Post o(d) zbytku

Teraz pojawi się kilka moich porcji przemyśleń, już bez daty, powyjazdowych. I tak je będę spisywać, żeby sama nie zapomnieć, więc może cześć, tych nadających się, zamieszczę tu.

Pierwsze, co mnie uderzyło po wyjechaniu z Zambii (już na jednym z lotnisk po drodze) to ilość wołających do mnie bodźców. Naprawdę. Byłam przerażona. Nadal jestem. Ile kolorowych obrazków, „atrakcji”, tłoku woła z wszystkich stron. A nie da się, zwłaszcza czuję to teraz w stanie kompletnego detoksu od takowych, wszystkich tych bodźców przyjąć, przetworzyć w głowie. Nie ma szans. I pojawia się takie… przerażenie. Co się dzieje? Co cały świat ode mnie chce?

Jeśli się podda tym nawoływniom, nawet kilku, to te kolory, głosy nas zaczynają kusić. Przedmioty są ładne, chcemy. Mają piękne opakowania, chcemy. Kuszą zawartością czy funkcją, które mogą nam przynieść jakieś jeszcze dodatkowe profity. Zaczynamy pragnąć. Lub pożądać.

Muszę posłużyć się tu cytatem z artykułu miesięcznika „W drodze”, który właśnie przeczytałam, a który mnie zainspirował do pociągnięcia tego tematu; tym, że tak mi wyjaśnił te moje zupełnie nowe odczucia (choć w sumie może  niezupełnie nowe; czy nie to samo się czuje bardzo często jak zacznie się zagłębiać w przestworza internetu albo usłyszy na raz za dużo ważnych i ciekawych dla nas informacji?)

„Rzadko chyba myślimy o tym, że pożądamy bardziej, gdy już nie musimy się martwić o przeżycie. Konsumpcjonizm bierze się stąd, że, w odróżnieniu od zwierząt, żywimy pragnienia, których spełnienie, w przeciwieństwie do instynktu, nie jest zorientowane na konkretny przedmiot. Sami musimy go znaleźć i wybrać. (…) Zdaniem Girarda, „kiedy ludzie zaspokoją swoje naturalne potrzeby, zaczynają intensywnie pożądać, tyle że nie wiedzą dokładnie, czego pragną, ponieważ nie kieruje nimi instynkt. Nie mają własnego pożądania.”

W drodze, luty 2017, Oczy by jadły, D. Piórkowski 

Znacie to uczucie zagubienia we własnych pragnieniach?

***

W Lindzie ludzie zajmują się głównie zaspokajaniem podstawowych – naturalnych – potrzeb. Aby żyć trzeba zarobić na jedzenie, dom (mężczyźni często gdzieś do pracy, kobiety np. sprzedają jedzenie, węgiel, środki czystości przy drogach, niektóre w sklepach); trzeba jeść – więc i zrobić posiłki, zjeść, umyć garnki; trzeba zaspokoić potrzeby fizjologiczne, higieniczne – uprać brudne ubrania (ręcznie), umyć się (wcześniej do wszystkich tych czynności związanych z wodą trzeba przynieść sobie wodę ze studni); potrzeby społeczne: dzieci – pobawić się z kolegami, pobrudzić, pocieszyć; dorośli: pogadać ze znajomymi, bliskimi, odwiedzić kogoś. Intelektualne – niektóre dzieci do szkoły, niektórzy, ale bardzo nieliczni, dorośli też się doksztalcają.

Odpocząć na koniec dnia, iść spać.

To wszystko zajmuje naprawdę cały dzień. Codziennie. Wypełnia. Ciężko uwierzyć. A jednak.

Więc i nie tworzą sobie zbyt wielu sztucznych, nienaturalnych dodatkowych potrzeb – co robimy z namaszczeniem my, developed countries inhabitants. 

Bo czynności naturalne sobie przyspieszylismy. Mycie – zmywarka, pranie – pralka, zarabianie – zupełnie inaczej (i byle więcej, byle być bogatszym, lub ‚bo jesteśmy odpowiedzialni’ za coś, co tam że to już kilkanaście godzin pracy na dzień i już sił brakuje…), sprzedaż raczej masowa, nie indywidualna, a kobiety też chodzą do pracy.

