Szkolnictwo w Zambii

Chciałam opisać jak z moich obserwacji i z tego, co udało mi się usłyszeć i dowiedzieć, wygląda szkolnictwo w Zambii. Ten wpis powstawał na przestrzeni całego mojego pobytu tam, a także po powrocie, mam nadzieję, że będzie składny i zrozumiały:)

_MG_4413

Dzieciaki z grade’u 1 i baby 🙂

OBOWIĄZEK SZKOLNY

Takowego pojęcia w Zambii nie ma. Rząd głosi, że każde dziecko ma prawo do edukacji, ale nie ma obowiązku, by dzieci chodziły do szkoły.

Wielu rodziców po prostu nawet nie stać na to, by dziecko do szkoły posłać. Czy to prywatna, czy państwowa, czy tzw. community school, zawsze konieczna jest opłata (czesne). W tych ostatnich, najtańszych, ok. 150 kwachy (ok. 60 zł) za semestr (a w zasadzie może powinnam nazywać to trymestrem, bo są 3 w roku, ale jakoś semestr bardziej mi się klei:) ). W prywatnych bardzo różnie, u Johna na przykład semestr dla podstawówki kosztuje 450 kwachy, czyli ok. 20o zł; a w Longridge: grade 7 – 1500 kwa (600 zł)/trym, 6 – 1400, 5 – 1300 itd); w City of Hope, gdzie warunki są bardzo dobre, ale jest nastawienie bardziej żeby pomagać, dawać szansę, semestr w szkole podstawowej kosztuje 350 kwachy (chyba dlatego jest tam tak względnie tanio, ale nie wiem na pewno).

Do tego jeszcze koszt mundurka, ołówków (nawet w Mujo’s dzieci czasem przychodzą bez niczego do pisania), zeszytów, czasem dojazdów itd.

Wielu rodziców nie stać nawet na to najtańsze wykształcenie dla swoich dzieci.
A czasem może dziecko bardziej potrzebne jest rodzicowi do pomocy w domu, np. nad młodszym rodzeństwem?

ROK SZKOLNY

Rok szkolny trwa tutaj nie od września jak u nas. Zaczyna się prawie że z początkiem roku kalendarzowego, czyli w styczniu, a kończy przed świętami Bożego Narodzenia w grudniu.

Całe 12 miesięcy? Ktoś zapyta. No niezupełnie:) Mają tu po prostu więcej dłuższych przerw w ciągu roku. I, jak już wspomniałam przy czesnym, trzy semestry – czy tam trymestry.

Wygląda to tak: 3 miesiące nauki (term 1), miesiąc przerwy, 3 miesiące nauki (term 2), miesiąc przerwy, 3 miesiące nauki (term 3, który dla ostatnich klas jest semestrem egzaminów). No i miesiąc przerwy.

Niektóre szkoły, jak Longridge, w środku każdego trymestru maja jeszcze tygodniową „mid-term break”.

Zatem właściwie wraz z naszym przyjazdem tu (poniedziałek, 9.01) zaczął się tutejszy rok szkolny. No prawie. Nie było jeszcze wszystkich uczniów, bo „nie wrócili jeszcze z wakacji”. Tak nam mówiono.

Dowiedziałysmy się potem, że „rządowo” lekcje musialy się zacząć 16 stycznia, jednak w niektórych szkołach prywatnych (jak u Johna) zaczęli sobie rok tydzień wcześniej. Jak się jednak właśnie okazało, nie wszystkie dzieci to musiały respektować. Przynajmniej nie obiło nam się o uszy o żadnych konsekwencjach dla nich z tego powodu.

.
KLASY

Klasy nazywane są tu grade’ami.  Do grade’u 1 dzieci idą zazwyczaj mając 7 lat. Zdolniejsze wieku 6. A czasami wcześniej, zależy to od ich rodziców. Dziewczynki często są posylane wcześniej niż chłopcy.

