.:Główny warunek szczęścia:. 

26 lutego, niedziela, 22:00

Dziś ostatnia Msza w Lindzie. Piękna jak zawsze. Śpiewy tym razem a capella. I Ewangelia – nie troszczcie się zbytnio o to, co macie jeść, pić, w co się przyodziac. O dziwo, na podsumowanie wyjazdu…  Właśnie taką naukę, jedną z wielu, wynoszę z Zambii. Że się da właśnie nie troszczyć zbytnio, i że Bóg podziała, by mieć się w co przyodziać i co zjeść. I że nie trzeba zbyt wiele tych rzeczy, żeby spokojnie sobie funkcjonować na tym świecie.

***

Wczoraj, w międzyczasie odbierania dziewczyn – dwóch nowych wolontariuszek z lotniska – pojechałyśmy do Kasisi!

Dla tych, co nie wiedzą – Kasisi to miejsce, na obrzeżach Lusaki, gdzie Szymon Hołownia założył sierociniec dla dzieci. Pracują tam m.in. polskie siostry zakonne, które opiekują się około 200 dziećmi, dla których są wszystkim – po prostu jak mamy.

Jest tam pięknie. Dzieci mają naprawdę dobre warunki, piekne łóżeczka, zabawki, opiekę, zorganizowany czas. Tak łatwo zapomnieć, że nie mają osób, których najbardziej tak naprawdę potrzebuje każde dziecko – rodziców.

Trafilysmy akurat na porę drzemki okołopołudniowej, więc większość dzieci (te najmłodsze, najmniejsze) smacznie spała…

Nigdy nie zapomnę, że tam byłam. Zwłaszcza, że miałam styczność z Fundacją Kasisi i Szymonem Hołownią już wcześniej w Polsce – nieświadoma nawet, że Kasisi znajduje się w Zambii. (po prostu wiedziałam, że „gdzieś w Afryce”)…

Może tam wrócę kiedyś na dłużej?

Mimo bardzo krótkiej wizyty, usłyszałam tam coś, co do mnie mocno trafiło i będzie we mnie tkwić długo, lub zawsze.

„Żeby być szczęśliwym, trzeba być elastycznym”

Jak bardzo jest to prawdziwe! Czuję to na sobie nawet dzisiaj. .

Smutek, czy frustrację wywołuje odmienność rzeczywistości od oczekiwań.

QUASI-SAFARI i płacz w deszczu

Nie mialam ochoty nigdzie dziś jechać. Ładna pogoda, spokój niedzieli, marzyłam tylko o spacerze tam, gdzie ja chcę. Ale już ze 2 tygodnie temu John nam na dzisiaj zaplanował wyjazd do pobliskiego sierocińca dla słoni. No dobra. Wyobrazilam sobie malutkie słonie, które można dotknąć i przekonałam siebie, że będzie super, pojadę.

Jedziemy, jest sierociniec! Ale okazuje się: 1. że za późno przyjechaliśmy (czekaliśmy na kolegę Johna aż przyjedzie samochodem ponad godzinę od czasu, kiedy byliśmy umówieni) 2. że trzeba było wcześniej zarezerwować wstęp…

Jednak kawałek dalej podobno jest jakis las (busz) i można się udać na zorganizowane mini safari. No dobra.

Jesteśmy. Jakas typowo turystyczna miejscówka, basen, no okej. Wstęp dużo więcej niż się spodziewalysmy, ale trudno. My z Moniką tak sceptycznie, bo już byłyśmy na prawdziwym prawdziwym safari.

Ale – przywołuję myśl siostry z Kasisi. Być elastycznym. Postanawiam cieszyć się przejażdżką po lesie jako taką. Kiedy następny raz będę miała okazję przejechać się po afrykańskim lesie i porozkoszowac taką mocną zielenią?  Zwierząt na razie brak. Jakaś jedna nimpala, jakas nowa, szara, antylopa, orzeł.

W końcu… Zebry! W środku lasu. Aaaach;D Dużo piękniejsze od tych z naszego safari. Wyglądają w tym lesie jak z bajki. Robię magiczne zdjęcie.

Ach! Zebry uratowały ten trip.  🙂

Zaraz za nimi, jak się dobrze przyjrzy, zza drzew widać ciało żyrafy. Jak ona tam się zmieściła, pod tymi gałęźmi drzew? Ubarwienie prawie całkiem ją skrywa pośród tej gestwiny.

Jedziemy, nagle znaczyna kropić.

Lać.

Mamy dach, ale to otwarty samochód, taki typowo safari.

Zaczyna się jazda;D Mkniemy po błocie, w środku buszu, leje, wygląda to nieziemsko;D Zimno się zrobiło, a my coraz bardziej mokrzy, ale we mnie wstąpiła tym większa radocha;D Pędzimy tak, że nawet jak byśmy chcieli wypatrzyć jeszcze jakieś zwierzę, to nie byłoby to możliwe. Mijamy nimpalę na drodze prawie, ale jedziemy;p

Mi się chce tylko śmiać, i płakać z tego co się dzieje. Jeszcze twarz mokra od deszczu.

Docieramy z powrotem. Z parasolkami nas prowadzą pod dach. Skróciło nam się safari co najmniej o połowę, myślimy, że może nam opuszczą cenę. Ale wmawiają nam, że byliśmy pełną godzinę… No trudno. Z niesmakiem odjezdzamy stamtąd, w ciepłym samochodzie z włączonym ogrzewaniem, przez strugi deszczu.

Buduje się we mnie rozgoryczenje i jakieś bardzo negatywne uczucie w stosunku do kasującej nas pani. Zwłaszcza, że potem sprawdziłam na zdjęciu zrobionym przed i podczas safari godziny, i naprawdę byliśmy połowę. Co jednak mogę teraz zrobić? Coś najlepszego dla siebie, czyli skupić się na czymś innym, wybaczyć, zapomnieć. Niełatwe, ale proszę Boga o tą łaskę, w końcu się udaje.:)

Być elastycznym.

 

__

Tu artykuł o elastyczności znaleziony parę dni później: http://pieknoumyslu.com/elastycznosc-8-cech/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s