Już po krzyku – Livingstone :D

22-24 września, czyli weekend w Livingstone

Ostatnio też leżąc sobie na łóżku w pokoju w Mujo’s tak sobie myślę, jak mi dobrze – mimo że kurz, mimo żem chora, mimo że brudna. Jak mi dobrze, i czuję, że stąd jest tylko mały krok do Boga, że prawie nic mnie nie dzieli od Niego. Potrzebna tylko moja chęć, ruch i pojawi się pełnia miłości i pokoju.

Tymczasem jednak pojechaliśmy do Livingstone. Było nam smutno opuszczać szkołę, ale trochę wrażeń na nas czekało, ostatnio nie zrobiłam wszystkiego, a Patryk nigdy jeszcze tam nie był, a nie chciałam też zostawiać go samego na podróż, wiadomo czasem smutno tak samemu jechać w długą drogę.

A czekało nas ponad 8 godzin jazdy autobusem.

W Livingstone czekała na nas Kalina i Ben. 🙂 Z Kaliną pisałyśmy od czasu, gdy się dowiedziałam, że jest koleżanką koleżanki i że jedzie w podobnym czasie co ja do Zambii, tylko ona do Livingstone. A Ben dopiero przyjechał do tej samej szkoły, co ona. Kalina pomogła nam BARDZO. Znalazła dobre noclegi w super cenie, poleciła i zarezerwowała atrakcje. Pokazała nam wioskę, w której mieszka – podobna do Lindy, tylko położona przy bardziej ruchliwej drodze. Poznaliśmy dzięki niej kilka osób, m.in. wolontariuszy, czy podróżujacych przez świat – dwie dziewczyny z Brazylii, Włocha Davide przejmierzającego świat na rowerze (od 3 lat jest w drodze! Teraz jedzie z Capetown do Kairu), czy lokalną Sashę, która oferuje noclegi na couchsurfingu (stąd się wziął Davide) i która miała przepiękną bluzę… (będę próbować znaleźć taką w Lusace, mówiła mi, gdzie mogę).

Zabrała nas na kolację, a potem do wioski, gdzie mieszka i siedzieliśmy przed jej domkiem z wszystkimi. Taki był piątkowy wieczór (przyjechaliśmy koło 18).

Luksusy na weekend..

Sobota upłynęła pod znakiem Victoria Falls, mostu ZimZam i… skoków z niego. 😀 Drodzy rodzice, ciocie, wujkowie, przyjaciele, żyję, już nie ma się co o mnie bać. 🙂 Skoczyłam w przepaść doliny Zambezi, 111m. 😀

Patryk skoczył nawet dwa razy, emocji mieliśmy co niemiara.

Jak było? Bardzo krótko 😀 Szybki wyrzut adrenaliny. Ja dałam się na całą dolinę, aż echo niosło… To coś pięknego tak sobie móc pokrzyczec nieskrępowanie, ze strachu połączonego z euforią:D Najlepszy był moment wybicia się i gdy przez chwilę nie było czuć kontaktu z napiętą liną… Totalna wolność.

Po południu poszliśmy na stronę Zimbabwe obejrzeć Wodospady. Jest pora sucha i w Zambezi bardzo mało wody. Od strony Zambii wodospadów prawie nie widać, gołe skały… (gdy byłam tu w lutym przelewały się tu tony wody na sekundę, ani kawałka skały nie było widać! To było coś niesamowitego wtedy…). Po długich oczekiwaniach w immigration offices (akurat przed nami wycieczka z… Polski) dotarliśmy do Wodospadów. Wody również było mało, ale była. 🙂 Piękny krajobraz, ale nic nie przebije tego ogromu z pory deszczowej…

Na wieczór mieliśmy zaplanowane wejście na baobab na zdjęcia zachodu słońca, ale niestety przez różne zawirowania spóźnilismy się…

Za to wieczorem razem z Kaliną moglysmy popływać w otwartym basenie przy naszym hotelu. 🙂

A w niedzielę o 7.30 rano czekało na nas… Devil’s Pool! Czyli kąpiel w Zambezi przy samej krawędzi wodospadu… 😀 (pracownicy mieli koszulki z napisem „Życie na krawędzi” :D). (spokojnie, było to względnie bezpieczne, żyję:)).

