. :Sztuka dawania:. 

21 lutego, wtorek, 21:30

Zaległe wpisy prawie skończone, to już mogę przejść do aktualności;) 

Zjadłam dziś ostatnie kawałki czekolady, ze świadomością, że już nie będę miała więcej co najmniej do najbliższych zakupów, czyli do soboty/niedzieli. 

Wciąż czuję potrzebę słodkiego. 

Wczoraj wieczorem miałam już zacząć pisać, najadłam się chlebem z awokado, ale potem jeszcze musiałam się dopchać chitumbuwą (wczoraj pani Margaret, u której odkąd była Marta kupujemy mango, ogórki i właśnie te smażone buły, mimo że prosiłysmy dwie, dała nam trzy, bo pamiętała, że jesteśmy 3 z Martą…). Niedobrze. 

W Polsce ostatnią colę kupiłam sobie może z 10 lat temu. Tu wypiłam już z kilkanaście (bo odkaża – podobno -, bo słodka i daje sił, bo… dobra). Czyli znów cukier. 

Ostatnio któregoś wieczora przed spaniem zjadłam mojego jedynego batona. Bo potrzebowałam (albo mi się wydawało). 

Chciałabym w tym miejscu postawić hipotezę, że z nadmiernymi cukrami żyje się gorzej. Bo lepiej jest tylko na chwilę. Potem zaczyna coś się w głowie mieszać, nie ma się sił tyle co normalnie, chce się jeszcze więcej słodkiego, ale w końcu i to nie zaspokaja. I już nie chcesz więcej. Ale coś byś chciał. A cukier nadal w tobie. 

No, takie odczucia. Muszę chyba zrobić mini detoks. Od czekolady, pepsi i batonów. Dobrze mi to zrobi;) (a przy okazji mojemu portfelowi, słodycze tu są drogie).

***

Było dziś ciężko. Ja już narzekałam przy byle okazji na brak sił i chęci do uczenia. Monika też lekko wysiada, ale znosi każdą przeciwność z właściwą sobie wytrwałością; to mi często brakowało sił, ona zawsze nie mogła się doczekać na lekcje z naszymi kochanymi dzieciakami. Dziś tylko rzucała żarty o tej bezsilności naszej. Na lekcje szła i mówiła, że da dzieciom coś do roboty, będzie siedzieć i patrzeć. 

Ja rano na lekcji miałam mały dół, już nie mogłam, że cały czas się kłócą, coś ginie, krzyczą. Siadlam sobie w klasie na podłodze (tak, mimo brudu czerwonego piachu) (tak, niestety nauczyciel nie ma biurka ani fotela) i tak siedziałam w moim smutku, którego nie miałam siły pokonać. Nie przejmowałam się, że dzieci widzą. Ale o dziwo się uciszyły. Zaczęły słuchać i pytać spokojnie jak czegoś chciały. Spróbowałam skończyć lekcję. 

Akurat dziś miałam też dla nich flamastry (jeszcze od Moniki, która tu była w listopadzie i robiła zbiórki w szkołach w Polsce) . Dawanie prezentów i postawa dzieci jest tu dla nas jednym z najtrudniejszych obszarów przemyśleń. 

Chodzi o to, że czujemy, że to nie jest dobre, że one cały czas czegoś oczekują. Że dostaną. Bo tak. Bo biały przyjechał, to ma i niech da. A daj mi swój telefon, fajny. A ładna spódnica, dasz mi, prawda? Fajny wisiorek, (na pewno) masz takich dużo, daj mi ten. I tak dalej. 

Kredki i flamastry przywiozłysmy specjalnie dla nich, ale właśnie zaczelysmy się zastanawiać, czy w ogóle w tej sytuacji to dobre, że coś im dajemy. Bo utwierdzamy je chyba w przekonaniu, że będą wciąż dostawać. „Bo są biedne?” Owszem, mają bardzo mało. Chodzą niektóre w podartych mundurkach (jak pytałam, to mówiły, że nie maja nici).  Brakuje im olowkow i długopisów do pisania na lekcji. Okładki na zeszyty maja zrobione z gazet. Jednak chodzą do prywatnej szkoły, za którą ich rodzice muszą płacić. Wiele dzieciaków na przerwach wcina chrupki i czitumbuły. Ostatnio widzialysmy w sklepie zestaw małych kredek za 3,5 kwacha. Wystarczy oszczędzić przez tydzień na kupowaniu chrupków raz dziennie.  

Z drugiej strony to tylko dzieci. Nie jest tak, że każde dziecko na świecie chce coś dostawać? Może to nasze patrzenie stało się okrutne? Trudno nam coś wymyślić mądrego. Nie wiemy już, czy wypaczyło nam się patrzenie, czy mamy trochę racji. 

Monia w ogóle miała dziś dzień olśnień i świetnych pomysłów. Dzieci czasem wołają, żeby im dać ołówek, bo nie mają („zgubiły”, „ktoś zabrał”, „pies zjadł”). A każde od nas miesiąc temu dostało. No dobra, nie wątpię, że niektórym naprawdę w końcu się kończy ołówek, czy wkład w długopisie. Mamy z Polski dla nich jeszcze ołówki, ale nie dajemy im, tylko pożyczamy. Bo inaczej niestworzone rzeczy się z nimi dzieją. A Monia dziś wymyslila, że nie będziemy im dawać, tylko sprzedawać. Zwykłe za pół kwacha, z gumką za 1 kwacha. Małe pieniądze. Do wyboru raz na jakiś czas, chrupki, czy ołówek (a może wcale nie będzie konieczne dla nich wybieranie?). 

Musimy zagadać do Johna, co o tym myśli i jak najszybciej to wprowadzić. Lada dzień jedziemy….

***

Pisałam dziś u Joyce. W końcu przyszła po mnie Monika że spaceru (ze swoją dzisiejszeją”eskortą”). Pokazała mi zdjęcia, jak było. A było cudnie:) Potem Joyce przyniosła pieczone słodkie ziemniaki do poczęstowania nas. I znów świeże orzechy z ziemi (już wiemy, że nie tak prosto, bo trzeba je ugotować, ale to nadal prawie jak prosto;D:) Obiecała nam wczoraj pokazać, jak rosną. Musimy koniecznie zobaczyć! ;D

W styczniu z prądem było kiepsko. W lutym – jak mamy już nasz wykres do zaznaczania – blackout bardzo oszczędza nas. Prąd jest prawie cały czas. Jakieś krociotkie braki. Dowiedziałysmy się, że to przez to, że są duże deszcze, dlatego jest go więcej (?). Ale dziś trochę sobie powariował. To wracał (ku uciesze zaskoczonych radośnie „ooooooo” chłopców w salonie u Joyce), to gasł (wraz ze smutnym „ooooo”;() :). 

Teraz, znowu jest. 

Tymczasem – spać… 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s