodatku dzieci były jakoś nadzwyczaj spokojne i usłuchane. Ach:) 

Wymyśliłam sobie wieczór wcześniej zrobić im krzyżówkę z kolorów. Stwierdziłam jednak, że nie chcę godziny poświęcać na czekanie aż dzieci przerysują kratki, więc narysuję im ja. Ale 20 kopii to przerosło i mnie. I zaplanowałam na rano wizytę w ksero. 

Znane nam ksero było zamknięte, jednak jak każdego dnia tu koniec języka za przewodnika, więc pytając jedna osobę, kolejna nam pokazuje miejsce (oczywiście najlepsze z wszystkich możliwych), kolejna załatwia, i w końcu doczekuję się na moje ksero:) Pan od ksera dopiero otwiera, zamknięte było na 3 spusty (dosłownie, 3 kłódki:), on sam o kulach, więc trochę zeszło. Ale w międzyczasie okazuje się, że jest on byłym nauczycielem francuskiego i konwersację prowadzimy po francusku. Znając jakiś rzadszy w otoczeniu, ale wspólny język można chyba najłatwiej zjednać sobie człowieka. Mam krzyżówki. 

Szkoła. Moja lekcja idzie w porządku. Zadziwiająco szybko dzieci radzą sobie i wyczerpują dużo przed czasem moje plany na te półtorej godziny. Ale jakoś daje rade. 

Ta jedyna poranna lekcja była jednocześnie ostatnią lekcją Marty w Mujo’s….  Pożegnała się z dziećmi, zrobiłam jej zdjęcia z uczniami… Była już spakowana, po wielu zawirowaniach udało jej się dograć podwozkę na autobus. Odprowadzamy ją, trochę smutno, z Moniką. Podjeżdża „taxi”, ostatnie zdjęcie, Marta opuszcza Lindę…  Nie wiemy, czy kiedyś się spotkamy. 

Ale nasz czas tu nadal się toczy. Teraz outdoor activities. 

Byly tańce z dziećmi, kazały mi owinąć biodra chitengą i tańczyć jak one;D Jakiś był wyjątkowo roztanczony dzień. Nawet nauczycielki też dołączyły;D 

W końcu wolne. Spacer. Monika bierze mnie na jedyny wyasfaltowany kawaleczek drogi w Lindzie (gdzie doszly kiedyś z Martą), przed domem wydaje się jakiegoś miejscowego bogacza. Mamy towarzyszów w postaci dwóch naszych uczniów, klasa 3, straaaasznie rozrabiali po drodze. Ale nie sposób się takich rzepów pozbyć. No nic:) 

Wieczór już, idziemy usiąść u Joyce. Dawno nie byłyśmy tak posiedzieć. Jest też Sharon, jej córka, przyjechała na weekend:)) 

Zasiedzialysmy się, a ona, czestuje nas kolacją. Nieee, mówimy, że idziemy, mamy w planie kromki z pomidorem. Nie, nie, zjedzcie chociaż trochę. To zostajemy:) I kosztujemy pyszne soya chunks, plasterki soi. Pycha:) Potem po trochu nshimy. No i wracamy najedzone. Ach ta Joyce<3 Mówi nam potem jeszcze, że chcialaby się uczyć. Najbardziej angielskiego i matematyki. I że może uda jej się, żeby w weekenddy teacher Mwale uczył ją w Mujo’s<333
Sobota. RUGBY, MARKET I ORZESZKI PROSTO Z ZIEMI 

Mamy w planach wizytę na dużym targu w mieście. Będzie jechała z nami Sharon. Ale najpierw rano – mecz rugby! ;D poczwórna radość, bo Robert, bo pierwszy raz zobaczę taki, bo to na boisku, bo zrobię zdjęcia (Robert mówił, że tam sami przyjaźnie nastawieni i że nikt nie będzie miał nic przeciwko pstrykom). Już sporo przed 8 jesteśmy z Moniką gotowe – a Roberta nie ma. 

