..:Ostatnie chwile wśród naszych przyjaciół i way back home:…. 

Ostatni poniedziałek w Lindzie

Dziś dzień nasz. Mamy wolne, możemy robić, co chcemy, to co sobie wymyśliłyśmy właśnie na dziś. Ja rano postanawiam iść, jeszcze przed szkołą, do Joyce. Wyprawić z nią Bupera do szkoły, porobić zdjęcia. Potem ranny apel, ostatni z nami. 

Potem do Joyce, robić z nią frittasy. 

Po lunchu ma być nasza impreza pożegnalna. Godzinę przed dowiadujemy się, że to my mamy sobie na nią ozdobić szkołę. Nice:p:p Ale podejmujemy wyzwanie. Są już jakieś łańcuchy, chyba z pożegnania Moniki, która tu była w listopadzie. 

Pompuję balony, Monia wycina bibułę. Zawieszamy nitki, pomagają nam. 

Zaczyna się. 

Tańce, śpiewy, występy. 

Jest wspaniale. Najlepsza zabawa, akurat na koniec karnawału. 

Pożegnaniom nie było końca. Niektore dzieci płakały, niektóre były smutne. Ale niektóre udawały płacz, widziałam. Ja na szczescie miałam dobry humor. Cieszylam się za cały ten czas, ktory tu mogłam spędzić. 

Potem przyszedł Robert. Poczekał na nas, poszedł potem z nami kupić kurę, która obiecałyśmy Joyce. 

Nieślismy żywa kurę, dalysmy, Joyce. Wracamy i… pożegnanie z Robertem. Wtedy naprawdę zrobiło mi się smutno. Widząc jego twarz i zamglone oczy. On, jeden z kilkorga, był naprawdę smutny, że jadę. 

***

Z ostatniego porannego spaceru w Lindzie

    ostatni lutego, wtorek, 9:50, Linda

    Siedzimy zapakowane w samochodzie pod sklepem w żyrafę. Pan Banda właśnie odpalił silnik.  Rozejrzę się ostatni raz. Zjem frittasa od Joyce. Powdycham powietrza. Pocieszę się rudą drogą z dziurami. I kontrastującą z nią wszechobecną soczystą zielenią – głównie wystrzelonych wysoko tyczek kukurydzy, która lada dzień dojrzeje. Spojrzę ostatni raz na żyjących tu na co dzień, pozdrawiajacych nas zawsze ludzi. 

    10:05

    Nie wiemy, co się dzieje. Żeby zdążyć powinniśmy wyjechać o 9 (tak się umówiłyśmy), chciałyśmy jeszcze zrobić zakupy. No trudno, zakupów nie zrobimy. Pan Banda zatrzymuje się co chwilę i z kimś wita. 

    Teraz stoimy, jeszcze w Lindzie, John z panem Bandą wychodzą. Pytamy, dlaczrgo. Aaa, bo idą głosować. Jeden na drugiego.

    Hm. 

    Nie żeby nas to dziwiło po miesiącu jakoś specjalnie, ale martwimy się, że korki, cokolwiek, i samolot poleci sobie bez nas. Ja jeszcze się trzymam, ja jestem człowiek „na ostatnią chwilę”,wiec jestem przyzwyczajona. Ale Monika lubi być spokojna i być czy przygotować się wcześniej. Oby Bóg nad prowadził, jak cały czas prowadzi. 

    10:20

    Jedziemy. Nie kupimy dżemów na pamiątki, ale przynajmniej siebie przewieziemy w końcu po tych dwóch miesiącach. Może ta radość wystarczy naszym bliskim;)) 

    10:30

    Stanęliśmy na stacji zatankować. O! Lecimy coś kupić. Wydać nasze ostatnie, niepotrzebne już na nic innego kwache. Dobrych dżemów oczywiście brak, większość półek zajmują chipsy. Ale cośtam bierzemy. I już (mamy nadzieję) straight to the airport.


    Z POWROTEM DO EUROPY

    Za poradą stałego czytelnika (pozdrawiam! ;D) napiszę co nas czeka (planowo, bo co się stanie to tylko, co Bóg da;)).

    Mamy lecieć z Lusaki, z międzynarodowego lotniska im. Kennetha Kaundy, pierwszego prezydenta wolnej Zambii i najdłużej panującego. 

    Lecimy do Addis Abeby (Etiopia), ale samoloty do Etiopii lecą przez Zimbabwe (które notabene jest na południe od Zambii), więc tam mamy godzinny postój (postój samolotu, tak;)), ale się nie przesiadamy przynajmniej. 

