Być w drodze a potęga przyzwyczajenia

21 września, piątek, 14:25, połowa drogi do Livingstone

Powinnam opisywać każdy dzień, byłoby zdecydowanie łatwiej. „Dziś robiliśmy to, to i to. Dobranoc”. Ale nie… Pisanie wymaga czegoś więcej, wymaga połączenia z sercem, świadomego wyboru poczynienia wysiłku i poczucia sensu tworzenia tych pewnego rodzaju wypocin. 🙂 Mnie głównie brakuje na co dzień tego środkowego, tyle innych rzeczy na głowie, a pisanie – zabiera jednak trochę mojego „tu i teraz”, o ile nie całe. Jak działam na telefonie, to nagle jestem w świecie, który dobrze znam. A przecież nie po to z niego wyjechałam, żeby co chwila do niego wracać, tylko po to, żeby żyć innym światem.

Jednak co parę dni poświęcę tą godzinę, żeby został ślad. Postanowienie musi być mocne, takie też więc czynię 🙂

Jedziemy do Livingstone – czyli w centrum: Wodospady Wiktorii… Już tam byłam, ale tym razem spróbuję rzeczy, których jeszcze nie próbowałam. 🙂 Natomiast safari odpuszczamy; Patryk planuje tu jeszcze wrócić, a szkoda nam czasu tak naprawdę 😀 Musieliśmy zostawić dzieciaki na 3 dni! Prawie pół tygodnia. A nie jesteśmy tu dla Wodospadów. Ale z rozsądku (tak na 100% to nie wiadomo, czy kiedys jeszcze tu wrócimy) jedziemy spełnić kilka marzeń i wypełnić oczy i głowy niepowtarzalnym pięknem natury. Nie wiem, czy by naładować baterie – baterie ładują nam dzieciaki:D Ale na pewno wziąć oddech.

Na miejscu zobaczę się z Kaliną, wolontariuszką z Polski, która pracuje od 2 miesięcy niedaleko Livingstone. Cieszę się ogromnie!

A co ostatnio się działo w Lindzie? We wtorek byłam oddać chitengę pożyczoną od Harriet w niedzielę – jest ona pielęgniarką, więc miałam jej szukać w klinice. Zaprowadzili mnie tam Abu i Bupe. Nasi mili uczniowie, sięgający mi może do pasa:D Szliśmy i szliśmy, był to kawałek drogi. Na końcu przypomniałam sobie, że byłam nieopodal będąc tu poprzednio. Neri Clinic. Jedna z trzech w Lindzie. Otwarta od 8 do 16 z godzinną przerwą na lunch. Opłata jest roczna – zrozumiałam, że 15 lub 50 kwachy za ROK za osobę. (6 zł /20 zł). A jeśli rodziny nie stać, to można tyle samo za rodzinę. Dziennie bywa tam około 40 osób, z przeróżnymi objawami.

Dowiedziałam się tego od mężczyzny, który tam pracuje, a zaprowadził mnie do domu Harriet, bo akurat w klinice już jej nie było. Muszę się kiedyś tam jeszcze wybrać dopytać bardziej jak to funkcjonuje. Może przydaliby im się wolontariusze-lekarze?

Weszłam do ładnego, zadbanego domu Harriet. Leżała na kanapie oglądając telewizję razem jeszcze z dwoma zapewne członkami rodziny. Oddałam chitengę, bardzo podziękowałam, także ciastkami, i ruszyłam w drogę powrotną z moimi małymi strażnikami:)

Po drodze mijaliśmy mnóstwo pięknych roślin – mango, które teraz mają owoce wielkości czereśni, poppo tree z podobno słodkimi owocami, a także jedno, moje ulubione teraz, fioletowe drzewo:D znalazłam w końcu nasiona i mam nadzieję wyrośnie mi w Polsce na wiosnę taki pocieszacz myśli! 🙂

Chłopcy bawili się w skakanie do dziury, a ja porobiłam trochę zdjęć. Nagle droga się zwężyła, bo szliśmy między domami (chyba nie ma tu żadnego prawa regulującego budownictwo..) więc wzięłam chłopców za ręce, żeby sprawnie przejść. Kawałek dalej spotkaliśmy mężczyznę, który bardzo mnie pozdrowił i dziękował, że przyjechałam i zajmuję się dzieciakami. Że jak widzi coś takiego, to jest szczęśliwy. I żeby nie przestawać, że to jest coś bardzo dobrego. Pierwszy raz coś takiego usłyszałam od kogoś stamtąd. Nie powiem, poruszyło mnie. Choć mężczyzna przyznał, że pije, to podkreślał, że ma Boga w sercu. I że jest katolikiem i ma katolicki ślub. Jego żona pracuje w City of Hope – jest tam sprzątaczką.

