Szkolnictwo w Zambii

Chciałam opisać jak z moich obserwacji i z tego, co udało mi się usłyszeć i dowiedzieć, wygląda szkolnictwo w Zambii. Ten wpis powstawał na przestrzeni całego mojego pobytu tam, a także po powrocie, mam nadzieję, że będzie składny i zrozumiały:)

_MG_4413

Dzieciaki z grade’u 1 i baby 🙂

OBOWIĄZEK SZKOLNY

Takowego pojęcia w Zambii nie ma. Rząd głosi, że każde dziecko ma prawo do edukacji, ale nie ma obowiązku, by dzieci chodziły do szkoły.

Wielu rodziców po prostu nawet nie stać na to, by dziecko do szkoły posłać. Czy to prywatna, czy państwowa, czy tzw. community school, zawsze konieczna jest opłata (czesne). W tych ostatnich, najtańszych, ok. 150 kwachy (ok. 60 zł) za semestr (a w zasadzie może powinnam nazywać to trymestrem, bo są 3 w roku, ale jakoś semestr bardziej mi się klei:) ). W prywatnych bardzo różnie, u Johna na przykład semestr dla podstawówki kosztuje 450 kwachy, czyli ok. 20o zł; a w Longridge: grade 7 – 1500 kwa (600 zł)/trym, 6 – 1400, 5 – 1300 itd); w City of Hope, gdzie warunki są bardzo dobre, ale jest nastawienie bardziej żeby pomagać, dawać szansę, semestr w szkole podstawowej kosztuje 350 kwachy (chyba dlatego jest tam tak względnie tanio, ale nie wiem na pewno).

Do tego jeszcze koszt mundurka, ołówków (nawet w Mujo’s dzieci czasem przychodzą bez niczego do pisania), zeszytów, czasem dojazdów itd.

Wielu rodziców nie stać nawet na to najtańsze wykształcenie dla swoich dzieci.
A czasem może dziecko bardziej potrzebne jest rodzicowi do pomocy w domu, np. nad młodszym rodzeństwem?

ROK SZKOLNY

Rok szkolny trwa tutaj nie od września jak u nas. Zaczyna się prawie że z początkiem roku kalendarzowego, czyli w styczniu, a kończy przed świętami Bożego Narodzenia w grudniu.

Całe 12 miesięcy? Ktoś zapyta. No niezupełnie:) Mają tu po prostu więcej dłuższych przerw w ciągu roku. I, jak już wspomniałam przy czesnym, trzy semestry – czy tam trymestry.

Wygląda to tak: 3 miesiące nauki (term 1), miesiąc przerwy, 3 miesiące nauki (term 2), miesiąc przerwy, 3 miesiące nauki (term 3, który dla ostatnich klas jest semestrem egzaminów). No i miesiąc przerwy.

Niektóre szkoły, jak Longridge, w środku każdego trymestru maja jeszcze tygodniową „mid-term break”.

Zatem właściwie wraz z naszym przyjazdem tu (poniedziałek, 9.01) zaczął się tutejszy rok szkolny. No prawie. Nie było jeszcze wszystkich uczniów, bo „nie wrócili jeszcze z wakacji”. Tak nam mówiono.

Dowiedziałysmy się potem, że „rządowo” lekcje musialy się zacząć 16 stycznia, jednak w niektórych szkołach prywatnych (jak u Johna) zaczęli sobie rok tydzień wcześniej. Jak się jednak właśnie okazało, nie wszystkie dzieci to musiały respektować. Przynajmniej nie obiło nam się o uszy o żadnych konsekwencjach dla nich z tego powodu.

.
KLASY

Klasy nazywane są tu grade’ami.  Do grade’u 1 dzieci idą zazwyczaj mając 7 lat. Zdolniejsze wieku 6. A czasami wcześniej, zależy to od ich rodziców. Dziewczynki często są posylane wcześniej niż chłopcy.

Zanim zaczną edukację w szkole, dzieci mają możliwość „pre-school education”. U Johna jest tzw. klasa „baby” (bejbi), w której są też dzieci, które nawet nie mówią. Inna sprawa, że często chodzą sobie po prostu między klasami podczas dnia szkolnego, a ktoś (z uczniów, którzy mają właśnie swoje lekcje) musi na jakiś czas się nimi zajmować.

„Podstawówką” są klasy od 1 do 7. Potem „secondary education”, ktora kończy się po gradzie 12, czyli tak jakby u nas po liceum, egzaminami.

Co ciekawe, nie trzeba klasycznie przejść wszystkich klas, żeby zakończyć edukację. Może się zdarzyć, że ktoś np. po 6 klasie napisze i zda test z 7 (czyli kończący podstawowke) – może potem wtedy iść od razu do 8. 🙂 Tak np. Sharon, córka Joyce i Johna, takimi różnymi sposobami skończyła 12. grade w wieku 15 lat.

Potem można iść do college’u.

Np. Sharon, córka Johna, skończyła taki college, po czym poszła do pracy.

.
SZKOŁY PAŃSTWOWE a PRYWATNE

Szkoły dzielą się tu na państwowe (government schools), prywatne (private schools) i społeczne (community schools). 

Zacznę od państwowych.

Te bardzo często nie zapewniają odpowiedniego wykształcenia. Dlaczego? Nie z powodu nauczycieli, ale z powodu wielkości klas. W jednej klasie na jednej lekcji uczy się kilkadziesiąt dzieci. Największa klasa, o jakiej słyszał np.ks. Maciej, który jest tu już 12 lat, miała 190 dzieci. 190. Sto dziewięćdziesiąt. Jak zadbać o cokolwiek? O indywidualne podejście, o wytłumaczenie tematów, jak zadbać o dyscyplinę?

Wiele dzieci nie zdaje końcowych testów. Wiele pod koniec podstawówki nadal nie umie czytać.
Szkoły prywatne to takie jak na przykład Mujo’s Johna w Lindzie albo Longridge w Chilandze. Jest ich bardzo dużo. W samej Lindzie co najmniej kilka.

