Kenia 🇰🇪

15:35 (piszę słuchając sobie na słuchawkach kenijskiej muzyki w samolocie:) na końcu napiszę Wam, co mi się spodobało ;D)

Z dalszej części dnia mniej pisania na bieżąco, bo miałam od pewnego momentu towarzysza, aż po lot, który teraz trwa. A właśnie, w końcu lecę do Lusaki… Na poranny lot zrobili duży overbooking i ponad 20 osób musiało się zmierzyć ze zmianą planów wbrew ich woli, a w konsekwencji z drogą do hotelu i z powrotem na lotnisko oraz własną złością na całą tą sytuację… (ja doświadczyłam już czegoś zupełnie analogicznego rok temu w Stambule, gdy Monikę zabrali do samolotu, a mnie właśnie z powodu skończenia się miejsc nie, więc byłam spokojna jak dziecko we śnie:) Skoro nic nie mogę zrobić, to po co się denerwować? Wkurzyłam się tylko na to, że wymyślili sobie, że muszę dopłacić za za ciężki bagaż, bo w Turkish był limit 25kg, a w Kenyan 23… Nie mieli racji, ale musiałam zapłacić, żeby mnie puścili dalej. Prawie koszt białego ekranu do wyświetlania filmów, który planuje zakupić dla Mujo’s… ).

Dali mi do wyboru albo lecieć o 7.45 do Johanesburga (około 3h), tam czekać na lotnisku kolejne 3 i polecieć do Lusaki na 15.20, albo poczekać w Nairobi na lot o 13.40, a wcześniej dostać hotel i trochę odpocząć i zjeść. Na decyzję miałam 5 sekund. Wybrałam to drugie. Opłacili mi wizę (! Miło z ich strony) więc czekały mnie odwiedziny nowego kraju, nie tylko lotniska:p. Zwiedziłam go niestety tylko z busa, ale dobre i to:) A droga do hotelu była długa i nie prosta:D (przesiadanie się do innego busa, czekanie w innym hotelu, cuda nie widy:p).

Ale hotel, do którego trafiliśmy – rewelka:D Obsługiwał nas kamerdyner jak z Grand Budapest Hotel, trochę czułam się dziwnie jak cały czas pytał, czy wszystko w porządku, ale się bardzo starał. Dostaliśmy ogromne apartamenty z wielkimi łazienkami i łożami, na których nawet nie mogliśmy się położyć, bo to tyle trwało wszystko, że już nie było czasu…

Więc zdążyłam się umyć (a woda się kończyła, skąd ja to znam:D plus to zawahanie, czy mogę w tej wodzie umyć zęby?), zjeść śniadanie (w tym świeży omlet i „African tea” – okazało się, że mieli na myśli bawarkę:D że tu tak się pije herbatę, z mlekiem:)) , położyć na minutę (i prawie zasnąć :D), pozachwycać przeszkloną windą i ogrodem za nią i trzeba było jechać na lotnisko. Na szczęście bus był na czas:)

Jak wygląda Nairobi z busa?

Przede wszystkim jak w lustrze, bo jeździ się, tak jak w pozostałych pobrytyjskich koloniach, po lewej;D hehe, żartuję, ale trzeba się przestawić, że nie jedziemy pod prąd. A samo miasto podobne do Lusaki, ale w porównaniu, to chyba Nairobi wygląda nieco lepiej. Jest tam sporo wiaduktów, które wyglądają nowocześnie, droga czteropasmowa, więcej chodników, czy dość nowoczesnych budynkow firm. W zasadzie był duży ruch i korki. Tak samo jednak, obok tego wszystkiego przydrożne kramy i niezbyt zadbane tereny, a niektóre busy jeździły z otwartymi drzwiami, w których niewzruszenie ktoś stał podczas drogi. Mijaliśmy jakieś duże muzeum na wolnym powietrzu, z busa było tylko widać jakieś pomniki stojące pośród parku. Taka Kenia 🙂

Lecę 🙂

No więc teraz lecę, a dwa miejsca obok mój towarzysz doli:p. Tak miało być, po prostu. Nie wierzę w takie przypadki. Czekaliśmy na transport do hotelu, który obiecali „za 20 minut” (mam wrażenie, że to typowy wytrych, jak nie wiedzą, za ile coś się wydarzy, to mówią, że za 20 minut:D). I coś nikt nie przychodził po nas, i akurat zauważyliśmy, że jesteśmy w podobnej sytuacji. I jakoś od tej pory było się do kogo odezwać i dzielić sytuacją dnia:) Jak to się stało, że rozwozili nas do różnych hoteli, a mnie i Z. (tak go nazwę, bo nie wiem, jak ma na imię nawet! Ciekawe, nie trzeba znać czyjegoś imienia, żeby miło spędzić z nim czas) akurat we dwójkę do tego samego? Nie wiem. Jak to się stało, że w samolocie mamy też miejsce koło siebie? Nie mam pojęcia. Nawet to, co Z. brał do jedzenia i picia, ja również moment wcześniej postanowiłam, że chcę 😀

Z. jest z Zimbabwe, a pracuje, ma rodzinę i mieszka od paru lat w Londynie i stamtąd leci odwiedzić swój rodzinny dom. Uwielbia łowić ryby, a kiedyś uprawiał rzut oszczepem (tak pokrewny do rzutu na odległość wędka muchową!), a w Zimbabwe wybudowali szpital, szkołę i będą budować duże centrum komputerowe – więc mieliśmy dużo doświadczeń do wymienienia:)

No wiec czułam się bezpiecznie w tej całej niekomfortowej przecież obiektywnie sytuacji.

Z. za niedługo wysiada w Harare, a ja polecę już bez zmieniania samolotu do Lusaki, skąd odbierze mnie John i Patryk. (szczęśliwie rano odczytali moja wiadomość, że nie dotrę na 9, i nie jechali na darmo, jak to było półtora roku temu jak przylatywałyśmy z Moniką).

16:35 (czasu lokalnego, czyli -1h wzgl. Nairobi), Harare

Z. wysiadł. Szkoda, że pewnie nigdy go nie spotkam już. Chociaż, kto wie? 🙂

***

Kenijska muzyka do sprawdzenia:

Nikikutazama, Nerea (feat. Amos & Josh), Nenda, Get Down & Dance

A także bonusowo południowoafrykańska:

Forever, Spook, Rebel En Rats (zalatuje lekko polskim ludowo-disco;D), Hardekole (to Jaromirem Nohavicą:D)

Bez szału, ale można poczuć klimat. Niestety mały wybór tu był. A może to największe hity? 😀 Nie mam pojęcia.

🙂

Do usłyszenia z Lusaki i Lindy:*

***

Ciekawostki:

Warszawa-Harare: ok. 7800 km w linii prostej

Pretoria – Harare: 900 km

Warszawa – Tallin: 800 km

Warszawa – St. Petersburg: 800 km

St. Petersburg – Lusaka: 8300 km

Lusaka – Harare: 370 km (40 minut samolotem)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s