Castingsport in Zambia, czyli sztuka doceniania

4 października 2018, czwartek

/uzupełnienie dla tych, co nie wiedzą: castingsport to inna nazwa wędkarstwa rzutowego, sportu, który uprawiam od dziecka, a który polega w skrócie na rzucaniu wędkami i trafianiu zawieszonymi na końcu żyłek ciężkarkami do tarcz oraz rzucaniu na odległość; nie potrzeba do niego ryb ani jezior, jedynie płaskiej powierzchni i sprzętu; jest bardzo mało popularny, uprawiany jest czynnie w około 20 krajach na świecie, ale jest super! ;D/

Tego dnia rozegrałyśmy z Magdą zawody dla Mujo’s!

Dzieci lubią rywalizację, chciałam im pokazać, że warto uprawiać sporty i że daje to duzo adrenaliny i radości. A poza tym jednym z moich celów na ten wyjazd było rozegranie zawodów w castingu, a żeby to zrobić, musieliśmy iść na boisko, bo w szkole nie ma wystarczająco miejsca.

Myślę, że dzień zawodów można uznać za udany, a nieco zazdrosny wzrok na medale zwycięzców zmotywuje dzieciaki do ambitnego podejścia także do innych spraw. 🙂

Zorganizować zawody nie było łatwo. Co innego zawody dla jednej grupy „wuefu” w szkole, a co innego dla ponad 100 uczniów, zwłaszcza jeśli są wśród nich ci najmłodsi. Nie było szans, żeby każdy wziął udział w castingu, to pewne. To zbyt wiele tłumaczenia, uważania, no i tylko 4 wędki. Chciałyśmy więc wziac tylko 4 klasy, ale nauczyciele koniecznie chcieli wziąć wszystkich. Nie było wyboru, powiedzieli, że te najmłodsze będą się tylko patrzeć. Ok.

Zaplanowałyśmy dodatkowe konkurencje i postanowiłyśmy rozlosowac, kto bierze w której udział.

Najbardziej niesamowita była droga na boisko:D Dzieciaki dawno nie były, więc były przeszczęśliwe! A w Lindzie każdy usłyszał, że Mujo’s idzie 😀 Śpiewały wszystkie jednym głosem, i na cały głos, „Everywhere I go, people wanna know, who we are, and so you tell them, we come from Mujo’s!” 😀

Na boisku miały być biegi na 60m, rzut piłeczką a la palantową na odległość, rzut piłeczką do tarczy i rzut ciezarkiem do tarczy.

Na miejscu bardzo pomógł nam z wszystkim Samson, który ogarnął swoją mocą wszystkie dzieciaki, ustawił w jeden dłuuugi rząd i odliczyły do 4.

🙂

Foto: Magda D., Bez Szpilek

W praniu okazało się, że nie zdążymy wszystkiego (nic nowego:p obiecali nam wyjście na boisko o 10.00, a czas nam dali do 12.00, tymczasem się opóźniło (hehe) i wyszliśmy jakoś o 10.40..).

Ostatecznie najpierw były biegi. Samson wymierzył krokami 60m i zebrał dzieci, a my z Magdą stałyśmy na mecie, ja mierzyłam czasy, a Magda spisywała. Biegało po 4 osoby.

Na koniec był finał, wystartowała czwórka, która miała czasy poniżej 7,5 sekundy. Wygrał Wase, z czasem 7,0 sek.! Drugi był Matthews, a trzecia była dziewczyna, Kylie. Super 😀

(a dodać muszę, że to bieganie to okazało się dość ekstremalne… Piach nie był ubity, do tego gorąco, do tego jakieś malutkie kamyczki, a większość dzieci biegało bez butów, albo na boso, albo w skarpetkach, więc po dobiegnięciu schodziły do cienia z nieco poparzonymi stopami…)

Jednak podobało im się 🙂 A na koniec pobiegli starsi uczniowie oraz Samson:D I Samson okazał się świetnym biegaczem:D Przebiegł dystans w 5,7 sek! (z tym, że Madzia puszczała na starcie i mówi, że zrobił falstart.. Ale i tak był szybki. Jednak on biegł w porządnych butach).

Foto: Magda D., Bez Szpilek
Foto:Magda D., Bez Szpilek

Potem było już niewiele czasu i dla pozostałych zrobiliśmy rzut piłeczką. Była wielkości piłeczki palantowej, ale dużo lżejsza. Trzy osoby przekroczyły odległość 30m, w tym dziesięcioletni Dunga (klasa 4) i także jedna dziewczyna. Wygrał jednak Moses z klasy 8/9, rzucając w dogrywce 35,5 metra.