Klasy są mniejsze, czesne nieco wyższe niż w państwowych, toteż standard nauczania wyższy.

Każda szkoła ma własny wzór mundurka.
Ostatni rodzaj, community schools, sa najtańsze, mają też siła rzeczy najniższy standard nauczania. Nauczyciele najczęściej nie są tam wykwalifikowanymi pedagogami. Szkoły jednak funkcjonują i jest ich najwięcej, by „każde dziecko mogło mieć dostęp do edukacji”.

_MG_6298.JPG

TAK JAK U NAS?

Żeby przybliżyć bardziej rzeczywistość szkolną, będę bazować na moim doświadczeniu z Mujo’s, czyli szkoły prywatnej.

Czego uczą się dzieci w Zambii? 🙂 Czy mają takie same przedmioty, czy lekcje trwają po 45 minut, czy mają tylu różnych nauczycieli? Już spieszę z odpowedziami:)

Dzieci mają lekcje podzielone na przedmioty, podobnie jak my. Mają matematykę, angielski, nauki przyrodnicze, historię, tzw. creative activities, swój język lokalny (tam akurat chinyanja), outdoor activities, odpowiednik naszego wf-u.

Lekcje w Mujo’s trwały blokami. Pierwszy od 8.30 do 11.15, drugi od 11.45 do 13.15 i ostatni od 14 do 16. Trochę długie te jednostki jak na utrzymanie uwagi małych pełnych energii rozrabiaków, przyznacie:) Wiem, że czasem w trakcie bloku dzieci miały 2 różne zajęcia, jednak nie zawsze i bez przerwy.

Akurat w Mujo’s był 1 nauczyciel na klasę (a w zasadzie na 2 klasy, bo u Johna nie ma wystarczająco pomieszczeń dla każdej klasy osobno, tak 2 ma zajęcia razem z 3, 4 z 5,6 z 7 i 8 z 9), zatem są to nauczyciele „od wszystkiego” przez całą podstawówkę.

Na długiej przerwie dzieci, podobnie jak u nas w wieku szkołach, mają obiad, a raczej lunch, serwowany na plastikowych fioletowych talerzach przedzielonych na trzy, na których dostają w każdym tygodniu w dany dzień to samo menu, zaplanowane tak na cały rok. (przykladowo: poniedziałek nshima z jajecznicą, wtorek nshima z kurczakiem/rybą, środa ryż z fasolką). Niektóre dzieci nie wykupują szkolnego lunchu i przynoszą sobie jedzenie we własnych plastikowych pudełkach, które nazwalibysmy chyba ełropejsko lunchboxami.

W pierwszej, krótszej przerwie natomiast w sprzedaży na dziedzińcu szkolnym pojawiają się frittasy, czyli takie smażone buły a la pączki, tylko bez nadzienia i lepsze:) I dzieci je kupują za 50 ngwee. (jedne z nich przygotowuje Joyce, żona Johna:))

Po szkole niektóre dzieci, te przygotowujące się do końcowych testów, zostają jeszcze na dodatkowe zajęcia aż do 18. U nas też wysyła się przecież dzieci na dodatkowe zajęcia i wracają późno.

Szkoda, że tam mają tak mały wybór. A każde mogłoby przecież osiągnąć coś czy spełniać się w tylu różnych dziedzinach, jeśliny tylko dostały taką możliwość..

Pisałam już chyba w którymś wpisie o braku ocen, nie wiem, jak to tam funkcjonuje, nie udało mi się dowiedzieć. Na pewno dzieci dostają opisowe „good”, czy „v.good” do zeszytów.

Niektóre angażują się bardziej, inne mniej, tak jak u nas. Niektóre szybciej łapią, inne wolniej. Normalka. Jednak sporo mi zajęło wyczucie poziomu grup i dostosowanie dla nich zajęć. Spodziewałam się na początku, że z różnymi zadaniami będzie im szło szybciej.

Najtrudniejszy był fakt, że w jednej klasie były dzieci, które super sobie radziły, a także takie, które nie czytały, albo nawet nie rozumiały po angielsku. Ale nie miałam doświadczenia uczenia całej klasy dzieci w polskiej szkole, więc ciężko mi tak naprawdę jedno do drugiego odnieść. Może u nas też się zdarzają takie sytuacje?

***

Cóż, pozostaje refleksja na temat, edukacji, jej wagi, jej konieczności, jej jakości w różnych szkołach, krajach, tego, jak ona przekłada się na wiedzę i umiejętności ludzi, którzy po ukończeniu jej w końcu stają się dorosłymi obywatelami.

Lepiej posłać dziecko do szkoły, w ktorej może niewiele się nauczy, czy lepiej nauczyć je prac domowych i zarabiania na ulicy sprzedając owoce albo węgiel?

Lepiej wydać więcej pieniędzy i zapewnić lepsze wykształcenie dziecku, czy nie zabiegać o to, skoro samemu żyje się wiejskim życiem blisko natury?

Czy lepsza jakakolwiek edukacja niż żadna?

Czy lepsze spokojne, pewne życie zgodne z porami dnia i roku, opierające się tylko na rodzinie i relacjach, a nie na jakichś dodatkowych dążeniach i ambicjach?

Ja osobiście zrozumiałam, że nie można oceniać, co jest lepsze. Można tylko starać się zrozumieć każdy świat i dzielić się swoim, by każdy mógł sam wybrać, czego chce – wiedząc, co może. Można tylko dawać siebie tam, gdzie jest się potrzebnym, tam gdzie naszej pomocy chcą. Można się dzielić sobą, a potem wracać do własnego świata na drugim końcu prawie tego samego południka tej samej Ziemi.

_MG_6706.JPG

Grade 6&7 na zajęciach ze mną:)

Post o(d) zbytku

Teraz pojawi się kilka moich porcji przemyśleń, już bez daty, powyjazdowych. I tak je będę spisywać, żeby sama nie zapomnieć, więc może cześć, tych nadających się, zamieszczę tu.