Budowanie

Środa i czwartek upłynęły pod znakiem BUDOWY. Powstaje biblioteka :D! Przywieziono materiały na podłogę, sufit i tablice i zaczął się unosić wszędzie (w całej szkole :p) budowlany pył.

Najpierw był dylemat, czy wyburzyć ścianę dzielącą dwa pomieszczenia pod bibliotekę, ale decyzja została podjęta – i pierwsze uderzenia kilofem powierzono mnie:D Odpadły tylko małe kawałki, ale potem poradzili sobie lepiej i ściany już dawno nie ma. Patryk pomagał, a ja prowadziłam informatykę:)

Biblioteka jest w budynku, w którym jest też gabinet Johna, więc te dwa pomieszczenia remontowane są razem. Żadne dokumenty ani sprzęty nie zostały zabezpieczone folią, jak to u nas przecież zawsze się robi, więc pozostaje mieć nadzieję, że nic się nie popsuje i że uda się to wszystko posprzątać – za parę dni gabinet Johna będzie wyglądał o kilka klas lepiej, więc nie powinien pozwalać sobie na żadne półśrodki, tak uważam. Oby to był wystarczający impuls:)

(w międzyczasie – mamy przystanek i kobiety jak za każdym razem podchodzą pod szyby chcąc sprzedać coś podróżującym – pomidory, cebulę, kukurydzę, wodę, podnosząc na miskach swoje towary misternie ułożone w idealne stożki…)

Co do budowy – płytki w większości już leżą, dostrzeżony przeze mnie bardzo niepoziomy fragment został poprawiony, sufit czeka na podniesienie konstrukcji i położenie pvc, otwór na bezpośrednie drzwi do gabinetu Johna powstał (dotąd wchodziło się przez pomieszczenie, które teraz będzie biblioteką).

Co jeszcze się udało wybudować? Ano mnie udało się wybudować podstawkę pod tarczę do skisha 😀 Tak, jednym z celów tutaj, których realizacji nie mogę się doczekać, jest nauka CASTINGU! Mojego sportu.

Po wielu trudach znalazłam deski i stolarza i już cześć najtrudniejszej pracy organizacyjnej za mną. 🙂

Codzienne kolacje

Wieczorami przychodzimy zawsze do Joice, przynosząc albo składniki na kolejny raz, albo coś gotowego do zjedzenia. Wczoraj udusiłam marchewkę :), a Patryk zrobił jajka w majonezie ze szczypiorkiem. (udało mi się znaleźć pyszny szczypior!). Joice usmażyła bardzo smaczną rybę (tilapia), i przygotowała coś zielonego – co okazało się niebem w gębie! Ugotowane liście dyni ze zgniecionymi w moździerzy orzechami ziemnymi, mmmm… kolacja była wyjątkowa. 🙂 Później pokazała nam swoją moździerz – ma jakieś czterdzieści centymetrów wysokości, a pal do miażdżenia jest odpowiednio wielki:D Super to wygląda.

Siła przyzwyczajenia

Od wczoraj tak sobie myślę o tym jak potężną siła jest przyzwyczajenie i co robi z nami.

Wyobraźcie sobie, że wracając od Joice tuż za ogrodzeniem z trzciny ZAWSZE odruchowo skręcam w lewo. Choć powinnam skręcić w prawo, bo tam powstało przejście i zaraz dalej jest już ostatnia prosta do nas. Jednak półtora roku temu, droga prowadziła najpierw za trzciną w lewo, a dopiero tuż potem w prawo. Po takim długim czasie nadal moje nogi idą na pamięć w przeciwną stronę. Jak to możliwe?

Z tego powodu zaczynam uważać, że wszystko jest kwestią przyzwyczajenia i że zmienianie się jest czymś ogromnie trudnym, jednak możliwym, a z czasem coraz prostszym:D. (można na próbę przez tydzień myć zęby lewą ręką, żeby się przekonać 🙂 A ja nagle poczułam jakie trudne to by było przestawić się na prowadzenie samochodu z kierownicą po prawej stronie :D). Przyzwyczailiśmy się do wygody: ciepłej wody, szczelnych mieszkań, dostępności wszystkiego, co tylko nam się wymarzy, w sklepach, że ludzie wokół mówią tym samym językiem – więc wszystko, co nią nie jest, nasz mózg traktuje jako coś gorszego, bo trudniejszego. I z automatu tego NIE wybiera. Tak jak mój przyzwyczaił się do drogi w lewo, i choć minęło tyle czasu, a istnieje krótsza droga, to nadal, póki mu nie przypomnę, wybiera tą znaną.

