. :Sztuka dawania:. 

21 lutego, wtorek, 21:30

Zaległe wpisy prawie skończone, to już mogę przejść do aktualności;) 

Zjadłam dziś ostatnie kawałki czekolady, ze świadomością, że już nie będę miała więcej co najmniej do najbliższych zakupów, czyli do soboty/niedzieli. 

Wciąż czuję potrzebę słodkiego. 

Wczoraj wieczorem miałam już zacząć pisać, najadłam się chlebem z awokado, ale potem jeszcze musiałam się dopchać chitumbuwą (wczoraj pani Margaret, u której odkąd była Marta kupujemy mango, ogórki i właśnie te smażone buły, mimo że prosiłysmy dwie, dała nam trzy, bo pamiętała, że jesteśmy 3 z Martą…). Niedobrze. 

W Polsce ostatnią colę kupiłam sobie może z 10 lat temu. Tu wypiłam już z kilkanaście (bo odkaża – podobno -, bo słodka i daje sił, bo… dobra). Czyli znów cukier. 

Ostatnio któregoś wieczora przed spaniem zjadłam mojego jedynego batona. Bo potrzebowałam (albo mi się wydawało). 

Chciałabym w tym miejscu postawić hipotezę, że z nadmiernymi cukrami żyje się gorzej. Bo lepiej jest tylko na chwilę. Potem zaczyna coś się w głowie mieszać, nie ma się sił tyle co normalnie, chce się jeszcze więcej słodkiego, ale w końcu i to nie zaspokaja. I już nie chcesz więcej. Ale coś byś chciał. A cukier nadal w tobie. 

No, takie odczucia. Muszę chyba zrobić mini detoks. Od czekolady, pepsi i batonów. Dobrze mi to zrobi;) (a przy okazji mojemu portfelowi, słodycze tu są drogie).

***

Było dziś ciężko. Ja już narzekałam przy byle okazji na brak sił i chęci do uczenia. Monika też lekko wysiada, ale znosi każdą przeciwność z właściwą sobie wytrwałością; to mi często brakowało sił, ona zawsze nie mogła się doczekać na lekcje z naszymi kochanymi dzieciakami. Dziś tylko rzucała żarty o tej bezsilności naszej. Na lekcje szła i mówiła, że da dzieciom coś do roboty, będzie siedzieć i patrzeć. 

Ja rano na lekcji miałam mały dół, już nie mogłam, że cały czas się kłócą, coś ginie, krzyczą. Siadlam sobie w klasie na podłodze (tak, mimo brudu czerwonego piachu) (tak, niestety nauczyciel nie ma biurka ani fotela) i tak siedziałam w moim smutku, którego nie miałam siły pokonać. Nie przejmowałam się, że dzieci widzą. Ale o dziwo się uciszyły. Zaczęły słuchać i pytać spokojnie jak czegoś chciały. Spróbowałam skończyć lekcję. 

Akurat dziś miałam też dla nich flamastry (jeszcze od Moniki, która tu była w listopadzie i robiła zbiórki w szkołach w Polsce) . Dawanie prezentów i postawa dzieci jest tu dla nas jednym z najtrudniejszych obszarów przemyśleń. 

Chodzi o to, że czujemy, że to nie jest dobre, że one cały czas czegoś oczekują. Że dostaną. Bo tak. Bo biały przyjechał, to ma i niech da. A daj mi swój telefon, fajny. A ładna spódnica, dasz mi, prawda? Fajny wisiorek, (na pewno) masz takich dużo, daj mi ten. I tak dalej. 

Kredki i flamastry przywiozłysmy specjalnie dla nich, ale właśnie zaczelysmy się zastanawiać, czy w ogóle w tej sytuacji to dobre, że coś im dajemy. Bo utwierdzamy je chyba w przekonaniu, że będą wciąż dostawać. „Bo są biedne?” Owszem, mają bardzo mało. Chodzą niektóre w podartych mundurkach (jak pytałam, to mówiły, że nie maja nici).  Brakuje im olowkow i długopisów do pisania na lekcji. Okładki na zeszyty maja zrobione z gazet. Jednak chodzą do prywatnej szkoły, za którą ich rodzice muszą płacić. Wiele dzieciaków na przerwach wcina chrupki i czitumbuły. Ostatnio widzialysmy w sklepie zestaw małych kredek za 3,5 kwacha. Wystarczy oszczędzić przez tydzień na kupowaniu chrupków raz dziennie.  

Z drugiej strony to tylko dzieci. Nie jest tak, że każde dziecko na świecie chce coś dostawać? Może to nasze patrzenie stało się okrutne? Trudno nam coś wymyślić mądrego. Nie wiemy już, czy wypaczyło nam się patrzenie, czy mamy trochę racji. 

Monia w ogóle miała dziś dzień olśnień i świetnych pomysłów. Dzieci czasem wołają, żeby im dać ołówek, bo nie mają („zgubiły”, „ktoś zabrał”, „pies zjadł”). A każde od nas miesiąc temu dostało. No dobra, nie wątpię, że niektórym naprawdę w końcu się kończy ołówek, czy wkład w długopisie. Mamy z Polski dla nich jeszcze ołówki, ale nie dajemy im, tylko pożyczamy. Bo inaczej niestworzone rzeczy się z nimi dzieją. A Monia dziś wymyslila, że nie będziemy im dawać, tylko sprzedawać. Zwykłe za pół kwacha, z gumką za 1 kwacha. Małe pieniądze. Do wyboru raz na jakiś czas, chrupki, czy ołówek (a może wcale nie będzie konieczne dla nich wybieranie?). 

Musimy zagadać do Johna, co o tym myśli i jak najszybciej to wprowadzić. Lada dzień jedziemy….

***

Pisałam dziś u Joyce. W końcu przyszła po mnie Monika że spaceru (ze swoją dzisiejszeją”eskortą”). Pokazała mi zdjęcia, jak było. A było cudnie:) Potem Joyce przyniosła pieczone słodkie ziemniaki do poczęstowania nas. I znów świeże orzechy z ziemi (już wiemy, że nie tak prosto, bo trzeba je ugotować, ale to nadal prawie jak prosto;D:) Obiecała nam wczoraj pokazać, jak rosną. Musimy koniecznie zobaczyć! ;D

W styczniu z prądem było kiepsko. W lutym – jak mamy już nasz wykres do zaznaczania – blackout bardzo oszczędza nas. Prąd jest prawie cały czas. Jakieś krociotkie braki. Dowiedziałysmy się, że to przez to, że są duże deszcze, dlatego jest go więcej (?). Ale dziś trochę sobie powariował. To wracał (ku uciesze zaskoczonych radośnie „ooooooo” chłopców w salonie u Joyce), to gasł (wraz ze smutnym „ooooo”;() :). 

Teraz, znowu jest. 

Tymczasem – spać… 

Reklamy

.:Bo jak nie opiszę, to przepadnie:. 

16 lutego, czwartek, rano chłodno, potem upał

Nie mialam przed zajęciami kompletnie sił. Nie chciało mi się nawet iść na nie. Ale – trzeba. Dzieci czekają. Przygotowałam sobie właściwie tylko angielski (który miałam po lunchu), on mnie trzymał przy nadziei na lepszy moment. 

Rano dwie informatyki, z klasą trzecią (to ci, co trzy razy dziennie pytają „Computers today us?”), potem z 9 (prezentacje o ich szkole, więc w miarę spokojnie). Oczywiście trochę problemów z łącznością, ale w końcu po podpinaniu wtyczki kabelkami do przedłużacza (przez szkolnego info-speca, a i najbardziej zaangażowanego nauczyciela Samsona) – działało. 


20 lutego, poniedziałek… 

Straszny poniedziałek. Nie pamietam, żeby tak mi się nie chciało iść na zajęcia z dziećmi (no, chyba że może parę poniedziałków temu). Nie pamiętam też, kiedy miałam tak dużą potrzebę jedzenia cukrów. Po prostu wciąż mam ochotę na coś słodkiego. Wcześniej tak nie miałam. Może to ma jakiś związek. 