Pierwsze, co mnie uderzyło po wyjechaniu z Zambii (już na jednym z lotnisk po drodze) to ilość wołających do mnie bodźców. Naprawdę. Byłam przerażona. Nadal jestem. Ile kolorowych obrazków, „atrakcji”, tłoku woła z wszystkich stron. A nie da się, zwłaszcza czuję to teraz w stanie kompletnego detoksu od takowych, wszystkich tych bodźców przyjąć, przetworzyć w głowie. Nie ma szans. I pojawia się takie… przerażenie. Co się dzieje? Co cały świat ode mnie chce?

Jeśli się podda tym nawoływniom, nawet kilku, to te kolory, głosy nas zaczynają kusić. Przedmioty są ładne, chcemy. Mają piękne opakowania, chcemy. Kuszą zawartością czy funkcją, które mogą nam przynieść jakieś jeszcze dodatkowe profity. Zaczynamy pragnąć. Lub pożądać.

Muszę posłużyć się tu cytatem z artykułu miesięcznika „W drodze”, który właśnie przeczytałam, a który mnie zainspirował do pociągnięcia tego tematu; tym, że tak mi wyjaśnił te moje zupełnie nowe odczucia (choć w sumie może  niezupełnie nowe; czy nie to samo się czuje bardzo często jak zacznie się zagłębiać w przestworza internetu albo usłyszy na raz za dużo ważnych i ciekawych dla nas informacji?)

„Rzadko chyba myślimy o tym, że pożądamy bardziej, gdy już nie musimy się martwić o przeżycie. Konsumpcjonizm bierze się stąd, że, w odróżnieniu od zwierząt, żywimy pragnienia, których spełnienie, w przeciwieństwie do instynktu, nie jest zorientowane na konkretny przedmiot. Sami musimy go znaleźć i wybrać. (…) Zdaniem Girarda, „kiedy ludzie zaspokoją swoje naturalne potrzeby, zaczynają intensywnie pożądać, tyle że nie wiedzą dokładnie, czego pragną, ponieważ nie kieruje nimi instynkt. Nie mają własnego pożądania.”

W drodze, luty 2017, Oczy by jadły, D. Piórkowski 

Znacie to uczucie zagubienia we własnych pragnieniach?

***

W Lindzie ludzie zajmują się głównie zaspokajaniem podstawowych – naturalnych – potrzeb. Aby żyć trzeba zarobić na jedzenie, dom (mężczyźni często gdzieś do pracy, kobiety np. sprzedają jedzenie, węgiel, środki czystości przy drogach, niektóre w sklepach); trzeba jeść – więc i zrobić posiłki, zjeść, umyć garnki; trzeba zaspokoić potrzeby fizjologiczne, higieniczne – uprać brudne ubrania (ręcznie), umyć się (wcześniej do wszystkich tych czynności związanych z wodą trzeba przynieść sobie wodę ze studni); potrzeby społeczne: dzieci – pobawić się z kolegami, pobrudzić, pocieszyć; dorośli: pogadać ze znajomymi, bliskimi, odwiedzić kogoś. Intelektualne – niektóre dzieci do szkoły, niektórzy, ale bardzo nieliczni, dorośli też się doksztalcają.

Odpocząć na koniec dnia, iść spać.

To wszystko zajmuje naprawdę cały dzień. Codziennie. Wypełnia. Ciężko uwierzyć. A jednak.

Więc i nie tworzą sobie zbyt wielu sztucznych, nienaturalnych dodatkowych potrzeb – co robimy z namaszczeniem my, developed countries inhabitants. 

Bo czynności naturalne sobie przyspieszylismy. Mycie – zmywarka, pranie – pralka, zarabianie – zupełnie inaczej (i byle więcej, byle być bogatszym, lub ‚bo jesteśmy odpowiedzialni’ za coś, co tam że to już kilkanaście godzin pracy na dzień i już sił brakuje…), sprzedaż raczej masowa, nie indywidualna, a kobiety też chodzą do pracy.

Tam się w dodatku z niczym nie spieszą, więc wszystko schodzi jeszcze dłużej (jak robiłam frittasy Joyce powiedziała mi, że lepię je bardzo szybko, zdziwiłam się, to ona miała w tym 100 razy lepszą wprawę! Jednak ja odruchowo chciałam być jak najbardziej efektywna).

Tak im mijają dni. Oglądania telewizji (cześć osób ma) nie traktują jako straty czasu, a rozrywkę. Katolicy niedziela Msza, zielonoświątkowcy kilka razy w tygodniu – modlitwy, długie śpiewy, w niedzielę dwa razy modlitwy w ich kościołach; w tygodniu kilka razy pogrzeby…

I żyje się tam, cholibka, szczęśliwie. Spokojnie. Dobrze. Przyjemnie. Prosto. Bez skrępowania. Zgodnie ze sobą. Obserwując życie i śmierć. Żyjąc dniem dzisiejszym.

Owszem, jak brak pieniędzy np. na jedzenie, albo na jakiekolwiek buty, to robi się ciężko. Bardzo ciężko. Ale ja tego nie doświadczyłam osobiscie, więc nie mogę zbyt wiele o tym powiedzieć. Co pewne – raczej nikt się nie przejada, nikt się nie obkupuje bibelotami. Robert miałam wrażenie nigdy nie chodził syty. Jedyne jego buty to zwykle klapki.

Ale nie mówią o tym wiele.

Owszem, widzą i wiedzą, że można mieć więcej. Starsza kobieta zaczepiła mnie raz, żebym dała jej moją chitengę… Dzieci nie raz prosiły mnie, żebym dała im coś mojego, kolczyki, wisiorek, czy długopis kolorowy… Czasem zaczepil nas ktoś, np. powolujacy się na chorobę swoją lub dziecka i żebrał o pieniądze…

Większość ludzi ma mało, ale wystarczająco, żeby (biednie) przeżyć.

Ludzie dzielą się ze sobą jedzeniem, tym, co sami mają. Jedzą mniej, ale się dzielą.

Nikt nie narzeka na biedę. Każdy cieszy się że swojego kawałka dachu nad głową.