Tak przyzwyczajamy się do otaczającej nas rzeczywistości. Mieszkając w większości polskich miast jesteśmy przyzwyczajeni widzieć na ulicach tylko i wyłącznie białych ludzi. Ktoś mieszkający w Londynie jest przyzwyczajony do bycia otoczonym ludźmi wszelkich kultur i kolorów skóry. Przeciętny mieszkaniec Zambii widzi na co dzień tylko swoich rodaków, i jak pojawia się muzungu, to jest to dla niego wydarzenie. (wiele osób wierzy nawet, że dotknięcie białego przyniesie im szczęście, czego nieraz doświadczyłam, nie tylko od dzieci, ale to temat na osobny wpis).

Komuś, kto mieszka od lat na ulicy, tak naprawdę bardzo ciężko to zmienić, nawet jak teoretycznie wie, jak – przyzwyczajenie robi swoje, a trzeba ogromnej siły do tak dużej zmiany.

Komuś, kto wychowuje dzieci jak oczka w głowie, ciężko by było dać im hasać od małego samym z rówieśnikami na boso po ulicach jak to ma miejsce chociażby w Lindzie – choć w praktyce się okazuje, że dzieci bardzo dobrze sobie radzą i są szczęśliwe :).

Z drugiej strony przyzwyczajenia ułatwiają codzienne funkcjonowanie, oczywiście. Wiemy, że tak i tak wygląda targ, że tędy się wchodzi do sklepu, a przy kasach płaci, że na tej drodze nie ma korków, a jak założymy to ubranie, to będziemy wyglądać dobrze. Nie musimy myśleć o tylu rzeczach, po prostu je robimy i to jest okej. Jednak ośmielę się stwierdzić tylko czyniąc ZMIANY i doświadczając inności naprawdę żyjemy i to żyjemy w pełni. Świadomie. Zmiany wymagają wysiłku, ale to właśnie on zmienia nasz mózg: nasze myślenie, zdolności poznawcze, spojrzenie. Jadąc do obcego miejsca dajemy się zmieniać 🙂 Bo wszystko jest choć trochę nowe i inne niż w naszej codzienności. Przyjeżdżając do takiej Lindy, myślę, że my też zmieniamy miejscowych – doświadczają czegoś nowego, muszą nauczyć się na nowo reagować na sytuacje: widzę różnicę między reakcjami półtora roku temu a teraz, zdecydowanie mniej osób reaguje zdziwieniem.

Kończąc zadam pytanie – a może da się przyzwyczaić do… czynienia zmian, by sam pierwszy krok był za każdym razem nieco prostszy? 🙂 Wyruszyć w podróż jest ciężko, ale jak już się wyruszy, to przecież już z górki:) . Bardzo zachęcam do zmieniania – a szczególnie zmian miejsca parę razy do roku, czyli właśnie podróży. 🙂 Każdy lubi cichy, ciepły, znany kąt w swoim pokoju, ale siedząc w nim całe życie, tracimy je (a niektórzy nawet nie lubią, a i tak siedzą w nim całe życie, nawet jak mogliby choć „przestawić szafkę”). A skoro życie jest nam (niezaprzeczalnie!) dane, to warto wycisnąć z niego jak najwięcej, prawda? 🙂

Ach, wyszło dwie godziny pisania, a i tak nie opisałam wszystkiego – a wpis długi prawie jak nasza droga do Livingstone 😀 Reszta następnym razem, jeśli będzie tak dane:) Do usłyszenia! Na koniec dla rozluźnienia parę zdjęć z trasy i postojów :*

Dworzec w Lusace

Bilety podrożały o 30 kwachy 😀

Postój. Za mną fast food, kebaby, a po mojej lewej (nie widać) sklep z napojami, słodyczami itp.

PS. Jestem chora od paru dni na gardło, proszę o modlitwę za moje zdrowie i za Joice (ona też się pochorowała wtedy co ja i ma męczący katar i bóle głowy). Robię lekami, co mogę, ale wsparcie się przyda! Bogu niech będą dzięki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s