Zanim zaczną edukację w szkole, dzieci mają możliwość „pre-school education”. U Johna jest tzw. klasa „baby” (bejbi), w której są też dzieci, które nawet nie mówią. Inna sprawa, że często chodzą sobie po prostu między klasami podczas dnia szkolnego, a ktoś (z uczniów, którzy mają właśnie swoje lekcje) musi na jakiś czas się nimi zajmować.

„Podstawówką” są klasy od 1 do 7. Potem „secondary education”, ktora kończy się po gradzie 12, czyli tak jakby u nas po liceum, egzaminami.

Co ciekawe, nie trzeba klasycznie przejść wszystkich klas, żeby zakończyć edukację. Może się zdarzyć, że ktoś np. po 6 klasie napisze i zda test z 7 (czyli kończący podstawowke) – może potem wtedy iść od razu do 8. 🙂 Tak np. Sharon, córka Joyce i Johna, takimi różnymi sposobami skończyła 12. grade w wieku 15 lat.

Potem można iść do college’u.

Np. Sharon, córka Johna, skończyła taki college, po czym poszła do pracy.

.
SZKOŁY PAŃSTWOWE a PRYWATNE

Szkoły dzielą się tu na państwowe (government schools), prywatne (private schools) i społeczne (community schools). 

Zacznę od państwowych.

Te bardzo często nie zapewniają odpowiedniego wykształcenia. Dlaczego? Nie z powodu nauczycieli, ale z powodu wielkości klas. W jednej klasie na jednej lekcji uczy się kilkadziesiąt dzieci. Największa klasa, o jakiej słyszał np.ks. Maciej, który jest tu już 12 lat, miała 190 dzieci. 190. Sto dziewięćdziesiąt. Jak zadbać o cokolwiek? O indywidualne podejście, o wytłumaczenie tematów, jak zadbać o dyscyplinę?

Wiele dzieci nie zdaje końcowych testów. Wiele pod koniec podstawówki nadal nie umie czytać.
Szkoły prywatne to takie jak na przykład Mujo’s Johna w Lindzie albo Longridge w Chilandze. Jest ich bardzo dużo. W samej Lindzie co najmniej kilka.

Klasy są mniejsze, czesne nieco wyższe niż w państwowych, toteż standard nauczania wyższy.

Każda szkoła ma własny wzór mundurka.
Ostatni rodzaj, community schools, sa najtańsze, mają też siła rzeczy najniższy standard nauczania. Nauczyciele najczęściej nie są tam wykwalifikowanymi pedagogami. Szkoły jednak funkcjonują i jest ich najwięcej, by „każde dziecko mogło mieć dostęp do edukacji”.

_MG_6298.JPG

TAK JAK U NAS?

Żeby przybliżyć bardziej rzeczywistość szkolną, będę bazować na moim doświadczeniu z Mujo’s, czyli szkoły prywatnej.

Czego uczą się dzieci w Zambii? 🙂 Czy mają takie same przedmioty, czy lekcje trwają po 45 minut, czy mają tylu różnych nauczycieli? Już spieszę z odpowedziami:)

Dzieci mają lekcje podzielone na przedmioty, podobnie jak my. Mają matematykę, angielski, nauki przyrodnicze, historię, tzw. creative activities, swój język lokalny (tam akurat chinyanja), outdoor activities, odpowiednik naszego wf-u.

Lekcje w Mujo’s trwały blokami. Pierwszy od 8.30 do 11.15, drugi od 11.45 do 13.15 i ostatni od 14 do 16. Trochę długie te jednostki jak na utrzymanie uwagi małych pełnych energii rozrabiaków, przyznacie:) Wiem, że czasem w trakcie bloku dzieci miały 2 różne zajęcia, jednak nie zawsze i bez przerwy.

Akurat w Mujo’s był 1 nauczyciel na klasę (a w zasadzie na 2 klasy, bo u Johna nie ma wystarczająco pomieszczeń dla każdej klasy osobno, tak 2 ma zajęcia razem z 3, 4 z 5,6 z 7 i 8 z 9), zatem są to nauczyciele „od wszystkiego” przez całą podstawówkę.