Jak to wszystko się ma do naszych pobudzonych pragnień i postaw życiowych?

***

I nie, nie chce tu, żeby ktokolwiek doszedł do wniosku, że pragnienia w ogóle są z natury złe. Jest bardzo wiele dobrych. Ale na pewno zły jest ich nadmiar i „zakręcenie sie” wokół nich – zamiast wokół esencji życia.
***

W porównaniu do mieszkańców Lindy (czy większości mieszkańców Zambii, chyba mogę to uogólnić) my mamy dużo. Każdy z nas, którzy to czytamy. Nawet ci, co narzekają (lub po prostu stwierdzają), że żyją „do pierwszego”.

Pojawiają się nam te dodatkowe potrzeby. Które sami sobie tworzymy. Albo tworzy nam świat, w którym żyjemy.

Czy da się rozdzielić swoje życie od swojego świata?

… Na tyłu poziomach można na to spojrzeć…

Jedno jest pewne – naturalnie jest nam potrzebne bardzo niewiele, żeby przeżyć – ale, co może dziwić, także, żeby żyć szczęśliwie 🙂 Warto się tym kierować, a może zacząć coś robić, by tego doświadczyć. Może zwłaszcza, że mamy Wielki Post, podczas którego naturalnie, rok w rok, namawiani jesteśmy, żebysmy właśnie spróbowali mieć mniej, byśmy się nauczyli, że to mniej jest dobre, że wystarcza. Żebyśmy pościli. A zyskany czas i przestrzeń przeznaczyli na… obcowanie z Bogiem. I czynienie dobra. 🙂 Bo On wyprowadza wszelkie dobro, jeśli tylko będziemy my działać i damy Jemu działać.

Kończąc – ja posunęłabym się w moim aktualnym stanie myśli o krok dalej. By post od zbytku po zakończeniu Wielkiego Postu w pewnych sferach przedłużyć. Na całe życie. Krok po kroku.

Ja miałam 2 miesiące postu od zbytku. I mimo uniedogodnień czułam się naprawdę dobrze. Myślę, jak to przenieść na mój zwykły, codzienny świat. Może zrobię sobie najpierw jedną godzinę dziennie na internet, mimo że tu tak niezawodnie działa? (a może właśnie dlatego, że tu tak niezawodnie działa…). A może zredukuję liczbę ubrań.

A ty, nadmiar czego w swoim życiu mógłbyś poskromić do ilości wystarczających do szczęścia?

.:Okiem po żywej mapie i Turkish Airlines:. 

1 marca, 5:40 na moim telefonie

Ciemna noc. Obudziłam się tuż nad deltą Nilu… Zawsze myślałam (po mapach o małej skali), że ten lej, to owszem, żyzne tereny, ale pośród po prostu rozlewajacej się coraz szerzej wody tej najdłuższej rzeki świata. Tymczasem patrzę, a to jest jak mnóstwo wysepek złożonych z koralików światła, połączonych także świetlistymi liniami, dając kształt plastra miodu, na morzu – ale morzu zieleni… Przynajmniej tak to wyglądało w tej ciemności.

Czyli miasteczka porozswietlane lararniami i połączone drogami? Koniecznie muszę sprawdzić na nieszkolnej mapie, a takiej, co mi to wyjaśni. Google Earth chyba będzie idealna.

Zostawiłam w Afryce jedną z przywiezionych tam przeze mnie dużych rozkładanych map – mapę Afryki. Niecelowo, tak wyszło, została „przygarnieta”. Chciałam tylko pokazać dzieciom, a potem wziąć z powrotem, bo nie mam takich więcej, ale nie dogadałam dając ją i już została. Teraz myślę, że może to lepiej. Dzieci zobaczyły swój kontynent w takiej dużej wersji i będą mogły poznawać geografię choć na takiej papierowej, i tak tak niedoskonałej, jednak na początek chyba niezbędnej mapie. Może któreś będzie się cieszyć jak kiedyś, lecąc nad Afryką, zacznie rozpoznawać kształty, będzie umiało odnaleźć się na ekranowej mapce i pozna, co ma pod sobą.

Tymczasem nic już nie widać, bo jesteśmy od paru minut nad Morzem Śródziemnym. Za niedługo wkroczymy nad Turcję i będziemy już tuż tuż naszego przedostatniego celu tej podróży. O dziwo – chyba godzinę przed czasem, jeśli dobrze pokazuje ekranikowa mapka i jeśli nie pogubiłam się w godzinach i strefach czasowych (czego ani trochę nie wykluczam). Czekam aż zacznie świtać, to będę się jeszcze mogła pocieszyć moim miejscem przy oknie. Ale jak patrzę, to chyba może nie zdążyć zajasnieć, a już wylądujemy w niezasypanym już śniegiem Stambule.

6:20 na moim telefonie

O, już widzę światła brzegu azjatyckiego, wlatujemy nad Turcję.

6:45

Kapitan ogłasza, że zaraz lądujemy. I że do lądowania jest kolejka, więc trochę pokrążymy. Poza tym – mgliście, a w Stambule 6 stopni. Usłyszałam też coś na kształt „don’t panic”. Może zdąży zaświtać:)

7:00

Juz nad Morzem Marmara, po prawej Cieśnina Bosfor, nad którą położony jest po obu stronach Stambuł (nie widzę, bo siedzę z lewej strony samolotu). Oho, właśnie zobaczamy z naszego kierunku. Robimy chyba wspomniane nadrobienie trasy. Tymczasem na horyzoncie pierwsza jasność – niedługo wschód!

7:15

Lecimy w chmurach/mgle i nic a nic już nie widać. Ale zmierzamy już prosto na lotnisko, 3km. Lądowanie. Znów na ziemi:))

.
OSTATNIA PROSTA DO POLSKI I CZYM JESZCZE MOGĄ ZASKOCZYĆ TURKISH AIRLINES

Po paru godzinach spokojnego czekania na lotnisku w Stambule (zjedzeniu śniadania, pochodzeniu po sklepach, porozkoszowaniu się Turkish delights, (nieudanej) próbie pomocy starszej pani z Teheranu niemowiacej po angielsku w uruchomieniu wifi na jej iPhonie) w końcu zmierzamy do naszego gate’u. 702. Idziemy, idziemy, a tam kolejne  strzałki, że dalej, dalej. No na takich krańcach tego lotniska to jeszcze nie byłyśmy.