Czekamy do 8, no nic. Tak to umawiać się z chłopakami:p Idziemy same. Może poszedł wcześniej? Znamy jedno boisko „we wsi”, może to to;) Jesteśmy, rugby-meczu brak. Parę osób gra w nogę. Chwilę siedzimy, ale zaczyna padać. Wracamy. 

Po 9 przychodzi…Robert. Mecz zaczyna się o 9.30. Aha;D Pytamy, czy coś jadł, mówi, że nie, jemy razem kromki z dżemem, przesuwamy wyprawę na targ z Sharon o godzinę, idziemy. 

Zdjęcia po powrocie. 🙂 Ogólnie było bardzo w porządku;D Ale na fotografa sportowego chyba brakuje mi szybkości. Ale zabawy miałam:) Robert mi mówił, gdzie mam sobie stanąć do dobrych ujęć. Prawie nie znałam zasad rugby:p Ale cośtam załapałam. 

Targ. 

Najpierw droga busikiem. Pełny, możemy ruszać. Po targu prowadzi nas Sharon. Szukamy chiteng, (wybór ogromny!), potem owoców i warzyw. Jednak zanim dochodzimy do właściwego targu z warzywami i owocami, już prawie wszystko mamy kupione;D Bo po drodze wszędzie rozłożeni sprzedawcy. Z żółciutkimi bananami, pachnacymi ananasami. Czy OGROMNYMI awokado. Którymi do tej pory nie mogę się nadziwić, że rosną takie duże i piękne (z 2-3 razy większe od tych, które docierają do naszych marketów). Po 5-7 kwachy. (2-3 zł). 

Na targu próbujemy robić zdjęcia, ale nie jest łatwo. I trochę się boimy kradzieży, jest sporo ludzi. Sharon mówi, że raz jej ukradli tu telefon i pieniądze z torebki. 

Ja chcę uchwycić caterpillars. Takie larwy, które tu jedzą, i które z Martą raz spróbowałysmy wcześniej na naszym targu w Lindzie, gotowe, usmażone (ciekawe uczucie swoją drogą jeść robaka;), ale po prostu chrupał, jak wszystko, co tu smażą głębokim oleju;D). 

Zdjęcie targu raz przyplacilam jakąś obelgą (w chinyanja, więc na szczęście nie zrozumiałam:p, ale i tak mi było nieprzyjemnie). Ale zmyłyśmy się szybko dalej;D

Targ częściowo jest położony jakby „na” torach. Działających. Po obu stronach. Po tych torach się idzie. Jak ma jechać pociąg, to już dużo wcześniej podobno tory wibrują i się schodzi;p

Mamy wszystko. Po jednej nowej chitendze (na poduszki;D), warzywa i owoce z listy. Nogi już bardzo zmęczone, wracamy. Dopiero druga. Lub po tutejszemu fourteen hours. 

Robimy jedzenie, potem „idziemy na zachód” 🙂 Spotykamy Roberta, robi zwierzątka i wyposażenie minidomku z gliny. Jak będziemy wracać, to będą gotowe, pokaże nam. 

Wracamy jak już ciemno. On nadal czekał, pyta, co tak długo nam zeszło;D Ale przynosi i pokazuje pięknego słonia i konia (z za krótkimi nogami) z gliny. 🙂

Idziemy zahaczyc o Joyce. Siedzą na „tarasie”, gotują coś. Siadamy z nimi pod niebem na chwilę. Przynosi nam nagle Joyce orzechy ziemne (które tu nazywają groundnuts). Świeże. Prosto z ziemi;D Są  wilgotne, pachną jakby świeżym bobem…  I są przepyszne;D

Znów załapujemy się na mini kolację z miłymi rozmowami. Dowiadujemy się od Sharon o mięsie z małpy…  Mówi, że rzadko je jedzą, bo to „dziczyzna” i też polować bez pozwolenia nie wolno, ale że to najlepsze jakie miała okazję jeść.
Niedziela. KURA W WORKU, CISZA i BUFFALO MEAT