    Potem czekamy i o 2 w nocy (czyli po 6h od przylotu, jak dobrze pojdzie) mamy samolot do naszego ukochanego Stambułu.

    Tam, na znanym już nam na wskroś lotnisku, spędzimy kolejne prawie 6 godzin (czemu same sobie nie wybrałyśmy biletów i jakiejś wygodniejszej trasy?? Hm…).

    Mamy odlecieć  o 13.20 lokalnego czasu, a wylądować w Warszawie o 13.55. Lokalnego:) Czyli po dwóch i pół godziny. 
    Jak widać, jest mnóstwo momentów, gdzie czynniki losowe mogą grać ogromną rolę w postępie naszej podróży. 

    Zatem – prosimy mocno o modlitwę, trzymanie kciuków i chuchanie tam w Polsce, żeby jak najszybciej zrobiło się ciepło i byśmy mogły się jakoś z powrotem u nas zaklimatyzować. 
    Jak widzicie, nie jestem smutna, że to już. Tak szczerze, to w ogóle nie dociera do mnie, że już za chwilę pożegnam się z Afryką. Jadę sobie, jak na miasto, lub na odebranie kogoś kolejnego z lotniska. Jakbym miała po paru godzinach wrócić, odpowiadać I’m fine, how are you? na te wszystkie pozdrowienia, przytulić dzieci i pobawić się z nimi, a wieczorem wziąć ten zimny, orzeźwiający prysznic, odwinąć moskitierę i zasnąć dającym siłę, przyjemnym przez lekki chłód nocy snem. 

    Może dopiero dotrze do mnie, że wróciłam, jak zawieje mi pluchą i swojskim wiatrem, jak usłyszę głosy tych, co ich znam, i zobaczę uśmiechy. 

    A może po prostu się cieszę wszystkim, co jest mi dawane, bez myślenia o jutrze ani o tym i było?  Hm… 🙂 Właśnie coś czuję w środku, że właśnie tak. Jestem wdzięczna za każdą chwilę, którą mogłam tu przeżyć. Wiem też, że to było nie na zawsze, więc i wracam w pokoju. Będę tęsknić, tak myślę. Za Joyce, za Robertem, za Johnem, Matthew, dzieciakami naszymi, spacerami, pogodą i niepogodą. Ale jak będzie, to dopiero się okaże. 

    Na razie jest 11:20. Stoimy znów na stacji, mamy jeszcze 20 km, na lotnisku powinnyśmy być za 5 minut.

    Może to wcale nie ostatni dzień w Afryce?

    ……………… 

    (niee, proszę… Panie, daj nam szczęśliwy powrót do domów…) 

    ***
    12:50

    W ostatniej chwili zdazylysmy na check-in i boarding. Zaraz ostatnia kontrola przed nami i do samolotu.

    Niestety przez ten pośpiech nie udało mi się wrzucić posta z lotniskowego wifi. A mój internet na telefonie cały poszedł, bo wieczorem zasnęłam nie wyłączając danych komórkowych. Ani nie pomyślałam, żeby dokupić zdrapkę za 1 kwacha na wszelki wypadek. 

    Smutno mi. Teraz. 

    Chyba mi tak smutno, bo obiecałam, że wstawię post o naszej drodze i nie udało mi się dotrzymać obietnicy, i ktoś się będzie czekał i się nie doczeka lub, co gorsza, będzie się martwić… 😦 Oraz bo go napisałam, włożyłam w to wysiłek, a tylko nie mogę puścić dalej z przyczyn zewnętrznych. 

    Ale Bóg dba o mnie. Muszę wierzyć, że ci, co się nie doczekali też to wiedzą i wierzą. 

    A ja co? Jak czegoś nie mogę zrobić, to przecież po co truć tym swoją głowę? Będę spokojna. Zaraz lecimy. Dreamlinerem Ethiopian Airways (z trzema rzędami miejsc po trzy siedzenia;D Jaki exclusive na koniec naszego dwumiesięcznego pobytu w przeinnej od wszystkiego, co znałyśmy wcześniej z Europy, Zambii…). 

    (post wrzucony dzięki cudowi jakiegoś mini powiewu wifi na lotnisku w Etiopii) 

    Reklamy

    Skomentuj

    Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

    Logo WordPress.com

    Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

    Zdjęcie z Twittera

    Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

    Facebook photo

    Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

    Google+ photo

    Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

    Connecting to %s