Wręczyłam medale zwycięzcom. Były gromkie brawa i radość i duma. 🙂 Ach 😀

Foto: Magda D, Bez Szpilek

Na koniec moich 5 uczniów, którzy trenowali prawie codziennie odkąd zbudowałam tarczę, przystąpiło do zawodów w arenberga. Pokazałam im stanowiska, których nie mieliśmy jak poćwiczyć w szkole z powodu braku miejsca, i zaczęliśmy.

😀

I tak wyłoniliśmy pierwszego w historii mistrza Zambii w castingu! 😀 A został nim Matthews Tembo! 🙂

Trochę nam przeszkadzały dzieci spoza szkoły, ale jakoś udawało się je cofać, żeby nie wchodziły w rzutnię.

Trochę się martwiłam, czy załapią tak totalnie na szybko wszystkie stanowiska.

Przed wyjściem na te zawody miałam totalne zwątpienie, jak my to wszystko ogarniemy.

Ale – z pomocą Bożą, zrobiliśmy to! Nie było idealnie, ale było wystarczająco dobrze, jak na pierwszy raz.

A skąd tytuł mojego posta.

Bo tak bardzo mi się przebijało przez te całe zawody i casting, jak bardzo powinniśmy doceniać to, co mamy.

Żyjemy w kraju, w którym mamy mnóstwo możliwości. Możemy uprawiać sporty, jakie tylko chcemy. Mamy do nich boiska, baseny, sprzęty, trenerów. Możemy chodzić do kina. Możemy angażować się w przeróżne aktywności. Czy to dostrzegamy? Czy doceniamy? Czy może mnie, Ciebie, też pochłania wciąż bardziej i bardziej zwodniczy świat ekranów?

Tu dzieci chcą! Mają mało, ale jak dostają cokolwiek, to się dzielą. Jak dostają jakąś możliwość, to z niej korzystają. Z radością patrzyłam, jak chętnie rzucały do tarczy wędka i wciąż nowe i nowe chciały spróbować, a pozostałe bez oderwania wzroku patrzyły.

Tu biegają, nawet jak nie mają butów.

Tu grają w piłkę, jak tylko maja jakąkolwiek, a jak nie, to ją sobie zrobią na przykład z foliówek.

Tu się bawią zabawkami, mimo że nie mają żadnych „sklepowych”, a ich kreatywność w ich tworzeniu czasem mnie zaskakiwała do granic.

Tu spieszą, żeby wypożyczyć jakąkolwiek książkę z jeszcze nieotwartej biblioteki, bo nie mają swoich książek.

Czy my biegamy w naszej parze super adidasów, która czeka w szafie?

Czy czytamy książki, które zalegają nam na półkach?

Czy bawimy się zabawkami, jak jesteśmy mali, i czy.. dzielimy się, jak mamy ich dużo?

Czy doceniamy to, że urodziliśmy się w Polsce, i większość z naszych rodzin stać na edukację swoich dzieci, lub dzieci są na tyle zaradne, żeby na nią same zarobić?

*

*

Po powrocie z boiska okazało się, że nie było lekcji, bo… czekało mnie pożegnanie. Już to przechodziłam dwa razy, więc wiedziałam, co się święci ;D (moje rok temu i Patryka tydzień temu). Tańce, scenki, piosenki. Jednak trochę mi było przykro, bo mało dzieci się zaangażowało, a z nauczycieli tylko Samson (tłumaczyli się, że mają dużo do przygotowania na wyjazd do parku [5 km od Lindy] następnego dnia). Ale nic. Potańczyłam nieco, instruowana przez dzieciaki, posłuchałam pięknych piosenek w wykonaniu chóru. Było tylko kilka lokalnych tańców, na które tak czekałam, ale dobre i to:). Było kilka fałszywych płaczów, na które pozostałam niewzruszona, nie lubię sciemniania, ale chyba zrozumiały;D Był też jeden chyba prawdziwy. A jednej dziewczynce z pierwszej klasy, bardzo charakternej i sympatycznej Charity, która zazwyczaj chodziła z zaschniętym katarkiem pod nosem, zaplotlam włosy! (pierwszy raz plotłam zambijską fryzurę;D)

Najważniejsze, że mogłam tu być.:)) (a dzieciaki miały ponad pół dnia wolnego w szkole;D hehe). Też się uczę doceniać to, co mam:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s