Jak to w niedzielę, pierwszy punkt dnia – Msza Święta. 7 rano. Piękna, radosna, jak co tydzień:) 

Z ciekawostek, dziś dary były chyba najciekawsze odkąd jesteśmy. Butelki wody, środki czystości, ryzy papieru, miotły… i kura w worku;D No dobra, nie w worku, a w reklamówce:p Ze zrobioną dziurą na głowę. I tak zaniesioną księdzu po ołtarz;D

Wracając z kościoła jakąś pani pyta mnie, czy jej dam moja chitengę. Najpierw w chinyanja, więc nie rozumiem, ale Misheck, który po kościele się do nas przyczepił, tłumaczy nam, co ona chce. Odpuszcza dopiero jak jej mówię, że mam tylko ją na sobie i nie mogę jej dać:p

Lusaka National Muzeum. 

Tak, jest takie:) 

Postanowiłyśmy zobaczyć póki tu jesteśmy, co się da. Wymyslalysmy plany na weekend i trip advisor nam podpowiedzial, że jest w Lusace jakieś muzeum. Opinie całkiem w porządku, to jedziemy:) Czekała nas więc najpierw podróż busikiem.

Zanim dotarłysmy na dworzec już na drodze ktoś nas złapał mówiąc, że tedy będzie za chwilę jechał ten nasz bus, żeby poczekać. Rzeczywiście, udało nam się:) Wsiadamy, a tam jedna z nauczycielek od nas ze szkoły, Majuri, z synkiem na kolanach;) Ale jechała finalnie w inne miejsce. 

Podróż była w porządku, poza tym, że busik akurat był bardzo niski i musiałam mieć nieco schylona głowę, żeby przy podskokach nie uderzyć się;} 

Wysiadamy. Mamy trasę na maps.me, Monika też mniej więcej pamięta z wczoraj, bo to niedaleko targu. Oczywiście po drodze how are you (czasami się zdarzyło, że bezinteresowne), czy nie chcemy gdzieś jechać, do Livingstone itd. Ktoś nam podpowiada trasę do muzeum. Ale same w końcu trafiamy. 

Wchodzimy na teren kompleksu budynków rządowych (tam właśnie jest muzeum). No, czujemy się jak nie w Lusace;D Albo właśnie dopiero wtedy jak w stolicy kraju. Eleganckie, duże budynki, czysto. Co prawda musiał się pojawić na parkingu jakiś busik z napisem, że to Ministry of something. Ale nic. Jest w ogóle piękny dzień. Chmury są tak niesamowite, no bajkowe niebo. Wszystko ma przez to więcej uroku. 

Docieramy do muzeum. Wchodzimy i napotykamy… ciszę.

Ale nie taką zwykłą. Taką jak makiem zasiał. Żadnych krzyków dzieci, żadnej niechcianej muzyki, hałasów. Już zapomnialysmy, co to spokój. Spora przestrzeń i pustki. Nikogo w nim nie ma. Tylko pan sprzedający bilety, który tylko nam mówi, że są 2 piętra i żeby zacząć sobie od pierwszego od lewej strony, a bilety sprzeda nam później, bo akurat ma brudne ręce, bo coś robił i nie ma jak:) Dobra;) Ze szczerą rozkoszą zagłębiamy się w to, co mają nam do pokazania (jeszcze nie wiemy, co, ale cokolwiek by to nie było). W tej ciszy to można przebywać…  

Historia człowieka, czaszki ludzkie sprzed 2 milionów lat (od Australopiteka), charakterystyka afrykańskich wiosek, sposobu życia, historia Zambii, języków, kolonializmu, itd… 

Dużo się dowiedziałysmy. Może muzeum nie było jakieś najbardziej zaawansowane technicznie, ani wybitne wizualnie, ale spędziłyśmy miło że dwie godziny. (nic to, że w połowie przyszla jakąś wycieczka szkolna i zaczęli coś śpiewać… ciszę mimo tego czulysmy o dziwi nadal:)) 

Na koniec zostawilysmy sobie obrazy i pamiątki. 

