.:Will you marry me:. 

28 stycznia, sobota, 19.20

Miałyśmy krótki plan na ten dzień. Zastanawiałyśmy się, co przez resztę będziemy robić. Ale okazało się, że niepotrzebne takie „zmartwienia”. Jest 19.20 i nie miałyśmy do tej pory zasłużonej weekendowej chwili laby na łóżkach. Ale nie robilysmy też wiele.:) Ot, tak minął cały dzień. Jednak nie bez wrażeń oczywiście:)

Dziś rano nam się przeciągnęło, jakoś nie spieszylysmy się z niczym, skoro nie musialysmy.

Najpierw byłyśmy umówione z Joyce na przyniesienie jej wody, że studni. Na głowach :). (wspominałam chyba, że kobiety, zresztą nie tylko, noszą tu większość ciężkich rzeczy po prostu na glowach). No, to pompowalysmy, a wiadra okazały się dużo większe niż myślałam;D Chyba około 10 litrów, takie jak po dużej farbie. Także dziś niosłam (i donioslam!) wiadro własnoręcznie napompowanej ze studni wody na głowie;D). Nie było lekko:p

Potem byłyśmy umówione na kurczaka. To znaczy kurczaka od początku. Zabicie, skubanie, dopieeero gotowanie;D Mamy jedno zdjęcie z zabijania, tego się nie odwazylysmy zrobić (a i to zdjęcie robiła Monika, bo ja wymiękłam ;p). Kurczaka zabiła nam nasza uczennica, 10-letnia Sharon. Ale już wszystkie potem go skubalysmy. A kroila na końcu Joyce (tego jeszcze musimy się nauczyć). Gotowanie już było normalne;D Ale zeszło długo z wszystkim. Jednak było pyszne;D Kiedy jedliscie ostatnio tak świeżego kurczaka? ;D

wp-image-1952130272jpg.jpg

Fot. Monika, nasz obiad

Potem Monika miała zaplanowaną wizytę u krawca, żeby zrobił jej sukienkę z chitenji. Poszlysmy z Joyce, zmierzyli Monikę, powiedzieli, żeby przyjść za godzinę. Trochę się zdziwiłysmy, że tak szybko robi się sukienkę, ale przyjęłyśmy. Ten zakład jest kawałek od nas, ale bez sensu było tyle czekać. Więc wrocilysmy na chwilę do nas, ochronić sie nieco od słońca, które dziś bardzo prażyło.

W międzyczasie spotkalysmy pana Bandę i… odnalazł się nasz zagubiony 2 tygodnie temu ryż;D Okazało się, że zapodzial się po zakupach i cały czas leżał w jego samochodzie:)

Wrocilysmy do krawca, biorac pod uwagę zambijskie poczucie czasu, że mogło to się przeciągnąć. Oczywiście niegotowe. Jak widzialysmy, to nawet połowa roboty to jeszcze nie była. Kazał nam się przejść po targu i wrócić za 10 minut. Wrocilysmy za 15 i oczywiście sukienka nadal w proszku. To dali nam ławeczki do siedzenia.

Dosiadl się do nas jakiś pan, koło czterdziestki lub pięćdziesiątki, który też czekał na coś od krawców. Mówił, że pracuje dla government i zaczął coś opowiadac. Nawet z sensem. Momentami. W końcu doszedł do tego, że nie ma żony i że ma dość Zambii i Afryki. Oraz że chętnie poślubiłby którąś z nas:p I wyjechał. Grzecznie odmawialysmy, jednak w pewnym momencie złapał Monikę za rękę i zapytał bezpośrednio, czy go poslubi;D Nie miał niestety ani pierścionka, ani nie kleknal, więc odszedł w tym samym stanie, co przyszedł. Czyli nie w pełni trzeźwym.

Po sukienkę w sumie czekalysmy półtorej godziny od wyznaczonego na początku czasu. Jakże to się dluzylo. Na szczęście był cień:) No i przynajmniej zaznalysmy pierwszych w życiu oswiadczyn:p

Fot. Monika 🙂

Wróciłyśmy w końcu do siebie. Monika zaczęła gotować kolacje (tak, już była ta godzina). Skończyła warzywa, w międzyczasie obserwowałyśmy wnoszenia kolejnego łóżka do naszego kąta (jutro przyjeżdża Marta, będziemy tu przez luty we trzy!), przycinanie jego nóżek, bo się nie mieściło, wtedy nagle prąd – trzas! Koniec.

Szybko wrzucilysmy ryż do warzyw, żeby się zagrzal. A co najlepsze – po zdjęciu ryżu, dalysmy na patelnię po jajku, z nadzieją, że się jeszcze zrobi sadzone. I… Udało sie;D Kuchenka jeszcze trzymała ciepło i jego ostatkiem dokończyło się robić nasze jedzenie.

Więc po tych wszystkich spóźnionych razach, dziś w końcu udało się z prądem just in time:D

W ciemnościach przy latarence zjadlysmy, by nabrać po tym wszystkim sił. A łóżko w końcu udało się Johnowi i jego dzisiejszym pomocnikom – kuzynowi, bratu i bratankowi (lub siostrzencowi) wnieść:)

22.40

Jednak nie był to je szcz cały dzień. Wieczorem kolejna porcja przeżyć. Joyce od poludnia czekała na swoją córkę, Sharon, która miała dziś przyjechać. W końcu Sharon dotarła, i odwiedziła nas, miałyśmy okazję się trochę poznać 🙂 . I zaobserwować trochę innej Zambii. Przyszła do nas, powiało świeżością, dawno nie czułam przyjemnego zapachu zadbanej osoby. Okazała się też osobą, którą do tej pory najciężej mi było zrozumieć. Jej afrykański angielski był jak na razie najtrudniejszy do rozszyfrowywania, bo mówi bardzo szybko:)

Sharon wyprowadziła się z domu 2 lata temu, bo znalazła pracę i tak wyszło, że zaczęła pracować w innym mieście. Pokonczyła wcześnie szkołę (w wieku 15 lat!), chwilę pracowała, poszła do college’u, skończyła, znalazła tą pracę i teraz mieszka sama.

Przemiła dziewczyna, praktycznie w naszym wieku, wykształcona. Wynajmuje mieszkanie, do domu wraca raz, dwa w miesiącu. I tęskni za domem, wspólnymi posiłkami z rodziną, za rodzeństwem. Ale ma teraz inne, swoje życie. Dała nam obraz innego oblicza Zambii.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s