Wake up in the world – Izrael, wpis podróżny :)

18 września 2019, 11.40, samolot linii El Al, Balice

Potrzebuję pisać w podróży, lubię pisać. Postanowiłam więc wrócić na te parę dni na bloga! (jupi! ;D) Choć nie lecę tym razem do Afryki, to podróż jest również daleka – czeka na mnie największy kawałek Azji w życiu (poza krótkim epizodem w Stambule, który jednak zwiedziłam chyba od strony Europy) – drodzy czytelnicy: Izrael, Jerozolima czekają!

Jadę jednak inaczej niż zazwyczaj dotychczas, bo w grupie – około 50 osób. Jestem zupełnie nieprzyzwyczajona do takiego trybu podróżowania. Już czuję różnice, które niekoniecznie mi się podobają (główna to brak myśli, spostrzeżeń, zagłębienia w duszę; jednak są też plusy, w naszej grupie są osoby w różnym wieku, nieznajome = do poznania. :)) Ale widocznie tak ma być, poznaję siebie. (jednak jakże się cieszę, że piszę! Pisanie na szczęście uruchamia mi myśli:)).

Pierwsze pytanie filozoficzne jakie przed chwilą mi „wpadło” (podczas pewnego żartu w rozmowie), to „czy coś musi się komuś podobać, żeby było piękne?” Czy dopiero jeśli znajdzie się ktoś, kto uzna daną rzecz, miejsce, osobę za piękne, to one są piękne? Otóż intuicja podpowiada przecież, że NIE! To nie oko podróżnika czyni jezioro w górach cudem. To i nie oko drugiego człowieka czyni nas pięknymi. Ale jednak z jakiegoś nieodkrytego dla mnie jeszcze powodu niektórzy (wszyscy?) bezwzględnie potrzebują potwierdzenia swojego piękna (przez innych lub choć przecież przez siebie!), żeby uznać się za pięknych (mam tu na myśli piękno różnego rodzaju, nie tylko zewnętrzne).

No nie macie tak? Ja tak mam. Póki choć sama nie stwierdzę czasami „Madzia, piękna z Ciebie kobieta”, to nie uważam się za piękną. Czy to oznacza, że nie jestem? Być może, ale bardziej wolę wierzyć, że jestem zawsze, bo stworzył mnie Bóg (tak jak i Ciebie! :)), niezależnie od tego, co sądzę o sobie ja, czy o mnie inni. Jakoś miło mi z tą myślą na sercu lecąc nad tymi chmurami…

Jednak potwierdzenie piękna musi mieć jakiś cel, skoro tak mocno na nas wpływa (czy wpływa na jezioro w Tatrach, gdy ktoś je doceni? Nie wiem, ale w jakiś sposób może tak, bo ktoś dzieląc się wrażeniami z doświadczenia go sprawi, że być może kolejna osoba przyjdzie je podziwiać, stając się jakaś częścią tegoż miejsca z jeziorem..). A wpływa mocno. Może potwierdzenie w jakiś sposób piękno umacnia? Wydobywa?… Pomnaża?Może ma to i jakiś sens. 🙂 Ach, miło tak sobie podryfować po myślach! Głowa chyba po to musiała zrobić się pusta, żeby potem mogła się wypełnić 😉