Tam się w dodatku z niczym nie spieszą, więc wszystko schodzi jeszcze dłużej (jak robiłam frittasy Joyce powiedziała mi, że lepię je bardzo szybko, zdziwiłam się, to ona miała w tym 100 razy lepszą wprawę! Jednak ja odruchowo chciałam być jak najbardziej efektywna).

Tak im mijają dni. Oglądania telewizji (cześć osób ma) nie traktują jako straty czasu, a rozrywkę. Katolicy niedziela Msza, zielonoświątkowcy kilka razy w tygodniu – modlitwy, długie śpiewy, w niedzielę dwa razy modlitwy w ich kościołach; w tygodniu kilka razy pogrzeby…

I żyje się tam, cholibka, szczęśliwie. Spokojnie. Dobrze. Przyjemnie. Prosto. Bez skrępowania. Zgodnie ze sobą. Obserwując życie i śmierć. Żyjąc dniem dzisiejszym.

Owszem, jak brak pieniędzy np. na jedzenie, albo na jakiekolwiek buty, to robi się ciężko. Bardzo ciężko. Ale ja tego nie doświadczyłam osobiscie, więc nie mogę zbyt wiele o tym powiedzieć. Co pewne – raczej nikt się nie przejada, nikt się nie obkupuje bibelotami. Robert miałam wrażenie nigdy nie chodził syty. Jedyne jego buty to zwykle klapki.

Ale nie mówią o tym wiele.

Owszem, widzą i wiedzą, że można mieć więcej. Starsza kobieta zaczepiła mnie raz, żebym dała jej moją chitengę… Dzieci nie raz prosiły mnie, żebym dała im coś mojego, kolczyki, wisiorek, czy długopis kolorowy… Czasem zaczepil nas ktoś, np. powolujacy się na chorobę swoją lub dziecka i żebrał o pieniądze…

Większość ludzi ma mało, ale wystarczająco, żeby (biednie) przeżyć.

Ludzie dzielą się ze sobą jedzeniem, tym, co sami mają. Jedzą mniej, ale się dzielą.

Nikt nie narzeka na biedę. Każdy cieszy się że swojego kawałka dachu nad głową.

Jak to wszystko się ma do naszych pobudzonych pragnień i postaw życiowych?

***

I nie, nie chce tu, żeby ktokolwiek doszedł do wniosku, że pragnienia w ogóle są z natury złe. Jest bardzo wiele dobrych. Ale na pewno zły jest ich nadmiar i „zakręcenie sie” wokół nich – zamiast wokół esencji życia.
***

W porównaniu do mieszkańców Lindy (czy większości mieszkańców Zambii, chyba mogę to uogólnić) my mamy dużo. Każdy z nas, którzy to czytamy. Nawet ci, co narzekają (lub po prostu stwierdzają), że żyją „do pierwszego”.

Pojawiają się nam te dodatkowe potrzeby. Które sami sobie tworzymy. Albo tworzy nam świat, w którym żyjemy.

Czy da się rozdzielić swoje życie od swojego świata?

… Na tyłu poziomach można na to spojrzeć…

Jedno jest pewne – naturalnie jest nam potrzebne bardzo niewiele, żeby przeżyć – ale, co może dziwić, także, żeby żyć szczęśliwie 🙂 Warto się tym kierować, a może zacząć coś robić, by tego doświadczyć. Może zwłaszcza, że mamy Wielki Post, podczas którego naturalnie, rok w rok, namawiani jesteśmy, żebysmy właśnie spróbowali mieć mniej, byśmy się nauczyli, że to mniej jest dobre, że wystarcza. Żebyśmy pościli. A zyskany czas i przestrzeń przeznaczyli na… obcowanie z Bogiem. I czynienie dobra. 🙂 Bo On wyprowadza wszelkie dobro, jeśli tylko będziemy my działać i damy Jemu działać.