19:50

Zalegam z wpisami (a tyle mam do opisania.. ); siedzi sobie u nas Robert i odrabia pracę domową, byłyśmy z Moniką odwiedzić rodzinę pana Bandy (poznałyśmy jego rodzinę, żonę (lub nieżonę, nie jesteśmy pewne), ich córkę Rebekę i syna Martina), teraz grają świerszcze (i jak zwykle muzyka w tle z wszech stron). 


21 lutego, wtorek, 17:30

Strasznie nie lubię pisać wstecz, ale jak się zaniedba, to cóż. Nadrabiam. Nie pójdę z Moniką na codzienny spacer, może i ominie mnie coś niezwykłego, ale czuję, że najbardziej potrzebuję opisać nieopisane. Bo przepadnie.

Jak już widać po tych urywkowych wpisach z przeciągu ostatnich dni, sporo zmian u nas. Zostalysmy we dwie z Moniką, znów pojawia się Robert, a ja cierpię na nadmiar cukru w organizmie. Ale po kolei. 

(przyszłam do Joyce, siadlam sobie na kanapie, dzieci już przestały mnie wołać z drzwi, obok siedzi Memory, bratanica Joyce, i przepisuje jakieś lekcje do zeszytu, umylam sobie chwilę wcześniej włosy i mi świeżo, nie huczy mi muzyka – mogę spokojnie pisać:)) 

***

Czwartek. DOWNs AND UPs i ROBERT IS BACK

W czwartek był drugi dzień po powrocie z Livingstone. Miałam straszną trudność, żeby iść z radością na zajęcia. Jednak po całym dniu wróciłam jakoś na tory dobrego funkcjonowania. Zmienił mi się nastrój znów na dobry, nie spodziewałam się, że tego dnia to będzie możliwe. Ale tak:) 

Nie mogłam jednak mieć całkiem takiego humoru jak wcześniej, bo od poprzedniego wieczora wiedziałam, że ma być nas od przyszłego tygodnia nie trzy, a dwie. 

W trakcie informatyki z gradem 9 zahaczam o pokój po brakującą myszkę – i widzę, że Marta leży na łóżku, a nie jest na swojej lekcji. Oczy ma zapłakane. Pytam, co się stało.

Przytulam ją, siedzę chwilę. Marta w Livingstone odwiedziła pobliską szkołę, gdzie również pracowali wolontariusze. Dostała propozycję, czy nie chciałaby na te pozostałe jej tu dni pracować tam. Zaczęła się zastanawiać. Przecież nie jest najważniejsze, gdzie pomaga, ale że pomaga. Tam było coś nowego. Spytała odpowiedzialnego za nasz projekt w Lindzie, czy widzi coś przeciwko. Dostała odpowiedź, że nie. Więc spytała Johna o zgodę, też bez sprzeciwu. Sprawy się jednak pokomplikowaly i jedzie już jutro, a nie za dwa, trzy dni.

Marta idzie jednak na kolejną lekcję, wciąż przecież jest tu. Po lekcjach idziemy sobie na nasz popołudniowy – już ostatni we trzy – spacer. Wahalam się, czy iść, ale zawsze lepiej iść niż zostać. I nie żałuję:) 

Ruszyłyśmy w stronę góry za kościołem (miała to być Mount Makal, okazało się, że źle zapamiętałam i że to Mount Makuli, a potem, że to nie ta góra w ogóle, tylko jakaś nastepna; ale nie szkodzi:)). Dołącza do nas stopniowo tradycyjnie już „ogonek” (uczniowie i inne dzieci). Po pewnym czasie, przy kościele, słyszę znajomy głos – a ukazuje się Robert:) Nie widziałam go odkąd się poznaliśmy. 

Pytam, czemu nie wpadł nigdy. Mówi, że był parę razy przy bramie, ale bał się wejść. 

To wypytuję, co u niego. Okazuje się, że od tygodnia chodzi do szkoły! Nawet nie wiecie, jak się ucieszyłam. Szkoła nazywa się „Joseph Santa” (o ile dobrze zrozumialam) i jest właśnie w kierunku tej góry. 

Cieszę się, że mogę z nim pogadać.:) Pytam o słowo „muzungu”, którym co dzień właściwie jesteśmy wołane, idąc drogami Lindy. Zastanawiamy się z dziewczynami od paru dni, czy ono jest w jakiś sposób dla nas obraźliwe. To pytam mojego kolegę:) Mówi, że wcale. Że oznacza tylko kogoś innego od nich samych. Chodzi tylko o kolor skóry. 
Robert zaczyna jednak zagłębiać się w temat czarni-biali. Ale nie do końca rozumiem, co mi tłumaczy. Coś o jakimś białym człowieku, który miał tu dawno temu sklep z czymś cennym i czarni nie mieli tam wstępu. Może jeszcze dopytam. Z rzeczy, które zrozumiałam, to np. że niektórzy nie chcą, żeby im robić zdjęcia, bo traktują białych jak zagrożenie. Albo niektórzy nawet jak czarownice. 

Robert gra w piłkę i w rugby. Mówi, że w sobotę ma mecz i zaprasza. Pewnie, że chcę iść;D Przyjdzie po mnie o 8.

Piatek. ZNOWU WE DWIE, TAŃCE HULANKI I ACH TA JOYCE! 

To lepszy dzień. Tylko jedna lekcja, a potem zabawy na placu. Na tej jedynej lekcji w dodatku dzieci były jakoś nadzwyczaj spokojne i usłuchane. Ach:) 

Wymyśliłam sobie wieczór wcześniej zrobić im krzyżówkę z kolorów. Stwierdziłam jednak, że nie chcę godziny poświęcać na czekanie aż dzieci przerysują kratki, więc narysuję im ja. Ale 20 kopii to przerosło i mnie. I zaplanowałam na rano wizytę w ksero. 

Znane nam ksero było zamknięte, jednak jak każdego dnia tu koniec języka za przewodnika, więc pytając jedna osobę, kolejna nam pokazuje miejsce (oczywiście najlepsze z wszystkich możliwych), kolejna załatwia, i w końcu doczekuję się na moje ksero:) Pan od ksera dopiero otwiera, zamknięte było na 3 spusty (dosłownie, 3 kłódki:), on sam o kulach, więc trochę zeszło. Ale w międzyczasie okazuje się, że jest on byłym nauczycielem francuskiego i konwersację prowadzimy po francusku. Znając jakiś rzadszy w otoczeniu, ale wspólny język można chyba najłatwiej zjednać sobie człowieka. Mam krzyżówki. 

Szkoła. Moja lekcja idzie w porządku. Zadziwiająco szybko dzieci radzą sobie i wyczerpują dużo przed czasem moje plany na te półtorej godziny. Ale jakoś daje rade. 

Ta jedyna poranna lekcja była jednocześnie ostatnią lekcją Marty w Mujo’s….  Pożegnała się z dziećmi, zrobiłam jej zdjęcia z uczniami… Była już spakowana, po wielu zawirowaniach udało jej się dograć podwozkę na autobus. Odprowadzamy ją, trochę smutno, z Moniką. Podjeżdża „taxi”, ostatnie zdjęcie, Marta opuszcza Lindę…  Nie wiemy, czy kiedyś się spotkamy. 

Ale nasz czas tu nadal się toczy. Teraz outdoor activities. 

