Niepowroty

„On travelling it is visiting; on returning it is home.” (Zambian proverb)

6 października, sobota, 17:35, lotnisko w Lusace

Gdzie ja jestem?

Czy wracam z wakacji?

Czy zostawiam moich przyjaciół?

Czy zostawiam fragment serca?

Jutro już nie usłyszę od Joyce „be strong”, „how was your day”, ani „take more food”, gdy skończę kolację. Nie… nie stanie się wiele rzeczy, które polubiłam, a może nawet pokochałam. Zostaną w moim sercu, nie będę o nich pisać, bo tego cudze serce nie zrozumie.

Kiedy zapomnę? Czy nigdy?

Nie płaczę, nie jest mi smutno. Jestem spokojna i akceptuję to, co się dzieje. Czy to obojętność? A może wypracowany system obronny mojego organizmu?

Spędziłam wspaniały miesiąc. Nie żałuję i nigdy nie będę żałować decyzji o przyjechaniu tu ponownie (nawet mimo że poświęciłam dla tego wyjazdu pewną ważną sprawę). Naszła za to na mnie chmura refleksji.

Zapewne dlatego, że pierwszy raz od miesiąca jestem całkiem sama. To znaczy wokół są ludzie, ale nikt nie jest „swój”. Dobrze było współpracować, działać i śmiać się z Patrykiem, super mi się dogadywało z Magdą, choć spędziłyśmy ze sobą tylko tydzień (za to wypełniony wspaniałymi rzeczami). Mam od Boga dar do słuchania, jednak by żyć pełnią, potrzebuję co jakiś czas ciszy, bym mogła wsłuchać się w siebie. Ciszy, która sprawia, że czuję, kim jestem i co się dzieje. Dziś wróciła mi cisza. Już w drodze na lotnisko.

Gdzie ja jestem. Czy to, że jestem na drugiej półkuli, daleko od Polski, sprawia, że nie żyję moim życiem? Że zaraz dopiero wrócę do mojego życia?

Wyobraźcie sobie, że absolutnie NiE. Dziś żyję tak samo jak w każdy inny dzień, o ile nie bardziej, bo jestem naprawdę spokojna i szczęśliwa. Każdy dzień jest darem dla mnie. Nie ma dni „prawdziwego” życia i wakacji. To moje życie, mój dzień, jestem wciąż na tym świecie. Mimo że w „niecodziennej” sytuacji, bo na lotnisku. Ale zaraz, jak niecodziennej… Latam średnio raz na rok. Czyli rzadko, ale dość regularnie. Przywykłam już do zmieniania miejsca. Co innego było, gdy leciałam sama samolotem pierwszy raz… No wtedy to było niecodzienne doświadczenie (do dziś pamiętam ten strach, gdy zostałam na lotnisku sama:D).

Zatem jestem tu, żyję tu. Tu i teraz. Choć moje położenie się zmienia. Choć zaraz się zmienią ludzie wokół mnie. Choć jestem w stanie pobiec myślami do pewnego odległego miejsca na świecie. Ciałem i duchem jestem jednak tu i teraz. I po prostu jestem. 🙂

Czy gdybym myślała o tym, że parę dni temu zaczęły się moje studia, albo o zimnie, które mnie przeszyje wieczorami w Polsce, albo o ilości znowu tych samych, co zawsze, obowiązków, które mnie czekają, mogłabym odczuwać pokój i szczęście? Podejrzewam, że absolutnie nie.

Ciekawe, jak długo potrwa mój stan. 🙂

Nie wiem, czy dostatecznie to opisałam, nie umiem lepiej wyrazić tego uczucia jedności własnego życia, świata, czasu i świadomości. Mam nadzieję, że jak u kogoś wystąpiło coś podobnego, to zarezonuje i wydarzy się połączenie myśli, które koi serce. 🙂

***

Ja nie wracam. Lecę do kolejnego dnia mojego życia. Równie ważnego, jak każdy spędzony tutaj.

***

18:15

Lot jest opóźniony 😀

Miałam startować za 20 minut, tymczasem samolot, którym mamy lecieć, przyleci dopiero o 18.30, a ma polecieć teoretycznie o 19.15. Dobrze, że w Kenii mam dużo czasu na przesiadkę. 6 godzin chyba:D Godzina czekania mniej. Współczuję natomiast tym, którzy mają mieć jakąś szybką przesiadkę w Nairobi…

Przyciągam kłopoty lotniskowe, ewidentnie:D Ale ciii…. Nikt nie może się dowiedzieć 😀 Mam jednak nadzieję, że niedługo wyczerpię limit opóźnień i zagubionych walizek. ;D

Przed chwilą zgłodniałam. Zjadłam frittaska, ostatnią bezpośrednią nić powiązania z Lindą, z Joyce, z Magdą, która posmarowała mi go masełkiem i dżemem. Wyobraźcie sobie mój uśmiech 🙂 Dziękuję Joyce i Magdo! 🙂

18:40

Nagle wywołali tzw. Last call do boardingu. Ok, wstałam, poszłam, to małe lotnisko, zdążę. Ale nic wcześniej nie ogłaszali. Jedna pani, która czekała koło mnie, bardzo się przejęła, że nie zdążymy.

A przy bramkach po zeskanowaniu boarding passu okazało się, że piknął na czerwono i dostaliśmy takie śmieszne karteczki i nadal czekamy.