Moje myśli dryfują sobie dalej, i Wam tego życzę! 🙂

Już 14:20. Lecimy już około półtorej godziny, było godzinne opóźnienie spowodowane zamkniętym lotniskiem w Tel Avivie, ale skoro już jesteśmy w drodze, to chyba wszystko już okej. 😉 Zorientowałam się, że bardzo słabo się przygotowałam („wiedzowo”, bo mentalnie to na szczęście dobrze) do tego wyjazdu, jak nigdy! Nie wiem nawet o ile przesuwamy zegarki na miejscu:p (obstawiam, że o godzinę w przód, okaże się). Nie wiem, w którym miejscu Izraela jest Tel Aviv i Jerozolima, ile jeżdżenia nas czeka, jaką walutą się posługują (nam mają wystarczyć podobno dolary), jakim językiem się posługują (hebrajskim? Jidysz? Wszyscy?), nie nauczyłam się podstaw komunikacji (dzień dobry, dziekuje) i nie przypomniałam sobie, co umiałam już z hebrajskiego (szkoda;(), na czym dokładnie polega konflikt i z jakimi państwami toczy się wojna, ani jakie były wyniki wczorajszych wyborów (hehe:D wiem, że były wybory, dzięki Tato! :)) Ogólnie słabo. Ale nie ma tego złego, wiem przynajmniej, czego się chcę dowiedzieć. Ale czy po to tam lecę, żeby się dowiedzieć tych rzeczy? Pewnie też, ale przecież bez nich też bym przetrwała tą podróż. Przypomniało mi się, że mam większy cel. Spotkać żywego Boga w miejscach, których dotykały Jego stopy i dać później świadectwo, że te miejsca istnieją, i On tam żył. Wiadomo, że w telewizji, książkach, filmach jest wszystko. Ale tak naprawdę pozna się daną rzeczywistość dopiero, gdy się jej doświadczy… (po Zambii wiem to bardzo mocno i jestem o tym przekonana, przynajmniej tak to wygląda dla mnie i niektórych osób, z którymi wymieniłam tą myśl). Jadę, by umocnić swoją wiarę. Wiary nie chcę stracić za żadne skarby ziemi. Inne rzeczy – jakoś bym chyba przeżyła. Dziś było czytanie z listu św. Pawła do Koryntian, Hymn do miłości. „Tak zaś trwają te trzy, wiara, nadzieja i miłość. Z nich zaś największa jest miłość.” Wiem jaką moc ma wiara. Moc nadziei odkrywam, choć jej potęgi czasami doświadczam również (widząc jak to ona utrzymuje przy życiu i w pozytywnym myśleniu, gdy wokół czarnowidztwo), moc miłości kiedyś może będzie mi dane poznać, na razie widzę jedynie jej poszlaki. A zatem wiara. Ten trud, jaki mnie czeka, składam za pewne intencje swoje i bliskich. Wierzę, że dobrze robię. Wierzę, że skoro mogę prosić o dobro, to powinnam to robić. Mam nadzieję, że mimo braku wiedzy, Bóg poprowadzi mnie tam, gdzie On chce 🙂

14:40

Opanowana przez normalnośćLecimy sobie spokojnie pewnie już jakoś nad Turcją. Leci tu około 200 osób. To tylko jeden z pewnie około tysiąca (? Więcej?) samolotów na niebie w tej chwili. Normalka. Dzień jak co dzień.Dopiero jak człowiek sobie zaśnie i wstanie to rzeczywistość staje się jakaś nowa. Niesamowita. Poczułam, że dzieje się coś super! A potem znów się człowiek przyzwyczaja.Takie to zwyczajne, że lecę. Na lotnisku czułam jakbym jechała na zwykłą wycieczkę albo jakbym wsiadała w busa do domu. Zero emocji, zero myśli, jak to na początku już Wam napisałam. Teraz w samolocie mi wygodnie, czuję się normalnie. Znam tę rzeczywistość, tę przestrzeń (choć w tym KONKRETNYM samolocie jeszcze nigdy nie siedziałam). Jednak przecież jest to niezwykłe. Ile osób marzy o takiej podróży… Przypomniała mi się Patricia z Lindy, która marzy, by zostać stewardessą, żeby móc mnie kiedyś odwiedzić… Nie wiem, czy jej się to uda, ale kibicuję jej z całego serca! Nie każdy ma szansę zobaczyć świat. Setki tysięcy – tak. Ogromna cześć świata. Reszta będzie jednak całe życie w swojej wiosce. To ich zakątki będą zwiedzane… Ich życie poznawane. Lub zapomniane i nigdy nie spostrzeżone.Co możemy zrobić ponad to, żeby korzystać z błogosławieństw, jakich doświadczamy, dzieląc się tym, czym warto, czym mamy nadzieję ubogacić innych? Chyba możemy jeszcze wzbudzać w sobie radość z tych błogosławienstw, uświadamiając je sobie, stawiając je sobie przed oczy. I szukać, co dla nas jest prawdziwym błogosławieństwem.Dość tych myśli! Widać, że dawno nigdzie dalej nie byłam, zalały mnie jak woda z cebra. ;D żadna nie łączy się z żadną, kto dotrwał, to miło mi bardzo 😀 i pozdrawiam serdecznie, w oczekiwaniu na nowy świat po wyjściu z samolotu, starając się wypełnić głowę dobrymi wnioskami. Do następnego wpisu! 🙂