Ale w końcu lotnisko się kończy i jest nasza bramka. Ledwo żywe po caaaalej naszej podróży od wczoraj rozsiadamy się przy bramce.

Parę minut, a tu ogłoszenie: zmiana gate’u. Na 225.

Kochamy Turkish Airlines.

Na razie pojawiła się informacja, że lot opóźniony o 1o minut.

Nie, nie będę zdawać relacji, co się dalej będzie działo. Napiszę radośnie z Polski, jak już tam dotrzemy.

Nie przerywajcie trzymania kciuków, ej!! ;D

.:Bez przygód:. 

28 lutego, 17:50, gdzieś nad Kenią

Leci się wygodnie… Dobre jedzenie, a na ekranie dla każdego muzyka, filmy, seriale, podgląd trasy – do wyboru. Jestem na samym środku tego niemalże statku powietrznego ;D

Lecielismy nad Mozambikiem, Malawi, Tanzanią, teraz nad Kenią, niedługo Etiopia. Właśnie się ściemniło na zewnątrz, ale i tak nie mamy miejsc przy oknie, więc nie widziałysmy pieknie oświetlonej Afryki, jak żywej mapy, spod chmur.

Chciałam na początku odkryć jakiąś nową muzykę, ale nic mnie nie przekonywało w pełni. Dobra, słucham czegoś, co znam, a czego od 2 miesięcy nie miałam nawet szansy usłyszeć. Monika to samo. 

Zateskniłyśmy chyba trochę. Dziwne i nowe jest dla nas wszystko, co wcześniej było takie oczywiste, bo to znalysmy i miałyśmy na co dzień. Wygoda siedzenia, czystość, ciepła woda w kranie, dobre jedzenie, które ktoś nam poda, dotykowy ekranik, mapa 3d, muzyka, wybór… 

***

Stambuł, 1:55, ON TIME!!!

Jest pierwsza w nocy. Już się gubię, ile czasu gdzie jesteśmy, godziny co rusz się zmieniają. Lotniskowe wifi postanowiło obsługiwać tylko mojego wordpressa, stąd piszę, dodaję zdjęcia (sic!) i publikuję 🙂 

Oczy nam się kleją, ale przynajmniej mamy miejsce i półleżymy sobie na krzesłach. 

Generalnie nudy, nie będę się rozpisywać, żeby nie zabierać niczyjego cennego czasu. 🙂

No chyba że jeszcze dopowiem o moim zatęsknieniu w samolocie. Ogladnęłam sobie kilka zdjęć z Lindy i… nagle wydały mi się zupełnie inne niż gdy oglądałam je tam. Potem słuchałam muzyki i zaczęłam sobie znowu myśleć o poznanych dzieciach w Lindzie. I nagle wybuchłam tak ogromnym płaczem, że sama się jednocześnie z siebie śmiałam, że tak zareagowałam. Do mnie tęsknota zawsze dochodziła z opóźnieniem… Ach… Muszę tam wrócić.

Dziękuję Bogu za łaskę tego szczęścia przez cały ten czas… 

1:05

Spotkalysmy właśnie Ewę z Kasisi. Natknęłyśmy się na nią podczas naszej wizyty tam. Była wolontariuszką na luty, wraca dziś tą samą trasą, co my, do Warszawy. Ach, to mój tytuł „koniec przygód” jednak nie do końca adekwatny. 🙂 Ajajaj:) 

Do zobaczenia już za 15 godzin Polsko. 

..:Ostatnie chwile wśród naszych przyjaciół i way back home:…. 

Ostatni poniedziałek w Lindzie

Dziś dzień nasz. Mamy wolne, możemy robić, co chcemy, to co sobie wymyśliłyśmy właśnie na dziś. Ja rano postanawiam iść, jeszcze przed szkołą, do Joyce. Wyprawić z nią Bupera do szkoły, porobić zdjęcia. Potem ranny apel, ostatni z nami. 

Potem do Joyce, robić z nią frittasy. 

Po lunchu ma być nasza impreza pożegnalna. Godzinę przed dowiadujemy się, że to my mamy sobie na nią ozdobić szkołę. Nice:p:p Ale podejmujemy wyzwanie. Są już jakieś łańcuchy, chyba z pożegnania Moniki, która tu była w listopadzie. 

Pompuję balony, Monia wycina bibułę. Zawieszamy nitki, pomagają nam. 

Zaczyna się. 

Tańce, śpiewy, występy. 

Jest wspaniale. Najlepsza zabawa, akurat na koniec karnawału. 

Pożegnaniom nie było końca. Niektore dzieci płakały, niektóre były smutne. Ale niektóre udawały płacz, widziałam. Ja na szczescie miałam dobry humor. Cieszylam się za cały ten czas, ktory tu mogłam spędzić. 

Potem przyszedł Robert. Poczekał na nas, poszedł potem z nami kupić kurę, która obiecałyśmy Joyce. 

Nieślismy żywa kurę, dalysmy, Joyce. Wracamy i… pożegnanie z Robertem. Wtedy naprawdę zrobiło mi się smutno. Widząc jego twarz i zamglone oczy. On, jeden z kilkorga, był naprawdę smutny, że jadę. 

***

Z ostatniego porannego spaceru w Lindzie

    ostatni lutego, wtorek, 9:50, Linda

    Siedzimy zapakowane w samochodzie pod sklepem w żyrafę. Pan Banda właśnie odpalił silnik.  Rozejrzę się ostatni raz. Zjem frittasa od Joyce. Powdycham powietrza. Pocieszę się rudą drogą z dziurami. I kontrastującą z nią wszechobecną soczystą zielenią – głównie wystrzelonych wysoko tyczek kukurydzy, która lada dzień dojrzeje. Spojrzę ostatni raz na żyjących tu na co dzień, pozdrawiajacych nas zawsze ludzi. 