Byly tańce z dziećmi, kazały mi owinąć biodra chitengą i tańczyć jak one;D Jakiś był wyjątkowo roztanczony dzień. Nawet nauczycielki też dołączyły;D 

W końcu wolne. Spacer. Monika bierze mnie na jedyny wyasfaltowany kawaleczek drogi w Lindzie (gdzie doszly kiedyś z Martą), przed domem wydaje się jakiegoś miejscowego bogacza. Mamy towarzyszów w postaci dwóch naszych uczniów, klasa 3, straaaasznie rozrabiali po drodze. Ale nie sposób się takich rzepów pozbyć. No nic:) 

Wieczór już, idziemy usiąść u Joyce. Dawno nie byłyśmy tak posiedzieć. Jest też Sharon, jej córka, przyjechała na weekend:)) 

Zasiedzialysmy się, a ona, czestuje nas kolacją. Nieee, mówimy, że idziemy, mamy w planie kromki z pomidorem. Nie, nie, zjedzcie chociaż trochę. To zostajemy:) I kosztujemy pyszne soya chunks, plasterki soi. Pycha:) Potem po trochu nshimy. No i wracamy najedzone. Ach ta Joyce<3 Mówi nam potem jeszcze, że chcialaby się uczyć. Najbardziej angielskiego i matematyki. I że może uda jej się, żeby w weekenddy teacher Mwale uczył ją w Mujo’s<333
Sobota. RUGBY, MARKET I ORZESZKI PROSTO Z ZIEMI 

Mamy w planach wizytę na dużym targu w mieście. Będzie jechała z nami Sharon. Ale najpierw rano – mecz rugby! ;D poczwórna radość, bo Robert, bo pierwszy raz zobaczę taki, bo to na boisku, bo zrobię zdjęcia (Robert mówił, że tam sami przyjaźnie nastawieni i że nikt nie będzie miał nic przeciwko pstrykom). Już sporo przed 8 jesteśmy z Moniką gotowe – a Roberta nie ma. 

Czekamy do 8, no nic. Tak to umawiać się z chłopakami:p Idziemy same. Może poszedł wcześniej? Znamy jedno boisko „we wsi”, może to to;) Jesteśmy, rugby-meczu brak. Parę osób gra w nogę. Chwilę siedzimy, ale zaczyna padać. Wracamy. 

Po 9 przychodzi…Robert. Mecz zaczyna się o 9.30. Aha;D Pytamy, czy coś jadł, mówi, że nie, jemy razem kromki z dżemem, przesuwamy wyprawę na targ z Sharon o godzinę, idziemy. 

Zdjęcia po powrocie. 🙂 Ogólnie było bardzo w porządku;D Ale na fotografa sportowego chyba brakuje mi szybkości. Ale zabawy miałam:) Robert mi mówił, gdzie mam sobie stanąć do dobrych ujęć. Prawie nie znałam zasad rugby:p Ale cośtam załapałam. 

Targ. 

Najpierw droga busikiem. Pełny, możemy ruszać. Po targu prowadzi nas Sharon. Szukamy chiteng, (wybór ogromny!), potem owoców i warzyw. Jednak zanim dochodzimy do właściwego targu z warzywami i owocami, już prawie wszystko mamy kupione;D Bo po drodze wszędzie rozłożeni sprzedawcy. Z żółciutkimi bananami, pachnacymi ananasami. Czy OGROMNYMI awokado. Którymi do tej pory nie mogę się nadziwić, że rosną takie duże i piękne (z 2-3 razy większe od tych, które docierają do naszych marketów). Po 5-7 kwachy. (2-3 zł). 

Na targu próbujemy robić zdjęcia, ale nie jest łatwo. I trochę się boimy kradzieży, jest sporo ludzi. Sharon mówi, że raz jej ukradli tu telefon i pieniądze z torebki. 

Ja chcę uchwycić caterpillars. Takie larwy, które tu jedzą, i które z Martą raz spróbowałysmy wcześniej na naszym targu w Lindzie, gotowe, usmażone (ciekawe uczucie swoją drogą jeść robaka;), ale po prostu chrupał, jak wszystko, co tu smażą głębokim oleju;D). 

Zdjęcie targu raz przyplacilam jakąś obelgą (w chinyanja, więc na szczęście nie zrozumiałam:p, ale i tak mi było nieprzyjemnie). Ale zmyłyśmy się szybko dalej;D

Targ częściowo jest położony jakby „na” torach. Działających. Po obu stronach. Po tych torach się idzie. Jak ma jechać pociąg, to już dużo wcześniej podobno tory wibrują i się schodzi;p

Mamy wszystko. Po jednej nowej chitendze (na poduszki;D), warzywa i owoce z listy. Nogi już bardzo zmęczone, wracamy. Dopiero druga. Lub po tutejszemu fourteen hours. 

Robimy jedzenie, potem „idziemy na zachód” 🙂 Spotykamy Roberta, robi zwierzątka i wyposażenie minidomku z gliny. Jak będziemy wracać, to będą gotowe, pokaże nam. 

Wracamy jak już ciemno. On nadal czekał, pyta, co tak długo nam zeszło;D Ale przynosi i pokazuje pięknego słonia i konia (z za krótkimi nogami) z gliny. 🙂

Idziemy zahaczyc o Joyce. Siedzą na „tarasie”, gotują coś. Siadamy z nimi pod niebem na chwilę. Przynosi nam nagle Joyce orzechy ziemne (które tu nazywają groundnuts). Świeże. Prosto z ziemi;D Są  wilgotne, pachną jakby świeżym bobem…  I są przepyszne;D

Znów załapujemy się na mini kolację z miłymi rozmowami. Dowiadujemy się od Sharon o mięsie z małpy…  Mówi, że rzadko je jedzą, bo to „dziczyzna” i też polować bez pozwolenia nie wolno, ale że to najlepsze jakie miała okazję jeść.
Niedziela. KURA W WORKU, CISZA i BUFFALO MEAT

Jak to w niedzielę, pierwszy punkt dnia – Msza Święta. 7 rano. Piękna, radosna, jak co tydzień:) 

Z ciekawostek, dziś dary były chyba najciekawsze odkąd jesteśmy. Butelki wody, środki czystości, ryzy papieru, miotły… i kura w worku;D No dobra, nie w worku, a w reklamówce:p Ze zrobioną dziurą na głowę. I tak zaniesioną księdzu po ołtarz;D

Wracając z kościoła jakąś pani pyta mnie, czy jej dam moja chitengę. Najpierw w chinyanja, więc nie rozumiem, ale Misheck, który po kościele się do nas przyczepił, tłumaczy nam, co ona chce. Odpuszcza dopiero jak jej mówię, że mam tylko ją na sobie i nie mogę jej dać:p

Lusaka National Muzeum. 

Tak, jest takie:) 

Postanowiłyśmy zobaczyć póki tu jesteśmy, co się da. Wymyslalysmy plany na weekend i trip advisor nam podpowiedzial, że jest w Lusace jakieś muzeum. Opinie całkiem w porządku, to jedziemy:) Czekała nas więc najpierw podróż busikiem.

Zanim dotarłysmy na dworzec już na drodze ktoś nas złapał mówiąc, że tedy będzie za chwilę jechał ten nasz bus, żeby poczekać. Rzeczywiście, udało nam się:) Wsiadamy, a tam jedna z nauczycielek od nas ze szkoły, Majuri, z synkiem na kolanach;) Ale jechała finalnie w inne miejsce. 

Podróż była w porządku, poza tym, że busik akurat był bardzo niski i musiałam mieć nieco schylona głowę, żeby przy podskokach nie uderzyć się;} 

Wysiadamy. Mamy trasę na maps.me, Monika też mniej więcej pamięta z wczoraj, bo to niedaleko targu. Oczywiście po drodze how are you (czasami się zdarzyło, że bezinteresowne), czy nie chcemy gdzieś jechać, do Livingstone itd. Ktoś nam podpowiada trasę do muzeum. Ale same w końcu trafiamy. 

Wchodzimy na teren kompleksu budynków rządowych (tam właśnie jest muzeum). No, czujemy się jak nie w Lusace;D Albo właśnie dopiero wtedy jak w stolicy kraju. Eleganckie, duże budynki, czysto. Co prawda musiał się pojawić na parkingu jakiś busik z napisem, że to Ministry of something. Ale nic. Jest w ogóle piękny dzień. Chmury są tak niesamowite, no bajkowe niebo. Wszystko ma przez to więcej uroku. 

Docieramy do muzeum. Wchodzimy i napotykamy… ciszę.