19:20

Ogłoszenie, final call na nasz lot. Wołają w końcu na pokład. Szkoda, że godzinę temu jak wołali, też stwierdzili, że nazwą to wołanie final call. Kupiłbym sobie przynajmniej wodę i coś do jedzenia. Ech. Te Kenya Airways…

Ale przynajmniej już siedzę w samolocie (i to w końcu przy oknie) i zaraz lecimy. No i na szczęście w Nairobi mam dużo czasu.

(Karteczki okazały się potwierdzeniem, że nam sprawdzili boarding passy i że możemy już bez sprawdzania udać się do samolotu.)

Nieduży samolocik, a tyle problemów z przylotem i wylotem na czas:p

Sen mnie zaczyna morzyć. Może czas odpocząć… 2h 40min, pierwszy lot, czas start! 🙂

20:00

Panie Boże, gdzie mnie prowadzisz? Gdzie ja jestem? Siedzę w wielkiej maszynie, trochę trzęsie, dość głośno szumi, za oknem ciemno. Za niedługo zjem, potem będę znów wstawać, by wysiąść, spędzę kilka godzin na lotnisku, by znów polecieć. Potem znów. Aż obudzę się w Warszawie, w Polsce. Gdzie mnie zabierasz? Było mi tak dobrze. A zaraz będzie znów trudno, dużo przemieszczania się i dużo obowiązków…

22:15

Obudziłam się. Już wylądowalismy. Czy to Nairobi, czy może miedzylądowanie w Harare? Ale mi się zasnelo….. Chyba dziś było bez miedzylądowania, więc.. Kenia? Trzeba wysiadać.

22:25

Z samolotu wyszłam prawie ostatnia. Widzę zaokrąglony kształt budynku lotniska – to Nairobi. Uff 🙂 Nie zmieścilam się do pierwszego busa, więc w 6 osób zaprowadzili nas do kolejnego, którym jedziemy sobie spokojnie, nieupchani jak sardynki. 🙂

23:55 lokalnego czasu (+1h)

Czeka mnie czekanie do 4:00. Nairobi Airport:)

7 października, niedziela, 10:55 (czas turecki, +1h do polskiego)

Czekanie zeszło szybko:) Dokonczylam jeden post, potem znów kogoś spotkałam i pogadałam. Lot był idealnie na czas, a zaraz na czas dolecimy do Stambułu (za jakieś 5 minut wg informacji).

Pierwszy raz od mojego pierwszego w życiu lotu samolotem rozbolały mnie strasznie uszy! Ciśnienie daje się we znaki. Ciekawe, czemu tak nagle. Zatykanie nosa i dmuchanie trochę pomogło, ale mało co słyszę 😀

Lecimy ogromnym samolotem, 8 rzędów miejsc. Stabmulska ziemia już tuż tuż. Przede mną tylko jeden, ostatni lot.

12:50 (Polska, 11:50), Stambuł

Silniki samolotu zapalone. Zaraz kołowanie i wzbijemy się w powietrze. Tylko 15 minut opóźnienia.

Trochę się martwilam, czy zdążę, bo mój boarding miał się zaczynać o 11.35, a tymczasem o tej godzinie dopiero dojechałam autobusikiem na lotnisko. Zapytawszy w samolocie, czy zdążę, pani mnie zapewniła, że oczywiście, lotnisko jest małe 😀 (to największe, na jakim byłam w życiu, czasem się idzie nawet 40 minut z jednego punktu do drugiego, do tego kontrole itp.). Ale miała rację, zdążyłam bez problemu. Jakoś tak było na spokojnie. Nawet internet złapała. Ale na kolejce do kontroli bezpieczeństwa, poprosiłam o przepuszczenie mnie, bo była spora…

14:15 (w Polsce 13:15), gdzieś nad Europą

Właśnie zjadłam ostatni posiłek w samolocie Turkish Airlines. Było pyszne mięso, ryż, warzywa grillowane, bułeczka, masełko, hummus. A na deser pudding czekoladowy. Wszystko w malutkich pudełeczkach z grubego plastiku i do jedzenia malutkimi metalowymi sztućcami.

Przebudził mnie na lunch sąsiad. Siedzę przy wyjściu bezpieczeństwa (emergency exit), bo poprosiłam o miejsce przy oknie i tylko to zostało. Niestety, w tym samolocie przy wyjściu bezpieczeństwa nie ma okna:p Cóż. Za to mam bardzo dużo miejsca na nogi, mogę je wyprostować i jeszcze hen.

Podstawka na jedzenie była ukryta w podłokietniku krzesła, co również, na szczęście, pokazał mi podróżny sąsiad.

Cóż. Przy żadnym locie w całej mojej podróży w obie strony nie mogłam popatrzeć sobie na „żywą mapę”… Bywa i tak:) Może przy następnej podróży będzie mi dane.

13:45, Warszawa.

***

„Jak coś się zdarzyło dwa razy, to zdarzy się i trzeci.”

(Takie mam przynajmniej przeczucie.)

😉

Dziękuję Wam bardzo za towarzyszenie mi w tej niesamowitej przygodzie. Mam jeszcze zaczęte dwa wpisy, niepowiązane z konkretnymi dniami, mam nadzieję, że uda mi się je dokończyć i dodać.

Jeśli chcielibyście o coś zapytać, to śmiało, można tu, a najlepiej na Facebooku. 🙂

Zikomo!

Dziękuję

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s