    10:05

    Nie wiemy, co się dzieje. Żeby zdążyć powinniśmy wyjechać o 9 (tak się umówiłyśmy), chciałyśmy jeszcze zrobić zakupy. No trudno, zakupów nie zrobimy. Pan Banda zatrzymuje się co chwilę i z kimś wita. 

    Teraz stoimy, jeszcze w Lindzie, John z panem Bandą wychodzą. Pytamy, dlaczrgo. Aaa, bo idą głosować. Jeden na drugiego.

    Hm. 

    Nie żeby nas to dziwiło po miesiącu jakoś specjalnie, ale martwimy się, że korki, cokolwiek, i samolot poleci sobie bez nas. Ja jeszcze się trzymam, ja jestem człowiek „na ostatnią chwilę”,wiec jestem przyzwyczajona. Ale Monika lubi być spokojna i być czy przygotować się wcześniej. Oby Bóg nad prowadził, jak cały czas prowadzi. 

    10:20

    Jedziemy. Nie kupimy dżemów na pamiątki, ale przynajmniej siebie przewieziemy w końcu po tych dwóch miesiącach. Może ta radość wystarczy naszym bliskim;)) 

    10:30

    Stanęliśmy na stacji zatankować. O! Lecimy coś kupić. Wydać nasze ostatnie, niepotrzebne już na nic innego kwache. Dobrych dżemów oczywiście brak, większość półek zajmują chipsy. Ale cośtam bierzemy. I już (mamy nadzieję) straight to the airport.


    Z POWROTEM DO EUROPY

    Za poradą stałego czytelnika (pozdrawiam! ;D) napiszę co nas czeka (planowo, bo co się stanie to tylko, co Bóg da;)).

    Mamy lecieć z Lusaki, z międzynarodowego lotniska im. Kennetha Kaundy, pierwszego prezydenta wolnej Zambii i najdłużej panującego. 

    Lecimy do Addis Abeby (Etiopia), ale samoloty do Etiopii lecą przez Zimbabwe (które notabene jest na południe od Zambii), więc tam mamy godzinny postój (postój samolotu, tak;)), ale się nie przesiadamy przynajmniej. 

    Potem czekamy i o 2 w nocy (czyli po 6h od przylotu, jak dobrze pojdzie) mamy samolot do naszego ukochanego Stambułu.

    Tam, na znanym już nam na wskroś lotnisku, spędzimy kolejne prawie 6 godzin (czemu same sobie nie wybrałyśmy biletów i jakiejś wygodniejszej trasy?? Hm…).

    Mamy odlecieć  o 13.20 lokalnego czasu, a wylądować w Warszawie o 13.55. Lokalnego:) Czyli po dwóch i pół godziny. 
    Jak widać, jest mnóstwo momentów, gdzie czynniki losowe mogą grać ogromną rolę w postępie naszej podróży. 

    Zatem – prosimy mocno o modlitwę, trzymanie kciuków i chuchanie tam w Polsce, żeby jak najszybciej zrobiło się ciepło i byśmy mogły się jakoś z powrotem u nas zaklimatyzować. 
    Jak widzicie, nie jestem smutna, że to już. Tak szczerze, to w ogóle nie dociera do mnie, że już za chwilę pożegnam się z Afryką. Jadę sobie, jak na miasto, lub na odebranie kogoś kolejnego z lotniska. Jakbym miała po paru godzinach wrócić, odpowiadać I’m fine, how are you? na te wszystkie pozdrowienia, przytulić dzieci i pobawić się z nimi, a wieczorem wziąć ten zimny, orzeźwiający prysznic, odwinąć moskitierę i zasnąć dającym siłę, przyjemnym przez lekki chłód nocy snem. 

    Może dopiero dotrze do mnie, że wróciłam, jak zawieje mi pluchą i swojskim wiatrem, jak usłyszę głosy tych, co ich znam, i zobaczę uśmiechy. 

    A może po prostu się cieszę wszystkim, co jest mi dawane, bez myślenia o jutrze ani o tym i było?  Hm… 🙂 Właśnie coś czuję w środku, że właśnie tak. Jestem wdzięczna za każdą chwilę, którą mogłam tu przeżyć. Wiem też, że to było nie na zawsze, więc i wracam w pokoju. Będę tęsknić, tak myślę. Za Joyce, za Robertem, za Johnem, Matthew, dzieciakami naszymi, spacerami, pogodą i niepogodą. Ale jak będzie, to dopiero się okaże. 

    Na razie jest 11:20. Stoimy znów na stacji, mamy jeszcze 20 km, na lotnisku powinnyśmy być za 5 minut.

    Może to wcale nie ostatni dzień w Afryce?

    ……………… 

    (niee, proszę… Panie, daj nam szczęśliwy powrót do domów…) 

    ***
    12:50

    W ostatniej chwili zdazylysmy na check-in i boarding. Zaraz ostatnia kontrola przed nami i do samolotu.

    Niestety przez ten pośpiech nie udało mi się wrzucić posta z lotniskowego wifi. A mój internet na telefonie cały poszedł, bo wieczorem zasnęłam nie wyłączając danych komórkowych. Ani nie pomyślałam, żeby dokupić zdrapkę za 1 kwacha na wszelki wypadek. 

    Smutno mi. Teraz. 

    Chyba mi tak smutno, bo obiecałam, że wstawię post o naszej drodze i nie udało mi się dotrzymać obietnicy, i ktoś się będzie czekał i się nie doczeka lub, co gorsza, będzie się martwić… 😦 Oraz bo go napisałam, włożyłam w to wysiłek, a tylko nie mogę puścić dalej z przyczyn zewnętrznych. 

    Ale Bóg dba o mnie. Muszę wierzyć, że ci, co się nie doczekali też to wiedzą i wierzą. 