Na długiej przerwie dzieci, podobnie jak u nas w wieku szkołach, mają obiad, a raczej lunch, serwowany na plastikowych fioletowych talerzach przedzielonych na trzy, na których dostają w każdym tygodniu w dany dzień to samo menu, zaplanowane tak na cały rok. (przykladowo: poniedziałek nshima z jajecznicą, wtorek nshima z kurczakiem/rybą, środa ryż z fasolką). Niektóre dzieci nie wykupują szkolnego lunchu i przynoszą sobie jedzenie we własnych plastikowych pudełkach, które nazwalibysmy chyba ełropejsko lunchboxami.

W pierwszej, krótszej przerwie natomiast w sprzedaży na dziedzińcu szkolnym pojawiają się frittasy, czyli takie smażone buły a la pączki, tylko bez nadzienia i lepsze:) I dzieci je kupują za 50 ngwee. (jedne z nich przygotowuje Joyce, żona Johna:))

Po szkole niektóre dzieci, te przygotowujące się do końcowych testów, zostają jeszcze na dodatkowe zajęcia aż do 18. U nas też wysyła się przecież dzieci na dodatkowe zajęcia i wracają późno.

Szkoda, że tam mają tak mały wybór. A każde mogłoby przecież osiągnąć coś czy spełniać się w tylu różnych dziedzinach, jeśliny tylko dostały taką możliwość..

Pisałam już chyba w którymś wpisie o braku ocen, nie wiem, jak to tam funkcjonuje, nie udało mi się dowiedzieć. Na pewno dzieci dostają opisowe „good”, czy „v.good” do zeszytów.

Niektóre angażują się bardziej, inne mniej, tak jak u nas. Niektóre szybciej łapią, inne wolniej. Normalka. Jednak sporo mi zajęło wyczucie poziomu grup i dostosowanie dla nich zajęć. Spodziewałam się na początku, że z różnymi zadaniami będzie im szło szybciej.

Najtrudniejszy był fakt, że w jednej klasie były dzieci, które super sobie radziły, a także takie, które nie czytały, albo nawet nie rozumiały po angielsku. Ale nie miałam doświadczenia uczenia całej klasy dzieci w polskiej szkole, więc ciężko mi tak naprawdę jedno do drugiego odnieść. Może u nas też się zdarzają takie sytuacje?

***

Cóż, pozostaje refleksja na temat, edukacji, jej wagi, jej konieczności, jej jakości w różnych szkołach, krajach, tego, jak ona przekłada się na wiedzę i umiejętności ludzi, którzy po ukończeniu jej w końcu stają się dorosłymi obywatelami.

Lepiej posłać dziecko do szkoły, w ktorej może niewiele się nauczy, czy lepiej nauczyć je prac domowych i zarabiania na ulicy sprzedając owoce albo węgiel?

Lepiej wydać więcej pieniędzy i zapewnić lepsze wykształcenie dziecku, czy nie zabiegać o to, skoro samemu żyje się wiejskim życiem blisko natury?

Czy lepsza jakakolwiek edukacja niż żadna?

Czy lepsze spokojne, pewne życie zgodne z porami dnia i roku, opierające się tylko na rodzinie i relacjach, a nie na jakichś dodatkowych dążeniach i ambicjach?

Ja osobiście zrozumiałam, że nie można oceniać, co jest lepsze. Można tylko starać się zrozumieć każdy świat i dzielić się swoim, by każdy mógł sam wybrać, czego chce – wiedząc, co może. Można tylko dawać siebie tam, gdzie jest się potrzebnym, tam gdzie naszej pomocy chcą. Można się dzielić sobą, a potem wracać do własnego świata na drugim końcu prawie tego samego południka tej samej Ziemi.

_MG_6706.JPG

Grade 6&7 na zajęciach ze mną:)