Wake up in Linda, déja vu?

13 września, 19:15

Jadę z Johnem i Patrykiem do Lindy!

Bagaż, no to było prawie pewne, zaginął.

Ech.. 😀

14 września, 12:00

Bagaż się odnalazł! Jedziemy właśnie z Johnem pożyczonym samochodem go odebrać. Zatem przez Kenya Airways musiałam zapłacić dodatkowo 90$ za bagaż… Raz za 2kg za dużo, które mi (niesłusznie oczywiście) naliczyli i teraz za dodatkową drogę na lotnisko 40$… Czy mogę coś z tym robić? Nie wiem, ale mam nadzieję, że uda się uzyskać choć częściowe odszkodowanie za te moje niedogodności, choć ostatnim razem za dotarcie do celu 6 dni później, a mojego bagażu tydzień po mnie, nie dostalam NIC. Bo przyczyną była śnieżyca, czyli przyczyna naturalna i się wtedy nie należy.. Ale też nie byłam za wytrwała wysyłaniu dokumentów do ubezpieczycieli, to tyle papierologii….

Odebralismy bagaż z lotniska, ale nie obyło się bez mojego standardowego pecha podróżnego:p. Najpierw dluuuuga, męcząca droga bez klimy, bo akurat był wielki korek i jechaliśmy 2 godziny. Potem zorientowałam się, że zostawiłam otwarta czekoladę z torebce, no… A po chwili wylalam sobie na białą bluzkę cole 😀 Czekały nas zakupy w Makeni, a nie mogłam tak wyjść, więc umylam bluzkę w łazience. Papierem nie szło, ale Zambijki, które były w środku powiedziały mi, żebym zdjela bluzkę i wyprała to zaraz zejdzie. Chwilę się wahałam, ale co tam:D Wyszłam szczęśliwa w mokrej, ale czystej bluzce:)

Taka antena do TV przy budynku jednej z partii

A! Dziś pierwszy raz w życiu widziałam FIOLETOWE DRZEWA :D.!!!!! Coś pięknego! Rosną wzdłuż dróg w Lusace… 🙂

Tylko na aparacie uchwycilam ten fiolet, było za dużo słońca, żeby telefon z samochodu dał radę ;D

Żyję sobie powoli. Po zambijsku, niespiesznie. Może ta powolność z ostatnich dni to było już przystosowywanie się mojego organizmu, może już czuł, co się święci? ;D

15 września, 16.15

Mało piszę. Nie mam weny. Trzeba się zmobilizować 🙂 Wszak już za mną dwa przebudzenia w Afryce, ale może nie ma co opisywać, skoro sprzed półtora roku jest już o tym wpis? Może po prostu nazwać to déja-vu i dać sobie spokój?

Nie mogę. 🙂

Wszystko jest inaczej.

Miejsce jest trochę inne, towarzysza mam innego, ja jestem inna…

Pierwszy wieczór był podobnie trudny jak za pierwszym razem. A może nawet trudniejszy, bo już miałam pewne wyobrażenia i oczekiwania z poprzedniego razu, a do tego myślałam, że teraz to wszystko będzie już pestka. A tu przywitał mnie kurz i pająki i brak moskitiery… A poprzednio były przecież karaluchy! Patryk już przywykł do tego stanu przestrzeni i co więcej, polubił go. A ja pozostałam niezrozumiana. Do tego Patryk śpi bez moskitiery (po prawdzie to nie ma komarów wcale) i na moim łóżku też moskitiery nie było.

Na szczęście pomógł mi wytrzepać prześcieradła, a ja baaaardzo powoli przygotowałam się do snu. Nie chciałam w końcu moskitiery, chcialam tylko spać.. Więc musiałam sobie wmówić, że nic na mnie nie wejdzie w nocy. Skoro wszyscy tak tu śpią, to czemu mi miałoby się coś stać?

Zatem pierwsze Wake Up – było bez zwisającej na mnie firanki:) obudziłam się wyspana, choć budziłam się w nocy, bo mi było zimno, ale miałam pod ręką bluzę, i przywitały mnie śpiewy dzieci za ścianą – wszak to piątek i się modlą oraz śpiewają hymn Zambii (byłam pod wrażeniem, nauczyły się wszystkich zwrotek, jak ja byłam, to śpiewały zawsze tylko jedną! :).

Najpiękniejsze w moim przyjeździe było przybycie do Lindy. Czułam się jak we śnie. Jakby to się nie działo naprawdę. Te rude drogi, na których trzeba jechać 10 km/h, żeby bezpiecznie przejechać, ci ludzie, maszerujacy ulicami czy sprzedajacy na kramach nawet wieczorami, te dzieci machajace i cieszące się Twoim widokiem… No a przede wszystkim – Joice!!! Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje. Taka radość! I jej sąsiadka, też mnie pamiętała. I Bupe, trochę jeszcze zawstydzony, ale wyrośnięty i radosny. Czułam się jakby to się nie działo. Ale zupełnie inaczej niż w drodze tutaj… Tu żyłam, ale jakby istniałam inaczej, w innym świecie. Dopiero musiałam sobie na nowo zlać te dwa światy, przypomnieć, że jest jedna Ziemia.

Joice przywitała mnie pyszną kolacją – oczywiście w centrum jak przy każdym lunchu i kolacji – nshima! ;D Do tego ryż, polewka z pomidorów, zielone warzywo á la szpinak, kiełbaska. I do picia „robiony” napój: skoncentrowany sok w kolorze pomarańczowym rozcieńczony wodą 🙂 ❤ A przed i po mycie rąk nad miską wodą z dzbanka:)

Dziś sobota. Szkoła zamknięta, ale cały dzień są u nas dzieciaki, Abu, Bernard, Bupe, Jackie… 🙂 Są przekochani, ale potrzeba się trochę zregenerować, a mnie dziś jeszcze boli brzuch. Rano byłam na zakupach, nigdzie nie mogłam znaleźć żadnych owoców do owsianki ;( Dopiero przy markecie na jednym kramie było kilka pomarańczy i jabłek… 🙂 Więc zjedliśmy śniadanie, pobawilismy się z dzieciakami, potem leżałam z ciepłą butelka przy brzuchu, potem byliśmy u Joice i zjedliśmy lunch, i było już gorąco.. Potem trochę zdjęć dzieciaków i znów leżę, z tym że postanowiłam się przemóc i opisać, co się dzieje – nie mogę Was tak zostawić, jak już zaczęłam, prawda?

Abu podchodzi co chwilę i chce się bawić. Ułożył mi przed chwilą buty pod łóżkiem w równy rządek – będą z niego ludzie:D Wczoraj wieczorem udało nam się trochę posprzątać i psiknąć na robale, ale i tak miałam bliższe spotkania z DUŻYM pająkiem w łazience, i piskliwe spotkanie z jaszczurką, która mnie zaskoczyła:p Ale już się przyzwyczajam na nowo:)

Dziś idziemy do Joice, najpierw zrobimy frittassy, a potem…. będziemy puszczac z projektora na ścianę Króla Lwa! Oby zadziałało 😀 Nie mogę się doczekać! Tutaj świeży popcorn jest prawie na każdym rogu, nie jak u nas, tylko odpustowo, więc będzie seans! 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s