Kończąc – ja posunęłabym się w moim aktualnym stanie myśli o krok dalej. By post od zbytku po zakończeniu Wielkiego Postu w pewnych sferach przedłużyć. Na całe życie. Krok po kroku.

Ja miałam 2 miesiące postu od zbytku. I mimo uniedogodnień czułam się naprawdę dobrze. Myślę, jak to przenieść na mój zwykły, codzienny świat. Może zrobię sobie najpierw jedną godzinę dziennie na internet, mimo że tu tak niezawodnie działa? (a może właśnie dlatego, że tu tak niezawodnie działa…). A może zredukuję liczbę ubrań.

A ty, nadmiar czego w swoim życiu mógłbyś poskromić do ilości wystarczających do szczęścia?

Reklamy

.:Okiem po żywej mapie i Turkish Airlines:. 

1 marca, 5:40 na moim telefonie

Ciemna noc. Obudziłam się tuż nad deltą Nilu… Zawsze myślałam (po mapach o małej skali), że ten lej, to owszem, żyzne tereny, ale pośród po prostu rozlewajacej się coraz szerzej wody tej najdłuższej rzeki świata. Tymczasem patrzę, a to jest jak mnóstwo wysepek złożonych z koralików światła, połączonych także świetlistymi liniami, dając kształt plastra miodu, na morzu – ale morzu zieleni… Przynajmniej tak to wyglądało w tej ciemności.

Czyli miasteczka porozswietlane lararniami i połączone drogami? Koniecznie muszę sprawdzić na nieszkolnej mapie, a takiej, co mi to wyjaśni. Google Earth chyba będzie idealna.

Zostawiłam w Afryce jedną z przywiezionych tam przeze mnie dużych rozkładanych map – mapę Afryki. Niecelowo, tak wyszło, została „przygarnieta”. Chciałam tylko pokazać dzieciom, a potem wziąć z powrotem, bo nie mam takich więcej, ale nie dogadałam dając ją i już została. Teraz myślę, że może to lepiej. Dzieci zobaczyły swój kontynent w takiej dużej wersji i będą mogły poznawać geografię choć na takiej papierowej, i tak tak niedoskonałej, jednak na początek chyba niezbędnej mapie. Może któreś będzie się cieszyć jak kiedyś, lecąc nad Afryką, zacznie rozpoznawać kształty, będzie umiało odnaleźć się na ekranowej mapce i pozna, co ma pod sobą.

Tymczasem nic już nie widać, bo jesteśmy od paru minut nad Morzem Śródziemnym. Za niedługo wkroczymy nad Turcję i będziemy już tuż tuż naszego przedostatniego celu tej podróży. O dziwo – chyba godzinę przed czasem, jeśli dobrze pokazuje ekranikowa mapka i jeśli nie pogubiłam się w godzinach i strefach czasowych (czego ani trochę nie wykluczam). Czekam aż zacznie świtać, to będę się jeszcze mogła pocieszyć moim miejscem przy oknie. Ale jak patrzę, to chyba może nie zdążyć zajasnieć, a już wylądujemy w niezasypanym już śniegiem Stambule.

6:20 na moim telefonie

O, już widzę światła brzegu azjatyckiego, wlatujemy nad Turcję.

6:45

Kapitan ogłasza, że zaraz lądujemy. I że do lądowania jest kolejka, więc trochę pokrążymy. Poza tym – mgliście, a w Stambule 6 stopni. Usłyszałam też coś na kształt „don’t panic”. Może zdąży zaświtać:)

7:00

Juz nad Morzem Marmara, po prawej Cieśnina Bosfor, nad którą położony jest po obu stronach Stambuł (nie widzę, bo siedzę z lewej strony samolotu). Oho, właśnie zobaczamy z naszego kierunku. Robimy chyba wspomniane nadrobienie trasy. Tymczasem na horyzoncie pierwsza jasność – niedługo wschód!