Ach! Jedyny minus to było to, że tak wcześnie rano było dość zimno. I kąpiel w rzece.. Mimo że Afryka, to tu też bywa zimno:D

Najpierw przyjechaliśmy przez park przy superekskluzywnym hotelu (po parku chodziły sobie zeberki;D). Po dopełnieniu formalności popłynęliśmy łódkami na Wyspę Livingstona. Na wyspie mogliśmy zostawić niepotrzebne rzeczy i ruszyliśmy, by dopłynąć do diabelskiego miejsca już… wpław:) Było bezpiecznie, bo przewodnicy naprawdę znali się na rzeczy, mówili, którędy płynąć i gdzie nie ma kamieni. Wszystko poszło zwinnie i bezproblemowo. I w końcu Devil’s Pool… Jeden z przewodników zebrał wcześniej od nas telefony i suchą noga dotarł do miejsca, skąd każdemu mógł zrobić zdjęcia. I po kolei każdy mógł podpłynąć do krawędzi wodospadu… 🙂 Była tam skała, która uniemożliwiała „wypadnięcie” dalej, ale oczywiście trzeba było uważać. Najbardziej przestraszyłam się.. ryb:D Które podgryzały palce u stóp:p Ale potem już było w porządku. Tylko zimno;D

Sam moment bycia na krawędzi – w porządku, acz chyba bardziej byłam przejęta zimnem i trzymaniem się kamieni, żeby coś więcej poczuć. Na zdjęciach dopiero widzę efekt wow:D Patryk spojrzał w dół wodospadu, mówił że ten widok był niesamowity… A ja, cóż. Gdy zimno, gorzej się myśli i mniej się zrobi;D Ale trudno. Dobra przygoda, anyway!

Wróciliśmy, znów wpław, na wyspę, poszłam się ubrać w suche rzeczy i szczęśliwa zasiadłam do śniadania 🙂 Zaserwowali nam pyszności, ja wzięłam owsiankę, była niesamowita! Do tego herbatka. Drugą opcją był croissant z jajkiem sadzonym i bekonem oraz sałatką.

Został już tylko powrót łodzią motorową na stały ląd. Ten moment też był przyjemny, plynelismy szybko, wiatr we włosach, a kawałek od nas z wody wystawały uszy i oczy… hipopotamów. 🙂

Historie z Ruth i Markiem już znacie, poszliśmy z nimi do ich auta i wróciliśmy do hotelu po rzeczy (okazało się, że nawet śpią w tym samym miejscu). W parku po drodze tym razem drogę zaszła nam piękna żyrafa 😀 A poza nią były impale – antylopy.

Tak spędziliśmy czas w tym pięknym miejscu. Z rzeczy, których nie zrobiłam, zostało mi zejście na dół, do rzeki, u stóp wodospadów… Jest ono po stronie Zambii, czego nie wiedziałam, będąc tu poprzednio (a tym razem poszliśmy od strony Zimbabwe), a bardzo chciałabym tam pójść.. Jednak już nie było czasu, a też dodatkowy koszt 20$.. A widok na Wodospady i tak miałam najlepszy poprzednio. No i poza tym ten baobab. I zobaczenie dzikich kotów na safari oraz nocne safari.. (teraz pora sucha, więc wszystkie zwierzęta idą do wodopoju i można je łatwiej obserwować, w porze deszczowej nie widziałyśmy żadnego lwa ani leoparda).

W KOŃCU W DOMU

Po 6 godzinach drogi z Markiem i Ruth dotarliśmy do Lusaki, poprosiliśmy, żeby nas podrzucili do kościoła na Mszę (była niedziela), bo w Livingstone przez rozwój wypadków nie zdążyliśmy pójść. Ale na szczęście znalazłam Mszę w kościele św. Ignacego Loyoli, która była o 17.00, na którą zdążyliśmy idealnie! 🙂 A do Lindy przywiózł nas taksówkarz Felix, sąsiad i bliski znajomy Johna. John nas wysciskał jakby nas rok nie widział. Joice poczestowała kolacją. Zimna woda, własne łóżko, pełno nowego rudego kurzu w mieszkanku… Trzeba posprzątać. W końcu jesteśmy w domu… 🙂

Zupełnie jak w polskim kościele

Kaplica Maryjna przed kościołem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s