Ale nie taką zwykłą. Taką jak makiem zasiał. Żadnych krzyków dzieci, żadnej niechcianej muzyki, hałasów. Już zapomnialysmy, co to spokój. Spora przestrzeń i pustki. Nikogo w nim nie ma. Tylko pan sprzedający bilety, który tylko nam mówi, że są 2 piętra i żeby zacząć sobie od pierwszego od lewej strony, a bilety sprzeda nam później, bo akurat ma brudne ręce, bo coś robił i nie ma jak:) Dobra;) Ze szczerą rozkoszą zagłębiamy się w to, co mają nam do pokazania (jeszcze nie wiemy, co, ale cokolwiek by to nie było). W tej ciszy to można przebywać…  

Historia człowieka, czaszki ludzkie sprzed 2 milionów lat (od Australopiteka), charakterystyka afrykańskich wiosek, sposobu życia, historia Zambii, języków, kolonializmu, itd… 

Dużo się dowiedziałysmy. Może muzeum nie było jakieś najbardziej zaawansowane technicznie, ani wybitne wizualnie, ale spędziłyśmy miło że dwie godziny. (nic to, że w połowie przyszla jakąś wycieczka szkolna i zaczęli coś śpiewać… ciszę mimo tego czulysmy o dziwi nadal:)) 

Na koniec zostawilysmy sobie obrazy i pamiątki. 

Obrazy nieszczególne, owszem, ładne, kolorowe, lokalne, ale wiele jakby dzieci je malowały. Tylko kilka przykuło moją uwagę.  Ale może nie potrafiłam docenić. Monice się podobało. 

Zakupy w tym sklepie były najprzyjemniejsze z wszystkich tutaj. Nikt nie nagabywał, nikt nie przekonywał, nie kazał mówić ceny, nie trzeba też było się o nie pytać, bo były przyklejone (i w dodatku były normalne, racjonalne, nie jak czasem na straganach czy ulicy rzucali…). Znalazłam po poltoramiesiecznych poszukiwaniach po raz pierwszy pocztówki (;)), wybralysmy jeszcze po czyms z Moniką i zadowolone opuscilysmy tą oazę. 

Wracamy. Przystanek powrotny jest w innym miejscu nic przyjezdny. Więc musimy poszukać. Znajduje się jednak zaraz ktoś, kto chce nam pomóc. Dziwily się, bo idzie z nami, jakby chciał do samego końca nas posprowadzić. No dobra. Jest miły, nienahalny. Widzimy, że prowadzi nas dobrze. Opowiada, mówi żebyśmy się nie dziwily, że nas ludzie pozdrawiają cały czas, że niektórzy pierwszy raz w życiu widzą białego człowieka… 

Na koniec jednak mówi, że chce tip. No, tak myślałysmy. Ale dużo nam pomógł. Wrzucamy mu coś, idziemy. 

Jedziemy po drodze jeszcze do Cosmopolitan Mall. Coś kupić i zjeść. I wypić zasłużoną spokojną kawę. 🙂 

Wracamy tuż podczas zachodu. Przez te chmury dzisiejsze jest nieziemski, a możemy go widzieć tylko z busa, bo trochę się zasiesdzialysmy. 

No nic:)

Wieczorem odwiedza nas Robert:) Pytamy o jego słonia, mówi, że mała córka jego siostry zniszczyła mu wszystko. Co poza tym u niego? A bił się z kolegą, a rano był w kościele, potem znowu. Próbuję mu coś fajnego pokazać, pieczątki. Podpisuję mu prostsze rzeczy. Ale okazuje się, że nawet nie zna wszystkich liter, co tu mówić o czytaniu…  Piszę i mówię mu alfabet, i że jak się nauczy, to dam mu ołówek, o który pytał, czy moze dostać. Mówi, że poprosi siostrę, żeby go nauczyła. Umowa stoi:) 

Już późno. Zamykamy się, przychodzi zaraz Sharon:) Jutro rano jedzie do siebie, ostatni raz się możemy zobaczyć i pożegnać… 

Przynosi nam dziś do spróbowania Buffalo meat ;D Nie wiemy, skąd;D Ale fakt faktem, spróbowałysmy mięsa bawoła. Na początku smakowało dobrze, jak wołowina, potem jakoś bardziej dziko. Smak taki średni. Ale jak mięso, no:p

Sharon opowiada nam jeszcze o domu, który sobie buduje. Jak to? Dziwię się. Skąd masz projekt, teren? Projekt? Sama sobie wymyśliłam. Miejsce? Po prostu kupiłam ziemię i już. Koło takiego strumyka. Sharon ma już prawie fundamenty, a także problemy z robotnikami. A bo jej nie przychodzą pracować, a bo jej „znikają” worki z cementem. I musi wszystkiego pilnować. Mówi, że niedrogo wychodzi taka budowa. Pustaki są tanie, kilka worków cementu i już. Okej. 

Żadnefo pozwolenia na budowę mieć nie trzeba, projektu też nie. 

Sharon chce wynająć ten domek, a kiedy jak już będzie miała rodzinę, zamieszkać tam sama. 

Tyle na niedzielę.:)

Ostatni nasz pełny tydzień w Lindzie już  trwa… 

Ziemia

Robię czasami zdjęcia tego, co mam pod nogami. Dlaczego? Zastanowiłam się. Ale w zasadzie nie musiałam, bo to ostatnio poczułam.

Pojdzcie sobie gdzieś, gdzie nie ma betonu. Stańcie na czarnej ziemi. Może być na trawie, gdziekolwiek tak naprawdę, ale ja najbardziej czuję to na ziemi. Tu akurat jest czerwona.

Spójrzcie pod nogi. Wpatrzcie się w połączenie waszych stóp i gruntu. Poczujcie, gdzie stoicie. I wtedy – przelećcie w głowie po tej ziemi gdzieś bardzo daleko. Po zaokrąglonej płaszczyźnie naszej planety.

Ja przelatuję sobie ostatnio a z Lindy do Polski. I czuję, bardziej niż kiedykolwiek, że to ta sama Ziemia. Ta sama ziemia. Mimo że tak daleko i tak bez świadomości tego żyje się na co dzień.

I tu jest prawdziwe życie, i tam. I przecież w każdym miejscu na tej naszej planecie. A to, co akurat widzisz, określone jest przez to, gdzie akurat stoją twoje stopy. One dają ci grunt. Podnosisz oczy, widzisz twój aktualny świat. I kontekst. A świat toczy się równocześnie w miliardach innych miejsc. Siedmiu miliardach.

Przenoś się, choćby w myślach, patrząc na ziemię, do innych miejsc, w których już byłeś. Albo nowych, jeśli potrafisz. Zobaczysz więcej.

_mg_4505
Na jakim gruncie wylądują jutro stopy Twojego świata?

.: Back in Linda and Career Day:. 

14 lutego, 16:10

Wracamy. Jedziemy już 6 godzin autobusem, jeszcze, jak mówią z właściwą sobie precyzją, między godziną a dwiema.

 Podsumowując nasze „wakacje” – było gorąco, ale też orzeźwiająco, były komary, ale nie więcej niż w Lindzie. Ubrania szybko schły po wypraniu, był cały czas prąd (nie wiemy jak w Lindzie, więc nasz wykres będzie miał dziurę;(), było trochę po zwykłemu, trochę po luksusowemu; było naprawdę odświeżająco. (A, no i Kevin okazał się Kelvinem:p Wysłał nam swoje imię i nazwisko, żeby go znaleźć na facebooku, to nam podeśle swoją muzykę.)

Jutro od 8 znów uczymy. 

Trzeba ogarnąć masy zdjęć, zgrać, co trzeba, i zatopić się z powrotem w ostatnie dwa tygodnie działania w Mujo’s Sky Limit. 

***

Do Lindy podrzucił nas ksiądz (z Kanady, jest w Afryce od lat 80., a do siebie wraca za 2 miesiace…), któremu wiozlysmy coś od siostry Klary z Livingstone. Zaproponował podwózkę, to super, jedziemy. Jednak jak droga się już dluzyla, to wydawał się być bardzo zaskoczony i trochę przestraszony, że to tak daleko i mówił, że nigdy tu nie był. My jednak na szczęście już kojarzymy całą trasę, to trafiliśmy bez problemu. 

Po drodze pustki. Jednak wjeżdżamy do Lindy i nagle – tłumy ludzi. Nocne życie po prostu:p Tylko świateł brak. Jednak jesteśmy u siebie. Znane stragany, domki, rude dziurawe drogi. Jak super, że w końcu swojsko. Ostatnia prosta piechotą. 

Zapadła mi w pamięć jednak reakcja księdza – wow, you live really in the bush. 

