.:Ostatnie dni budzenia:. 

24 lutego, piątek, 15:00

Siedzimy w busiku (od jakichś 20 minut) (i jeszcze sobie posiedzimy..), bo akurat nie ma chętnych na przejazd (a rusza tylko, kiedy jest full). Tymczasem dziś minęła nasza ostatnia lekcja w Mujo’s. A trwają w ogóle ostatnie 4 pełne dni w Zambii. 

Może pokrótce co z tego tygodnia. W środę zrobiło mi się częściowo wolne i przechadzalam się robiąc zdjęcia podczas lekcji w różnych klasach. (brakło prądu, a miałam mieć akurat 2 informatyki). W międzyczasie się okazało, że nie było to zwyczajowe, ostatnimi czasy bardzo rzadkie zresztą, zabrakniecie prądu, a po prostu wyłączyli, bo niezapłacone było. Więc zapłacił John, wpisaliśmy kod w urządzenie w naszym pokoju, prąd wrócił;) A ja na końcówce lekcji mogłam włączyć komputery. 

Znają zwykłe listy (prowadzą korespondencję przez nas z dziećmi z Polski), to wcześniej spróbowałam im opowiedzieć coś o internecie i tym, że można sobie wysyłać listy elektroniczne przez komputer. I że można wyszukać w internecie, co tylko się chce. Jednak bez dostępu do internetu (nawet na telefonie akurat mi nie łączył) było to dość ciężkie. 

Jednak wrócił prąd i moje próby poszły w zapomnienie, a dzieci włączyły sobie gry; ja nie miałam siły nad nimi zapanowywac na te parę minut. Tylko jednemu, który chciał, pokazałam jak się wyszukuje informacje w internecie (bo o dziwo internet jakoś postanowił nieco łączyć). 

Potem były outdoor activities. 

Czulam się tego dnia trochę jak pielęgniarka i ratownicza w jednym. Co wyszłam, to ktoś płakał. A to się skaleczył (a raczej ktoś mu coś zrobił) – to opatrywałam ranę. A to komuś guzik urwali od mundurka i płakał, że mama go zbije – to przyszyłam. A to ktoś płakał, bo się uderzył, to podmuchalam. 

W końcu pod koniec zaczęłam z nimi grać w siatkówkę, lubią strasznie jak ich uczę odbicia dołem (i ja też lubię ;D). 

Wieczorem poszlysmy do naszego śpiewającego sąsiada Davida. Powiedzieć, że wyjeżdżamy. I pierwszy raz doświadczyłam z tego powodu prawdziwego smutku. Bo zaczęłyśmy slyszec, że będą za nami tęsknić. Umówiliśmy się jeszcze na nagranie sobie wzajemnie piosenek w naszych językach, na pamietanie. 

18:40

Aaa, gdzie w ogóle byłyśmy tym busikiem – a w City of Hope. Odwiedzić wolontariuszkę Kasię z Polski, z którą spotkalysmy się na początku naszego pobytu tu i zobaczyć, jak tam jest. Spotkalysmy też akurat koordynatorki wolontariatu od Salezjanow, które przyjechały akurat na wakacje. Dużo dowiedziałysmy się o innym wolontariacie, bardziej katolickim, stawiającym też bardzo na oparcie w wierze i formację. 

City of Hope jest naprawde pięknym miejscem. Mają bardzo dużą, porządna, nową szkole, piękny ośrodek, gdzie mieszka cześć uczennic i różne rodziny, oraz oczywiście wolontariusze. 

Niektóre dzieci z Lindy tam chodzą (na przykład Rebeka, córka pana Bandy, którą poznałyśmy w tym tygodniu). Jak pomyślę o ich miejscu zamieszkania w porównaniu do warunków w szkole, to musi być to dla nich przeogromny zaszczyt, szczęście i taki impuls do dążenia do czegoś więcej, lepszego życia chodzić tam… Jak namiastka innego świata. 

Ja bardzo się cieszę jednak, że miałyśmy ten ogromny zaszczyt uczyć w Mujo’s, w takich właśnie warunkach, poznając ten świat od wewnątrz. To wielki dar, że moglysmy tu być. 

***

Dziś ostatni raz uczyłyśmy w Mujo’s. Dzieci oficjalnie uslyszaly na apelu, że w poniedziałek będą nas żegnać, i rozdzielone zostały do przygotowania wierszyki, taniec, piosenki. Dziś Ruth płakała mi w rękaw. A podczas deszczu siedziały w klasie przy ścianie, a Monika patrzyła na ich brak entuzjazmu. Wiele podchodzilo, mówiąc, że będą tęsknić. Niektóre pospiesznie dawały nam swoje listy miłosne, jakby miały nas już nigdy nie zobaczyć. 

Ale jak nagle usłyszeli, że jutro przyjadą nowe wolontariuszki, to nagle humor im wrócił. Choć zażartowałyśmy wtedy, że ooooo, że nas zapomną tak szybko. Buntowali się, ale wiemy, jak będzie. 

Ale spodziewałyśmy się tego. Zapomną. Może i lepiej. Prosiły jednak, żeby wysłać im nasze zdjęcie. Albo napisać list. Albo zostawić list. Cokolwiek po nas. 

***

Prawie koniec naszego budzenia w Lindzie. I budzenia się. Niedługo też ostatni raz Monika obudzi mnie z rana. Albo obudzę się akurat ja sama, a ona tylko mnie jak co dzień z uśmiechem przywita na nowy dzień:) 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s