    A ja co? Jak czegoś nie mogę zrobić, to przecież po co truć tym swoją głowę? Będę spokojna. Zaraz lecimy. Dreamlinerem Ethiopian Airways (z trzema rzędami miejsc po trzy siedzenia;D Jaki exclusive na koniec naszego dwumiesięcznego pobytu w przeinnej od wszystkiego, co znałyśmy wcześniej z Europy, Zambii…). 

    (post wrzucony dzięki cudowi jakiegoś mini powiewu wifi na lotnisku w Etiopii) 

    .:Główny warunek szczęścia:. 

    26 lutego, niedziela, 22:00

    Dziś ostatnia Msza w Lindzie. Piękna jak zawsze. Śpiewy tym razem a capella. I Ewangelia – nie troszczcie się zbytnio o to, co macie jeść, pić, w co się przyodziac. O dziwo, na podsumowanie wyjazdu…  Właśnie taką naukę, jedną z wielu, wynoszę z Zambii. Że się da właśnie nie troszczyć zbytnio, i że Bóg podziała, by mieć się w co przyodziać i co zjeść. I że nie trzeba zbyt wiele tych rzeczy, żeby spokojnie sobie funkcjonować na tym świecie.

    ***

    Wczoraj, w międzyczasie odbierania dziewczyn – dwóch nowych wolontariuszek z lotniska – pojechałyśmy do Kasisi!

    Dla tych, co nie wiedzą – Kasisi to miejsce, na obrzeżach Lusaki, gdzie Szymon Hołownia założył sierociniec dla dzieci. Pracują tam m.in. polskie siostry zakonne, które opiekują się około 200 dziećmi, dla których są wszystkim – po prostu jak mamy.

    Jest tam pięknie. Dzieci mają naprawdę dobre warunki, piekne łóżeczka, zabawki, opiekę, zorganizowany czas. Tak łatwo zapomnieć, że nie mają osób, których najbardziej tak naprawdę potrzebuje każde dziecko – rodziców.

    Trafilysmy akurat na porę drzemki okołopołudniowej, więc większość dzieci (te najmłodsze, najmniejsze) smacznie spała…

    Nigdy nie zapomnę, że tam byłam. Zwłaszcza, że miałam styczność z Fundacją Kasisi i Szymonem Hołownią już wcześniej w Polsce – nieświadoma nawet, że Kasisi znajduje się w Zambii. (po prostu wiedziałam, że „gdzieś w Afryce”)…

    Może tam wrócę kiedyś na dłużej?

    Mimo bardzo krótkiej wizyty, usłyszałam tam coś, co do mnie mocno trafiło i będzie we mnie tkwić długo, lub zawsze.

    „Żeby być szczęśliwym, trzeba być elastycznym”

    Jak bardzo jest to prawdziwe! Czuję to na sobie nawet dzisiaj. .

    Smutek, czy frustrację wywołuje odmienność rzeczywistości od oczekiwań.

    QUASI-SAFARI i płacz w deszczu

    Nie mialam ochoty nigdzie dziś jechać. Ładna pogoda, spokój niedzieli, marzyłam tylko o spacerze tam, gdzie ja chcę. Ale już ze 2 tygodnie temu John nam na dzisiaj zaplanował wyjazd do pobliskiego sierocińca dla słoni. No dobra. Wyobrazilam sobie malutkie słonie, które można dotknąć i przekonałam siebie, że będzie super, pojadę.

    Jedziemy, jest sierociniec! Ale okazuje się: 1. że za późno przyjechaliśmy (czekaliśmy na kolegę Johna aż przyjedzie samochodem ponad godzinę od czasu, kiedy byliśmy umówieni) 2. że trzeba było wcześniej zarezerwować wstęp…

    Jednak kawałek dalej podobno jest jakis las (busz) i można się udać na zorganizowane mini safari. No dobra.

    Jesteśmy. Jakas typowo turystyczna miejscówka, basen, no okej. Wstęp dużo więcej niż się spodziewalysmy, ale trudno. My z Moniką tak sceptycznie, bo już byłyśmy na prawdziwym prawdziwym safari.

    Ale – przywołuję myśl siostry z Kasisi. Być elastycznym. Postanawiam cieszyć się przejażdżką po lesie jako taką. Kiedy następny raz będę miała okazję przejechać się po afrykańskim lesie i porozkoszowac taką mocną zielenią?  Zwierząt na razie brak. Jakaś jedna nimpala, jakas nowa, szara, antylopa, orzeł.

    W końcu… Zebry! W środku lasu. Aaaach;D Dużo piękniejsze od tych z naszego safari. Wyglądają w tym lesie jak z bajki. Robię magiczne zdjęcie.

    Ach! Zebry uratowały ten trip.  🙂

    Zaraz za nimi, jak się dobrze przyjrzy, zza drzew widać ciało żyrafy. Jak ona tam się zmieściła, pod tymi gałęźmi drzew? Ubarwienie prawie całkiem ją skrywa pośród tej gestwiny.

    Jedziemy, nagle znaczyna kropić.

    Lać.

    Mamy dach, ale to otwarty samochód, taki typowo safari.

    Zaczyna się jazda;D Mkniemy po błocie, w środku buszu, leje, wygląda to nieziemsko;D Zimno się zrobiło, a my coraz bardziej mokrzy, ale we mnie wstąpiła tym większa radocha;D Pędzimy tak, że nawet jak byśmy chcieli wypatrzyć jeszcze jakieś zwierzę, to nie byłoby to możliwe. Mijamy nimpalę na drodze prawie, ale jedziemy;p

    Mi się chce tylko śmiać, i płakać z tego co się dzieje. Jeszcze twarz mokra od deszczu.

    Docieramy z powrotem. Z parasolkami nas prowadzą pod dach. Skróciło nam się safari co najmniej o połowę, myślimy, że może nam opuszczą cenę. Ale wmawiają nam, że byliśmy pełną godzinę… No trudno. Z niesmakiem odjezdzamy stamtąd, w ciepłym samochodzie z włączonym ogrzewaniem, przez strugi deszczu.