15 lutego, środa, 10:50

Tutaj w Zambii też mają coś takiego jak Career Day. Czyli coś jak dzień kariery zawodowej. 

Rano Monika stęskniona za dziećmi wygląda na nasz plac i dziwi się, czemu nie mają mundurków? To jest bardzo przestrzegane tu, raz nawet dziewczyna która przyszła w innym ubraniu została wyrzucona z klasy. Tylko piątek jest dniem dowolnego ubioru, chyba coś na kształt casual Friday. 

Więc Monia poszła się zapytać Johna, o co chodzi. Okazało się właśnie, że jest Dzień Kariery i dzieci miały przyjść ubrane w strój, który odzwierciedla zawód, jaki chciałyby w przyszłości uprawiać. 🙂 

Tak niektórzy chodzą dziś na biało (lekarze), ktoś w garniaku (manager), Melody z 7 klasy przyszła w ładnej sukience i błyszczącej narzucie, chce być divą. Niektórzy mówią, że chcą być nauczycielami. 

***

Jako że środa, to dzień zabaw na świeżym powietrzu. Więc i musi być słońce;D 

Ja położyłam się w przerwie przed i…  zasnęłam. Więc mnie ominęły tańce i hulanki. Nie wiem jak ja mogłam spać z tymi krzykami za oknem (bez szyby). 

Obudziła mnie dopiero ulewa. Taka porządna. Hałas ogromny. Wyglądam, dzieci chowają się do klas, niektóre biegają po deszczu. Myślę – zakładam pelerynę, pod nią aparat i idę do nich. Monika gdzieś tam przemykała. 

Oczywiście radocha, że deszcz. (i z mojej białej peleryny). Ale co tam. Robię jakieś zdjecia. Niektóre klasy – podłoga zalana (czyli cała w rudej wodzie). Ktoś wymiata ta wodę miotłą. Patrzę – idzie teacher Male. I krzyczy „Go to class!” Dziwię się, dlaczego. Widzę też, że dzieci się chowają. Pytam je, czemu. Bo właśnie teacher Male nie pozwala się bawić na deszczu. I bije. Po chwili sama widzę, jak bije po rękach kijem, jak któreś wystawia na deszcz. „Don’t play with the rain! „. Nie możecie. Nie wiem, dlaczego. 

… 

Dziś bez puenty.

LIVINGSTONE part3 .:The best thing I did in my life:.

13 lutego, poniedziałek, 16:05

Ach! Niesamowite. Nieziemskie. Choć właśnie na ziemi. Zaczynam pełnią swojej duszy uważać, że niepodróżowanie w ciągu swojego życia jest jedną z większych strat. To po prostu nieracjonalne, żeby mając do dyspozycji tak cudowny świat, tak przewspaniałe miejsca, tak cieszące aktywności – nie korzystać z nich. 

Myślę od dziś, że dobry pomysł na życie jest taki: odkryć, w czym jest się dobrym, być sprytnym, zarabiać dużo pieniędzy (jestem pewna, że się da, Marta, którą tu poznałam, jest mi inspiracją i dowodem, że to możliwe), poza pracą też robić dużo dobrego dla innych (wcześniej znaleźć, co i dla kogo:)), znajdować sobie cele w świecie (i w życiu) i zasłużenie do nich regularnie podróżować (i dążyć). I poznawać. Ludzi. I oferty Ziemi. I przeżywać świat. 

Niby się wie, jak super jest gdzieś pojechać, też „wiedziałam”, nawet byłam w wielu miejscach – ale dopiero jak przeżyłam dzisiejszy rafting po Zambezi, to poczułam, że pragnienie podróżowania i przeżywania nie może się skończyć na myśleniu, że się by chciało.

Potrzeba może takiego silnego bodźca, jak ja dostalam dziś?

Mnie słuchanie o wrażeniach z podróży innych nigdy całkiem nie przekonało, choć oczywiście podtrzymywało obecne chyba w wielu ludziach pragnienie poznawania świata. Ani nie przekonały wspaniałe zapierające mi dech w piersiach zdjęcia. Ani emocjonujące filmy. Ale zawsze oczywiście „chciałam podróżować”. 

Ktoś też tak samo?

Oczywiscie, można mieć różne cele w życiu. Wielki dom, super samochód. Co kto lubi. Ja od dziś wiem, że tracilabym zbyt wiele, będąc całe życie w jednym miejscu. 


WHITE WATER RAFTING, czyli spływ po potężnej Zambezi 

Juz piszę, jak było tego cudownego dnia 🙂 Odebrali nas przed 8. Jechaliśmy otwartym samochodem, trochę jak na safari, tylko był wyższy i przed nami brak szyby, więc było wrażenie jakbyśmy nie mieli kierowcy:) Był po prostu pod. 

Po drodze zgarnialiśmy ekipę. W sumie z kilkanaście osób. Na naszą szóstkę spływowiczow (było z nami jeszcze dwóch Brytyjczyków i Szwed). Do transportu sprzętu, a też załogę całą na nasz spływ (kilku kajakarzy, dwójkę na drugi ponton). Wszyscy po to, by było bezpiecznie. 

Wsiadamy na ponton. Kapitan uczy nas równo wiosłować. Nie będzie łatwo. Ale już mi się podoba:) 

Tłumaczy, co się będzie działo, ruszamy. 

Po chwili każe każdemu wskoczyć do wody. Serio? Tak, serio! Chłopaki z radością przetoczyli się zgrabnym fikolkiem przez burtę. No to do wody;D 

Wyobraźcie sobie tą rzeskość w taki gorący dzień! 

Dobra, wracajcie na ponton. Musicie zanurzyć się pod wodę, wtedy kapok was lepiej wyprze i ktoś was wciągnie. Było ciężko na początku. Trzebaby z pół roku pakować na siłce, żeby samemu na rękach się tam podnieść. Ale zawsze ktoś pomaga, jest dobrze. 

Czekają nas tzw. rapids. Czyli różne prądy-a nasze wyzwania. Mam wrażenie, że ekipa ma każdy metr rzeki w małym palcu. Kapitan ostrzega, że może się zdarzyć, że wpadniemy. Ale żeby się trzymac. 

Jakąś większa fala – i Andreas nagle za burtą:) Nic się nie dzieje, wyciągamy go. Dalej, kolejna, i cała trójka z prawej burty ląduje w wodzie. Czyli Tom, Michelle i ja. 

Nie jest to jednak straszne, ale cudowne;D Wracamy do pontonu, wciągają nas. Wgramolamy się, płyniemy dalej. Ach;D

Następne rapids. Mają one swoje skale trudności, od 1 do 5. Zaraz Three Ugly Sisters, potem Matka – nr 4. Podobno może się zdarzyć, że cały ponton wywroci. 

Płyniemy, wioslujemy, one, two, one, two! Siostry idą gładko. Matka – i wszyscy za burtą! Chwile pod wodą, szukanie pontonu, łapanie się. Płyniemy z nurtem. Ale po chwili sytuacja opanowana. Wszyscy z powrotem na pokładzie. 

No, była chwila grozy. 

Dalej uspokojenie. Możemy sobie wskoczyć i popłynąć kawałek. Jak cudnie…. 

Prawa strona – to Zimbabwe, lewa – Zambia. W Zimbabwe akurat są wyższe skaly na brzegu. Kajakarzy pyta, czy chcę skoczyć. Ja jego, czy serio. No tak:) Mam mało sił, ale okej;D Chcę! Wdrapuję się na czarne bazalty, inni też, nawet wyżej. I skaczą ;D Ja na końcu. Ach! ❤

I dalej na ponton. 

Od razu powiem, że Zambezi jest bardzo głęboka. Baaardzo. W najgłębszym punkcie jaki mijalismy, dno było 100m pod nami. 100m. Więc nie było strachu, że płytko lub skaly. Skaly tylko przy brzegu, poza tym ekipa dobrze wiedziała i nam mówiła, gdzie i jak jest bezpiecznie.