7:15

Lecimy w chmurach/mgle i nic a nic już nie widać. Ale zmierzamy już prosto na lotnisko, 3km. Lądowanie. Znów na ziemi:))

.
OSTATNIA PROSTA DO POLSKI I CZYM JESZCZE MOGĄ ZASKOCZYĆ TURKISH AIRLINES

Po paru godzinach spokojnego czekania na lotnisku w Stambule (zjedzeniu śniadania, pochodzeniu po sklepach, porozkoszowaniu się Turkish delights, (nieudanej) próbie pomocy starszej pani z Teheranu niemowiacej po angielsku w uruchomieniu wifi na jej iPhonie) w końcu zmierzamy do naszego gate’u. 702. Idziemy, idziemy, a tam kolejne  strzałki, że dalej, dalej. No na takich krańcach tego lotniska to jeszcze nie byłyśmy.

Ale w końcu lotnisko się kończy i jest nasza bramka. Ledwo żywe po caaaalej naszej podróży od wczoraj rozsiadamy się przy bramce.

Parę minut, a tu ogłoszenie: zmiana gate’u. Na 225.

Kochamy Turkish Airlines.

Na razie pojawiła się informacja, że lot opóźniony o 1o minut.

Nie, nie będę zdawać relacji, co się dalej będzie działo. Napiszę radośnie z Polski, jak już tam dotrzemy.

Nie przerywajcie trzymania kciuków, ej!! ;D

.:Bez przygód:. 

28 lutego, 17:50, gdzieś nad Kenią

Leci się wygodnie… Dobre jedzenie, a na ekranie dla każdego muzyka, filmy, seriale, podgląd trasy – do wyboru. Jestem na samym środku tego niemalże statku powietrznego ;D

Lecielismy nad Mozambikiem, Malawi, Tanzanią, teraz nad Kenią, niedługo Etiopia. Właśnie się ściemniło na zewnątrz, ale i tak nie mamy miejsc przy oknie, więc nie widziałysmy pieknie oświetlonej Afryki, jak żywej mapy, spod chmur.

Chciałam na początku odkryć jakiąś nową muzykę, ale nic mnie nie przekonywało w pełni. Dobra, słucham czegoś, co znam, a czego od 2 miesięcy nie miałam nawet szansy usłyszeć. Monika to samo. 

Zateskniłyśmy chyba trochę. Dziwne i nowe jest dla nas wszystko, co wcześniej było takie oczywiste, bo to znalysmy i miałyśmy na co dzień. Wygoda siedzenia, czystość, ciepła woda w kranie, dobre jedzenie, które ktoś nam poda, dotykowy ekranik, mapa 3d, muzyka, wybór… 

***

Stambuł, 1:55, ON TIME!!!

Jest pierwsza w nocy. Już się gubię, ile czasu gdzie jesteśmy, godziny co rusz się zmieniają. Lotniskowe wifi postanowiło obsługiwać tylko mojego wordpressa, stąd piszę, dodaję zdjęcia (sic!) i publikuję 🙂 

Oczy nam się kleją, ale przynajmniej mamy miejsce i półleżymy sobie na krzesłach. 

Generalnie nudy, nie będę się rozpisywać, żeby nie zabierać niczyjego cennego czasu. 🙂

No chyba że jeszcze dopowiem o moim zatęsknieniu w samolocie. Ogladnęłam sobie kilka zdjęć z Lindy i… nagle wydały mi się zupełnie inne niż gdy oglądałam je tam. Potem słuchałam muzyki i zaczęłam sobie znowu myśleć o poznanych dzieciach w Lindzie. I nagle wybuchłam tak ogromnym płaczem, że sama się jednocześnie z siebie śmiałam, że tak zareagowałam. Do mnie tęsknota zawsze dochodziła z opóźnieniem… Ach… Muszę tam wrócić.

Dziękuję Bogu za łaskę tego szczęścia przez cały ten czas… 

1:05

Spotkalysmy właśnie Ewę z Kasisi. Natknęłyśmy się na nią podczas naszej wizyty tam. Była wolontariuszką na luty, wraca dziś tą samą trasą, co my, do Warszawy. Ach, to mój tytuł „koniec przygód” jednak nie do końca adekwatny. 🙂 Ajajaj:) 

Do zobaczenia już za 15 godzin Polsko.