    Buduje się we mnie rozgoryczenje i jakieś bardzo negatywne uczucie w stosunku do kasującej nas pani. Zwłaszcza, że potem sprawdziłam na zdjęciu zrobionym przed i podczas safari godziny, i naprawdę byliśmy połowę. Co jednak mogę teraz zrobić? Coś najlepszego dla siebie, czyli skupić się na czymś innym, wybaczyć, zapomnieć. Niełatwe, ale proszę Boga o tą łaskę, w końcu się udaje.:)

    Być elastycznym.

     

    __

    Tu artykuł o elastyczności znaleziony parę dni później: http://pieknoumyslu.com/elastycznosc-8-cech/

    .:Ostatnie dni budzenia:. 

    24 lutego, piątek, 15:00

    Siedzimy w busiku (od jakichś 20 minut) (i jeszcze sobie posiedzimy..), bo akurat nie ma chętnych na przejazd (a rusza tylko, kiedy jest full). Tymczasem dziś minęła nasza ostatnia lekcja w Mujo’s. A trwają w ogóle ostatnie 4 pełne dni w Zambii. 

    Może pokrótce co z tego tygodnia. W środę zrobiło mi się częściowo wolne i przechadzalam się robiąc zdjęcia podczas lekcji w różnych klasach. (brakło prądu, a miałam mieć akurat 2 informatyki). W międzyczasie się okazało, że nie było to zwyczajowe, ostatnimi czasy bardzo rzadkie zresztą, zabrakniecie prądu, a po prostu wyłączyli, bo niezapłacone było. Więc zapłacił John, wpisaliśmy kod w urządzenie w naszym pokoju, prąd wrócił;) A ja na końcówce lekcji mogłam włączyć komputery. 

    Znają zwykłe listy (prowadzą korespondencję przez nas z dziećmi z Polski), to wcześniej spróbowałam im opowiedzieć coś o internecie i tym, że można sobie wysyłać listy elektroniczne przez komputer. I że można wyszukać w internecie, co tylko się chce. Jednak bez dostępu do internetu (nawet na telefonie akurat mi nie łączył) było to dość ciężkie. 

    Jednak wrócił prąd i moje próby poszły w zapomnienie, a dzieci włączyły sobie gry; ja nie miałam siły nad nimi zapanowywac na te parę minut. Tylko jednemu, który chciał, pokazałam jak się wyszukuje informacje w internecie (bo o dziwo internet jakoś postanowił nieco łączyć). 

    Potem były outdoor activities. 

    Czulam się tego dnia trochę jak pielęgniarka i ratownicza w jednym. Co wyszłam, to ktoś płakał. A to się skaleczył (a raczej ktoś mu coś zrobił) – to opatrywałam ranę. A to komuś guzik urwali od mundurka i płakał, że mama go zbije – to przyszyłam. A to ktoś płakał, bo się uderzył, to podmuchalam. 

    W końcu pod koniec zaczęłam z nimi grać w siatkówkę, lubią strasznie jak ich uczę odbicia dołem (i ja też lubię ;D). 

    Wieczorem poszlysmy do naszego śpiewającego sąsiada Davida. Powiedzieć, że wyjeżdżamy. I pierwszy raz doświadczyłam z tego powodu prawdziwego smutku. Bo zaczęłyśmy slyszec, że będą za nami tęsknić. Umówiliśmy się jeszcze na nagranie sobie wzajemnie piosenek w naszych językach, na pamietanie. 

    18:40

    Aaa, gdzie w ogóle byłyśmy tym busikiem – a w City of Hope. Odwiedzić wolontariuszkę Kasię z Polski, z którą spotkalysmy się na początku naszego pobytu tu i zobaczyć, jak tam jest. Spotkalysmy też akurat koordynatorki wolontariatu od Salezjanow, które przyjechały akurat na wakacje. Dużo dowiedziałysmy się o innym wolontariacie, bardziej katolickim, stawiającym też bardzo na oparcie w wierze i formację. 

    City of Hope jest naprawde pięknym miejscem. Mają bardzo dużą, porządna, nową szkole, piękny ośrodek, gdzie mieszka cześć uczennic i różne rodziny, oraz oczywiście wolontariusze. 

    Niektóre dzieci z Lindy tam chodzą (na przykład Rebeka, córka pana Bandy, którą poznałyśmy w tym tygodniu). Jak pomyślę o ich miejscu zamieszkania w porównaniu do warunków w szkole, to musi być to dla nich przeogromny zaszczyt, szczęście i taki impuls do dążenia do czegoś więcej, lepszego życia chodzić tam… Jak namiastka innego świata. 

    Ja bardzo się cieszę jednak, że miałyśmy ten ogromny zaszczyt uczyć w Mujo’s, w takich właśnie warunkach, poznając ten świat od wewnątrz. To wielki dar, że moglysmy tu być. 

    ***

    Dziś ostatni raz uczyłyśmy w Mujo’s. Dzieci oficjalnie uslyszaly na apelu, że w poniedziałek będą nas żegnać, i rozdzielone zostały do przygotowania wierszyki, taniec, piosenki. Dziś Ruth płakała mi w rękaw. A podczas deszczu siedziały w klasie przy ścianie, a Monika patrzyła na ich brak entuzjazmu. Wiele podchodzilo, mówiąc, że będą tęsknić. Niektóre pospiesznie dawały nam swoje listy miłosne, jakby miały nas już nigdy nie zobaczyć. 

    Ale jak nagle usłyszeli, że jutro przyjadą nowe wolontariuszki, to nagle humor im wrócił. Choć zażartowałyśmy wtedy, że ooooo, że nas zapomną tak szybko. Buntowali się, ale wiemy, jak będzie. 

    Ale spodziewałyśmy się tego. Zapomną. Może i lepiej. Prosiły jednak, żeby wysłać im nasze zdjęcie. Albo napisać list. Albo zostawić list. Cokolwiek po nas. 

    ***

    Prawie koniec naszego budzenia w Lindzie. I budzenia się. Niedługo też ostatni raz Monika obudzi mnie z rana. Albo obudzę się akurat ja sama, a ona tylko mnie jak co dzień z uśmiechem przywita na nowy dzień:)