Dalsze nurty. Dalsze spokojne wody z pływaniem. Druga wywrotka, na Terminatorze, nieco bardziej dramatyczna. Leżenie na pontonie lub na wodzie i rozkoszowanie się niebem, ogromnymi skałami z obu stron, drzewami, chmurami, słońcem – no krajobrazem jak z filmu. Krokodyl na brzegu (mały ;)). Ludzie robiący pranie na tle tych potężnych skał. Lodges jakichś bogaczy na szczycie wąwozu co jakiś czas. 

Ostatni punkt i koniec… Powrót na górę. Na szczęście nie w naszych klapkach. Wielką kolejką jak na wyciągach narciarskich. Jadącą baaaardzo powoli, pod kątem z 60 stopni. 

Ten spływ – najcudowniejsze przeżycie w moim życiu. 


SUNSET CRIUISE

Wracamy otwartym samochodem około 40 minut do bazy w Livingstone na lunch. Po drodze mijamy różne wioski,  schniemy (mamy suszarę z ciepłego powietrza uderzającego z wszystkich stron) i mamy znany już nam z safari wiatrowy afrykański masaż twarzy. Pojawiają się na nogach nieodczuwalne wcześniej spalenia od słońca (mimo ogromnych ilości wcieranych kremów wodoodpornych 50+). Boli, ale warto było. Dobrze, że na ręce wzięłam długi rękaw. 

Na lunchu dowiadujemy się, że reszta ekipy ma dziś „Sunset Cruise”. Postanawiamy z Martą dołączyć:) Oszczędziłyśmy na wizach, idziemy. Ostatni wieczór na relaks. Będzie na pewno pieknie. I już można wziąć aparat:) (ale ale, co jest super, to że będziemu mieć foty z raftingu! Oni wiedzieli, gdzie będziemy skakać, gdzie się wywalimy itd, i z brzegu są super ujęcia:)) 

17:30

Siedzę sobie właśnie na dużej, eleganckiej łódce. Razem z ok. 20 osobami, z Malawi, USA, z UK i Szwecji (tymi z raftingu), i wieloma jeszcze niezidentyfikowanymi.

 Łódka sunie powolutku przez spokojną, szeroką, jakże inną od tej z rana Zambezi z poniżej wodospadu. Slonce coraz niżej. Żadnego wysiłku, piękno wokół, mijamy na brzegu dzikie ptaki, a nawet przed chwilą hipopotamy, wystawiające tylko na chwilkę swoje uszy, oczy i pyski do nabrania powietrza. 

Każdy coś popija, coś przegryza, rozmowy pełne entuzjazmu, everyone’s enjoying the cruise, the capitan is happy about it:) 

Ja też się nim ogromnie cieszę. Choć chwilę, jak tą, poświęcam na pisanie. Ale ja enjoy it so much:)  Potrzebowałam relaksu i spokoju na to. A czyż nie przyjemniej robić coś, co się lubi, w pięknych okolicznościach przyrody? 🙂 

Ale ludzie też mnie ciekawią:) Więc wracam z telefonu do ludzi:) 

***

Rejs był bardzo przyjemny. Choć nie widzieliśmy zachodu, bo akurat były chmury nad horyzontem. Ale zachód za chmury chociaż;) 

Dowiedziałam się, że średnio co 5m pod nami jest duży krokodyl. Więc jak się wpadnie do wody, to albo doplyniesz ty, albo on. Lepiej płynąć pod wodą i nie robić hałasu; płynąc na powierzchni lub, co gorsza, telepocząc się, usłyszy cię od razu. No i koniec przygody. 

Na szczęście podczas rejsu nikt nie wpadł ani nie postanowił skoczyć:) Wpadła tylko czyjaś kamerka go-pro i przepadła wraz ze swoją wodoodpornością i materiałem w głębinach Zambezi na zawsze. 

Na koniec rejsu był tort, bo akurat jedna rejsowiczka miała urodziny:) 

Podsumowując, było super:) Ludzie ciekawi, dało się miło pogadać. Jednak jak patrzyłam z boku, to zaciekawili mnie inaczej niż zwykle. Patrzyłam tam na tych wszystkich beztrosko spędzających sobie wieczór trochę ze zdumieniem (choć wcześniej byłoby to dla mnie po prostu normalne), i robiłam zdjęcia. Bo miałam cały czas w oczach kontrast do życia w Lindzie. Tu luksusik, tam prosta codzienność, tu wszystko do syta, tam, na ile starczy. Tu mieszanka ludzi ze świata, tam wszystko z pokolenia na pokolenie, takie samo. Ci sami ludzie, to samo otoczenie. 

Jutro wracamy do naszej Lindy. 

LIVINGSTONE part2 .:Szczęście:. 

12 lutego, nd

Victoria Falls. 

Na tym w zasadzie mogłabym skończyć ten wpis o szczęściu. Naprawdę. Ale nieee, nie będę tak okrutna. Wiem, że co najmniej parę osób to czyta, a może nigdy tu nie będzie. Więc spróbuję was przenieść w nasz dzisiejszy, kolejny afrykański, dzień. 

🙂 

MSZA

Na 7 rano. Przecudny poranek z rosą i droga do kościoła po piachu. Szło się wolno, ale zdążyłyśmy.

Msza była bardzo podobna jak u nas w Lindzie, (też dwugodzinna), ale na przykład śpiew podoba mi się bardziej w naszym. Tam było bardziej „sztywno” z piesniami. Były wolniejsze, jakoś mniej z duszy śpiewane. Ale to można sobie tak porównywać wszędzie, a nie ma potrzeby:) 

Największym szoł było kazanie. Zaczęło się w miarę spokojnie, potem ksiądz też wyszedł zza ambony, jak u nas. Była akurat bardzo długa ewangelia (o Nowym Przymierzu, odniesieniu się Chrystusa do 10 przykazań), ksiądz odniósł się chyba do każdego z poruszonych tam zagadnień. Ale było coś, z czym się dotąd nie spotkałam – w pewnych momentach zachowywał się jak aktor. Lub stand-up. Dużo gestykulowal, chodził. No po prostu jakby robił szoł. Byłam trochę w szoku. 

Co więcej. Już któryś raz się z tym tu spotkałam, że ksiądz zadaje czasem pytania wiernym, takie, na które wszyscy jednogłośnie i równo odpowiadają np. ‚Yes!’. Ciekawe. Trochę jak w szkole na ‚Good morning’. 

Na koniec zdziwiłyśmy się, bo podczas ogłoszeń była formułka, że kto jest tu pierwszy raz ma wstać, to wstalysmy, przywitała nas oklaskami, po czym kazali po mszy iść wpisać się w księgę gości w zakrystii. 

A! Jeszcze podczas Komunii ksiądz najpierw nas pobłogosławił, a potem zapytał czy przyjmujemy ją. Po Mszy nas złapał i wyjaśnił, że to dlatego, że miałyśmy założone na piersi ręce, co tutaj czasem oznacza, że ktoś nie przyjmuje, tylko podszedł po błogosławieństwo. 


ZNAJDŹ SOBIE TAKSÓWKARZA

Nie wiedziałyśmy, kiedy się skończy, a poprzedniego dnia mijałyśmy sporo taksówek, więc postanowiłyśmy jakąś po prostu złapać. Udało się szybko, za dobrą cenę. Jedyne co chce powiedzieć, to że trzeba tu uważać, żeby nagabujący na przejazd naprawdę byli taksówkarzami (mieli swój błękitny lub beżowy z paskiem samochód z tabliczka ‚taxi’), bo zarobić chcą też różni inni ludzie. 

„TYLKO NA MOST” (gorąco, brak sił, wizy, Zimbabwe, pieczątki, zastanawianie się, bungee, małpy, naganiacze, wytrwali Monika, w końcu naprawde nad wodosoad) 

Dzień stawał się ciężki. To znaczy powietrze. Duszno, gorąco. Ale w planach Victoria Falls. Trochę zastanawiania się jak chcemy je zobaczyć (bo wiedziałyśmy, że najlepszy widok jest ze strony Zimbabwe, ale do tego trzeba było przekroczyć granicę, kupić wizę, wejściówkę z tamtej strony, oraz potem wizę powrotną do Zambii, bo nasza „double entry” po Botswanie wygasałaby tym sposobem – czyli sporo kosztów i zalatwień) – ale spoko. Jesteśmy raz w życiu przy jednym z cudów natury, idziemy. Pytamy o wejście tylko na zobaczenie wodospadu, sugerują nam wejście na most „ZimZam”, z taką karteczką z datą. Marta musi zostawić za to paszport. Okej. Idziemy. Jest i most. Po drodze pierwsze mokre „zraszacze” z góry, już dociera woda od wodospadu. 