PS. W ogóle to bardzo lubię, jak w podróży moja dusza zaczyna żyć. Zaczyna widzieć świat w barwach „będzie dobrze”: każde niepowodzenie lub trudność obracać w naukę, a każdą wpadkę w żart. Szkoda, że na co dzień to słabnie. Może dopiero po 77 podróżach życie staje się jak podróż? Madzia, nie zapominaj wyjeżdżać, byle często! 🙂 A potem wracaj do siebie i bądź jak najdłużej.

15:30

Jednak to jeszcze nie koniec na dziś :p Jeszcze krótka myśl, o której zapomniałam wspomnieć!Czy nie to czyni życie pięknym, że zawsze możemy nie mieć racji, bo rzeczywistość nas zaskoczy? 😉

A myśl stąd i przez to, że usadzili nas na miejscach w przejściu ewakuacyjnym, a już raz na takim siedziałam i myślałam, że jaaa wieeem jak to będzie wyglądać! Już tak leciałam! A tu inaczej:D Miejsca na nogi dużo, ale fotele z przodu są bliżej i tacka na jedzenie jest na nich, a nie w podłokietniku jak wtedy;)

Fajnie! Daje to nadzieję, że codzienność może być ciekawa, nie tylko podróż! 😉

15:45

Uzupełnienie. Co więcej, właśnie dotarło do mnie, że nawet jak ja coś widzę w dany sposób, to nie ma żadnej pewności, że ktokolwiek będzie na daną sprawę w stanie spojrzeć w ten sam sposób. Nawet stojąc w tym samym miejscu. Od teraz będę więc chyba używać do opisywania moich przemyśleń mniej uogólnień – mogą wcale nie mieć zastosowania dla osoby czytajacej. Natomiast jeśli akurat będą miały, to jestem pewna, że ta osoba i tak to poczuje i sama coś dla siebie weźmie. 🙂 (dzięki Marysiu za powiedzenie, że z Twojego miejsca nie widzisz z okna tego co ja!)

15:50

Za chwilunię lądujemy! Łaaaaaaaaa:D Wieżowce, drogi, samochody (to tu nie głównie tereny pustynne?:p), palmy, słońce! Zaczyna się!

16:00 (17:00 lokalnego czasu (+1, telefon wszystko Ci powie..); od tej pory już będę stosować czas miejscowy)

Jesteśmy 🙂 3-3,5 godzinki, szybko poszło!

17:10

Kurczaki, to się chyba dziś nie skończy 😀 „Czasamj jedyne, co można zrobić, to czekać.” 🙂 Grunt, żeby się usadowić wtedy wygodnie i oddychać, a nie narzekać, że się stoi, duszno i nogi bolą. 😉 No czasami nic więcej nie można zrobić, albo nie warto. Czekamy na wyjście z samolotu, długo im schodzi ustawianie schodów.

17:45

Lotnisko w Tel Avivie jest przepiękne! Bardzo majestatycznie się zaprezentowało. Kolejny wpis już na pewno mniej o samolotach 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s