Obrazy nieszczególne, owszem, ładne, kolorowe, lokalne, ale wiele jakby dzieci je malowały. Tylko kilka przykuło moją uwagę.  Ale może nie potrafiłam docenić. Monice się podobało. 

Zakupy w tym sklepie były najprzyjemniejsze z wszystkich tutaj. Nikt nie nagabywał, nikt nie przekonywał, nie kazał mówić ceny, nie trzeba też było się o nie pytać, bo były przyklejone (i w dodatku były normalne, racjonalne, nie jak czasem na straganach czy ulicy rzucali…). Znalazłam po poltoramiesiecznych poszukiwaniach po raz pierwszy pocztówki (;)), wybralysmy jeszcze po czyms z Moniką i zadowolone opuscilysmy tą oazę. 

Wracamy. Przystanek powrotny jest w innym miejscu nic przyjezdny. Więc musimy poszukać. Znajduje się jednak zaraz ktoś, kto chce nam pomóc. Dziwily się, bo idzie z nami, jakby chciał do samego końca nas posprowadzić. No dobra. Jest miły, nienahalny. Widzimy, że prowadzi nas dobrze. Opowiada, mówi żebyśmy się nie dziwily, że nas ludzie pozdrawiają cały czas, że niektórzy pierwszy raz w życiu widzą białego człowieka… 

Na koniec jednak mówi, że chce tip. No, tak myślałysmy. Ale dużo nam pomógł. Wrzucamy mu coś, idziemy. 

Jedziemy po drodze jeszcze do Cosmopolitan Mall. Coś kupić i zjeść. I wypić zasłużoną spokojną kawę. 🙂 

Wracamy tuż podczas zachodu. Przez te chmury dzisiejsze jest nieziemski, a możemy go widzieć tylko z busa, bo trochę się zasiesdzialysmy. 

No nic:)

Wieczorem odwiedza nas Robert:) Pytamy o jego słonia, mówi, że mała córka jego siostry zniszczyła mu wszystko. Co poza tym u niego? A bił się z kolegą, a rano był w kościele, potem znowu. Próbuję mu coś fajnego pokazać, pieczątki. Podpisuję mu prostsze rzeczy. Ale okazuje się, że nawet nie zna wszystkich liter, co tu mówić o czytaniu…  Piszę i mówię mu alfabet, i że jak się nauczy, to dam mu ołówek, o który pytał, czy moze dostać. Mówi, że poprosi siostrę, żeby go nauczyła. Umowa stoi:) 

Już późno. Zamykamy się, przychodzi zaraz Sharon:) Jutro rano jedzie do siebie, ostatni raz się możemy zobaczyć i pożegnać… 

Przynosi nam dziś do spróbowania Buffalo meat ;D Nie wiemy, skąd;D Ale fakt faktem, spróbowałysmy mięsa bawoła. Na początku smakowało dobrze, jak wołowina, potem jakoś bardziej dziko. Smak taki średni. Ale jak mięso, no:p

Sharon opowiada nam jeszcze o domu, który sobie buduje. Jak to? Dziwię się. Skąd masz projekt, teren? Projekt? Sama sobie wymyśliłam. Miejsce? Po prostu kupiłam ziemię i już. Koło takiego strumyka. Sharon ma już prawie fundamenty, a także problemy z robotnikami. A bo jej nie przychodzą pracować, a bo jej „znikają” worki z cementem. I musi wszystkiego pilnować. Mówi, że niedrogo wychodzi taka budowa. Pustaki są tanie, kilka worków cementu i już. Okej. 

Żadnefo pozwolenia na budowę mieć nie trzeba, projektu też nie. 

Sharon chce wynająć ten domek, a kiedy jak już będzie miała rodzinę, zamieszkać tam sama. 

Tyle na niedzielę.:)

Ostatni nasz pełny tydzień w Lindzie już  trwa… 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s