W końcu most. I Victoria Falls… Piękne. Wielkie. Ale bez szału. Robimy jakieś zdjęcia, idziemy dalej przez most, zapytać o wejście po stronie Zimbabwe na sam wodospad. W połowie mostu mijamy tabliczkę welcome to Zimbabwe, idziemy spory kawałek jeszcze. Dalej immigration Office, nie dadzą nam wiz. Marcie, bo nie ma paszportu. Nam chyba by dali, ale nie miałyśmy w sumie wbitego opuszczenia Zambii. Ale też nie chcialysmy się rozdzielać. Wracamy na most. 

Po drodze nie wspomniałam o wielu nagabywaczach, niełatwo czasami sprawić, żeby cię zostawili w spokoju. Jeden z takich zasugerował, żebyśmy z powrotem poszły prawą stroną mostu, gdzie jest punkt skoku na bungee. Jesli nie chcemy, to przynajmniej zobaczymy jak inni skaczą. Okej. 

Po środku mostu jest droga, tory i droga. Przechodzimy po prostu, i wolno zbliżamy się do środka – umownej granicy między państwami oraz punktu skoku na bungee.

Marta od początku mówi, że chciałaby skoczyć, ale drogo.

Spedzilysmy w okolicach środka mostu baaaardzo dużo czasu. Przestałyśmy liczyć. Patrząc na wodospady, piękny kanion rzeki, no i skaczących ludzi. Nagle Marta mówi, że skacze. 

Akcja skok Marty;D Jedna ma robić jej filmik, druga zdjęcia. Marta dopina formalności, czeka na swoją kolej, skacze. I pełna radość! 😀

Była też opcja przejechania na linie nad rzeką, nad tym wahalam się ją. Ale jak już Marta skoczyła, co coraz bardziej czułam, że jak nie spróbuję, to będę żałować. I też poszłam;D Nie bylo zbyt wiele adrenaliny, ale widoki wspaniałe, jeszcze słońce mi zaswiecilo i jechałam tuż koło tęczy:D

Chcę podziękować w tym miejscu Monice, że tyle z nami wytrzymała tam, choć sama pewnie wolała iść już na same wodospady. ❤


PRAWDZIWY CUD (w końcu Zambian part of the falls……..) 

Miałyśmy tak naprawdę ogromne szczęście. Że jesteśmy tu w porze deszczowej i Zambezi ma ogromne szerokie koryto, że pogoda nam się trafiła wymarzona, że tyle nam zeszło z formalnościami i na moście. Dzięki temu ogladalysmy Victoria Falls, jeden z siedmiu cudów świata natury, w całej okazałości. Przy popołudniowym słońcu, z pojawiającymi się i znikajacymi tęczami, z potęgą wód. 

Było już chyba ok. 16 jak dotarłysmy do wejścia na właściwe wodospady. Kupiłyśmy bilety, idziemy. 

Nagle szok. Pierwszy prześwit Victoria Falls, z tak bliska! Zapytałam się siebie, czemu tyle tkwilysmy na tym moście, tak w oddali! 

Nie da się tego opisać. Potęga. Masy wód. Nie widać, gdzie spadają. Po prostu w przestrzeń na dole. Co chwila wodospadowe „ulewy” (woda wzbija się do góry, po czym opada w postaci takiego deszczu), co chwila tęcze. Są miejsca, że metr obok ciebie już nie pada, zrobisz krok, znowu jesteś pod ostrzałem wód;D

Patrzymy z podziwem, robimy też zdjęcia jak szalone:p Licząc po cichu na choć częściową wodoodporność naszych telefonów i aparatów. 

Peleryny od deszczu spisują się. Ale i tak mamy wilgotne włosy. To nic.:) jest bardzo cieplo. Niektórzy chodzą tylko w mokrych ubraniach lub tylko w strojach kąpielowych;D

Idziemy i idziemy, końca nie widać. Ogrom. 

W końcu docieramy do przełęczy, widzimy za przepaścią stronę Zimbabwe. Tam wygląda jakby ludzie nie mieli szans nic zobaczyć przez ogrom tej wody. (po stronie Zimbabwe jest główne koryto Zambezi, więc dlatego tam jest więcej wody, a też tam trzeba iść w porze suchej, żeby w ogóle wodospad zobaczyc). 

Chodzimy trochę jeszcze, zahaczamy o las deszczowy, oglądamy wąwóz, czytamy na tablicy geologicznej jak dawno to wszystko powstało… 

Widzimy ludzi jakby nad wodospadem. Pewnie, że chcemy zobaczyć jak to wygląda z góry! Idziemy tam. 

Wcześniej pokonujemy taki wąski most, wokół którego jest calutka, okrągła tęcza! Pada tam bardzo, ale stoję na nim i się zachwycam. Myślę też, czy zaryzykowac i wyjąć aparat, uchwycajac jakos spod peleryny te padające krople, które mnie tak urzekły. Na pewno zmianie. Ale da radę, myślę sobie. Dużo już przeszedł. Wyjmuję, robię… Stoję jeszcze chwilę na tym moście, patrząc w dół. Mialam mokrą twarz, ale też spłynęły mi po niej łzy ze szczęścia… 

ZASŁUŻONY  WIECZÓR 

Już prawie zachód, wracamy. Jakiś spokojny taksówkarz, dowodzi. Nas niedaleko nas, pod centrum handlowe. Znalazlysmy przyjemną kawiarenko-knajpkę, siadlysmy pod gołym niebem (czyli po zwykłemu na zewnątrz, lub na tzw. ogródku);)).  Pizza, cola, cappuccino. Bez jakiegokolwiek pośpiechu. Komary jakoś zwalczamy. Jak cudnie… 

Wracając trafilysmy na prawdziwą włoska lodziarnię i restaurację (sam właściciel, Włoch, nas zaprosił i opowiedział, jak co przyrządzają i skąd składniki i jakiej dobrej jakości). Wzięłyśmy z Martą po gałce jeszcze na wisienkę na torcie tego dnia – i były rzeczywiście przepyszne. 

Dochodzimy do nas. Po wejściu do domku widzę Monikę na kanapie w zebry. Pytam, czemu siedzi. Bo tu tak wygodnie ;D Dosiadlam się, po zasypaniu mojego aparatu na wszelki wypadek po tych całych mokrych przygodach specjalnie kupionym w tym celu ryżem. Usiadłam – i przepadłam… Wygodna kanapa. Nogi zmęczone całkowicie mówią mi, żebym została na dłużej. Przeglądamy z Monią jakieś zdjęcia, pamiątki. Dołącza Marta. 

Potem dziewczyny idą, bo już późno, a rano wstać (znów). 

Zostaję jeszcze chwilę i spełniam marzenie o położeniu nóg wyżej na tej kanapie i poleżeniu chwilę. Ach…. 

Wchodzi Sara. Wolontariuszka z Niemiec, która jest tu w Livingstone, w Zambezi Primary School, na rok (właśnie minęło jej pół). 

Pyta jak dzień. Potem mi mówi, że ona parę razy była na wodospadach i pokazuje mi zdjecie z grudnia, kiedy po stronie Zambii wody nie było. Wcale. Szok. 

Przychodzi w końcu po mnie dbająca o mnie cały wyjazd Monika, że czas spać:)  Idę, bo wiem, że ma rację. Jeszcze prysznic, wyprać chustkę, no chwilę zejdzie. 

Daję radę opisać co nieco na szybko. Póki mam wenę;D

Jutro – czeka na nas rafting po Zambezi. Tak, tej rwącej, wielkiej, pięknej. Aparaty tym razem zostawiamy:) A we wtorek już powrót do Lindy. Do naszych dzieci. Tęskniących za nami tych urwisów nieopisanych;D

*Aha! No i w tym wpisie pojawiła się odpowiedź numer dwa na pytanie, gdzie jest most. Ano właśnie przy Victoria Falls, wybudowany w 1905 (!) roku. 

LIVINGSTONE part1 .:A gdzie jest most?, Kevin i Chobe National Park:. 

11 lutego, 6:30

Tuż po wyruszeniu, już o 6:20, zobaczyłyśmy pierwszą zwierzynę! Po prostu koło drogi, między drzewami, stały sobie trzy żyrafy:D Kevin powiedział, że mamy szczęście, i że może nawet dzikie koty w takim razie uda nam się zobaczyć. ;D

Był jeszcze wschód, więc pomarańczowo przy horyzoncie, więc jakbyśmy stanęli, to może miałabym szansę zrobić takie zdjęcie, jak to w tle mojego bloga (które po prostu ściągnęłam). Ach. (W sumie, to dlaczego nie poprosiłam, żebyśmy stanęli? Nie mam pojęcia). Jednak w głowie mi zostanie. 

A safari zaczynamy dopiero za godzinę;))) 

8:40

Jestesmy już w Parku Narodowym Chobe, w Botswanie. Po przeprawie przez Zambezi małą łódką jedziemy umowionym busikiem z klimą przybić botswańską wizę i potem dalej; wygląda na to, że czas do 16, kiedy czeka nas powrót tą samą łódką do Zambii, będziemy mieć całkiem zorganizowany przez nasze Kalahari Tours; i nie musimy się już o nic martwić:) 

***

Przeprawa przez rzekę była bardzo szybka i nieepicka;p plynelismy małym metalowym plywajacym czymś z silniczkiem, trwało to może ze 3 minuty. Ale było przyjemnie:) 

Warte natomiast opisania jest całe miejsce przeprawy, gdzie to się odbyło.

Dojezdzajac, widzieliśmy bardzo dużo tirów stojących wzdłuż drogi. Pytamy Kelvina, po co stoją. Do przeprawy na drugą stronę. Promem. 

Tak. Jest to chyba jedne z njewielu miejsc przekroczenia granicy z Zambii do Zimbabwe dla samochodów. I jest tam tylko prom. No, chyba trzy. Ale trwa to i tak okropnie długo wszystko. 

Zapytać można, czemu nie zbudowali tak już dawno temu mostu? Nie mam pojęcia. Natomiast, uwaga, most jest w budowie! Widzialysmy na własne oczy, jest prawie połączony, Kelvin też się cieszył, ale go w końcu widzi, wcześniej czytał tylko w gazecie. 

Jednak jak się dowiedziałysmy w trakcie przeprawy, jest to jedynie most pomocniczy, dla pracowników budowy, aby zbudować już właściwy most. Podobno jest szansa, że tamten będzie gotowy za… 7 lat. Nie wiemy, co jest powodem. Trudność wykonania? Brak dobrego projektu? Brak wystarczających środków? 

W każdym razie, przydałby im się tam most, zdecydowanie. Podczas naszego godzinnego czekania przeprawiło się w jedną stronę może kilkanaście tirów, a może nawet nie. I kilkadziesiąt ludzi (którzy też wsiadaja na te same promy). A kolejka tirów (wiozacych głównie miedź, której eksporterem, jednym z największych na świecie, jest Zambia) nie miała końca… 

My miałyśmy na przeprawę łódko-coś:) 

Podczas czekania Kevin zaczął nam opowiadać o sobie. Że zajmuje się muzyką. Trochę się tego spodziewałam.:) Mówił, że śpiewa, piszę swoje piosenki, teksty. Jest to coś jak rap. Wszyscy go jednak z automatu przypisują zawsze do reagge, a on właśnie ma trochę inny klimat. Śmiał się, że nie jest tak popularny jak np. Jay-Z, ależ ma swoje nagrania razem ze swoim zespołem;D

DOBRA, SAFARI;D

Doczekaliśmy się w końcu na przeprawę. Podjeżdżamy samochodem do Immigration point, podbijają co trzeba, i jeszcze jedna kontrola. Uwaga – jest namiocik, pod którym na plastikowych krzesłach siedzą chyba 3 osoby. Przed jest skrzynka ze szmatką nasączoną czymś. Każą nam na tym stanąć i dopiero pod namiocik na sprawdzenie wiz. Jakaś komedia;D Coś usłyszałyśmy, że ma to związek z żółtą febrą. Nie mamy pojęcia jednak, jaki związek z tą chorobą ma zamoczenie podeszw w jakiejś substancji. 

Jedziemy dalej;D

Więc jesteśmy w punkcie, od którego zaczęłam wpis na bieżąco. Dojeżdżamy do punktu startu safari, mamy tam małe śniadanko. Posilamy się, ruszamy na łódkę z silniczkiem:) Pierwsza część safari jest wodna. 

Płyniemy po rzece Chobe, której nazwa w tutejszym języku oznacza wiosłować na canoe. Po prawym brzegu, ze 40m od nas, mamy Namibię:) 

Jest przyjemnie. Myślimy, że zobaczymy jakieś dzikie ptaki, czy bardziej wodne zwierzęta. Od tego się zaczelo, ale było coraz lepiej. 

Doczekaliśmy hipciów, słoni, bawił ów, zebr, nimpali (rodzaj antylop), legwana (przy brzegu), małp, orła… 

Przy sloniach było najbardziej niesamowicie. Było na początku kilka, potem więcej, duże, malutkie, podchodziły napić się, wykąpać, bawić… 😀 Najblizsze były w pewnym momencie z 15 metrów od nas. W najlepszym momencie naliczyłam około 40;D

Powrót. Lunch. Kolejna część – lądowa. Było także super. Doszły do naszych wzrokowych zdobyczy żyrafy. 😀 Najbardziej niesamowite było jak biegną. Wyobraźcie sobie żyrafy z ich długimi nogami biegnące jak koń, tylko na zwolnionym filmie. Tylko to nie było zwolnione, tak biegły naprawdę. No cudo;D

Niestety nie udało się zaobserwować żadnych dzikich kotów ani psów (a tzw. dzikie psy tu są). Jest pora deszczowa, więc bardzo dużo zieleni. I się chowają in the bush. Szkoda, ale no trudno. Na zobaczenie pozostałej trójki z Wielkiej Piątki (nosorożca, lwa i leoparda) w naturalnym środowisku będziemy musiały jeszcze poczekać. To znaczy wrócić jeszcze do Afryki:) 

(aha, dlaczego nie było nosorożców – nosorożcy w Chobe akurat nie mają, zostały jakiś czas temu przewiezione do innego miejsca. Nie pamiętam, dlaczego, ale jakiś był problem z ich ilością chyba.)

Wracamy szczęśliwe odpocząć. 

Z safari mam więcej ciekawostek i zdjęć, ale je opiszę i wstawię już powrocie. 🙂 

***

A z przemyśleń? Ciężko było uwierzyć, że to wszystko realne. Mialam pomysł napisać post przesmiewczy, haters gonna hate ;p Że eee, widziałam to na Animal Planet, czy National Geographic, i że to dokładnie tak samo wygląda (naprawdę, miałam momentami wrażenie, że przecież już to widziałam!) ; eee, że to takie zwykłe, podchodzą słonie, żyrafy, tuż koło auta, dużo ich, nuuuda; że podchodzily kolejne i kolejne, i że już nam się zaczynało nudzić. 

Takie miałam pomysły w trakcie. Ale zmieniłam zdanie;) 

Bo przecież, (wzmaga się to przeświadczenie jak spojrzę wstecz, i na zdjęcia), to to wielki niesamowity cud natury. Przyroda, sawanna, dzikie zwierzęta żyjące sobie tam na co dzień, swoim dzikim, naturalnym życiem, zgodnie z survival of the fittest. 

Wiem, że nadużywam słowa „niesamowite”, ale naprawdę niesamowite było doświadczyc, wręcz poczuć, że tak ogromny, tajemniczy, nieznany nam tak naprawdę świat, toczy się swoim zupełnie rytmem tuż koło nas, na tej samej planecie… 

Nie tylko my ludzie żyjemy (i gołębie, i koty i psy). Na co dzień łatwo zapomnieć.